piątek, 30 stycznia 2009

Droga na uczelnie...

Spod lotniska odebrał nas mentor Aśki - Eric. Mentorzy to osoby przydzielone do opieki nad nami, które mają na pomóc przeżyć na uniwersytecie. Eric podrzucił nam bagaże do akademika, a my pojechaliśmy autobusem. Tak naprawdę, to było nas pięcioro. W czwórkę (ja, Aśka, Łukasz i Marta) wylecieliśmy z Warszawy, a w Helsinkach na lotnisku spotkaliśmy jeszcze przyszłą współlokatorkę Aśki - Kristinę.

Wycieczka autobusem była pierwszym ciekawym przeżyciem w Korei. Po pierwsze, gdy już wszyscy wsiedli do autobusu, kierowca policzył nas (albo puste miejsca ;), przeszedł na początek i... ukłonił się wszystkim pasażerom. Fajnie. Podróż do stacji Cheongyangni zajęła nam ok. 2 godzin. Stamtąd wzięliśmy taksówkę do KAIST, co było też nie łatwą sprawą. Pomimo, iż mieliśmy kartki z napisanym adresem i drogą do KAIST, kierowca pierwszej i drugiej w ogóle nie wiedział o co chodzi. Dopiero przy trzeciej zareagował gdy zaczęliśmy krzyczeć "Kaist, Kaist!" i kazał nam wsiadać. Taksówki w Korei są niesamowicie tanie. Jechaliśmy ok. 20 minut i zapłaciliśmy razem w czwórkę 2700 wonów, czyli ok. 7 zł. Taksówką dotarliśmy pod główną bramę kampusu, skąd już było tylko 5 minut pieszo (niestety pod górkę ;/) do akademika, gdzie czekali na nas Eric z Aśką...


No to sobie polataliśmy...

Bagatela grubo ponad 7000 km. Całą podróż, za nasze pieniądze, sponsorował Finnair i było całkiem nieźle. Zaczęło się od Warszawy, gdzie mieliśmy wylot o 13.05. Po niecałych 2 godzinach byliśmy już w na lotnisku Vantaa w Helsinkach, gdzie spokojnie poczekaliśmy sobie na wylot do Seulu, oczywiście pamiętając o przestawieniu sobie zegarków o godzinę ;) Na lotnisku pooglądaliśmy sobie łososie za mniej więcej 40 Euro/kg, skóry z renifera i temu podobne fińskie cuda. Oczywiscie muminki też były. Moomin Shop był najpopularniejszą częścią lotniska.

O ile do samych Helsinek lecieliśmy Embraerem 170, to wsiadając na pokłąd Airbusa A340 do Seulu przeżyliśmy lekki szok. Może wyjdziemy na zaściankowych ludzi, ale taki samolocik to jest coś ;)


Business Class to już w ogóle było coś... ale jeszcze nie dla nas. Najfajniejsze były monitorki umieszczone w siedzeniach i piloty za pomocą których można było je obsługiwać. Rozrywki na przynajmniej 8 godzin lotu. Filmy, muzyka, gry video, widoki z kamery na dziobie samolotu, możlwiść bieżącego monitorowania miejsca, w którym się znajdujemy, milion danych o wysokości, prędkości itp. ... a tu trzeba było jeszcze się trochę przespać. Nam to się za bardzo nie udało. Spaliśmy może godzinę, co dotkliwie potem odczuliśmy, ponieważ nasz dzień, przez zmianę strefy trwał jakieś 30 godzin...

Ponieważ lecieliśmy nocą, to za wiele podczas lotu nie wiedzieliśmy, ale np. świateł Pekinu trudno było nie zauważyć. Poszliśmy spać na chwilę, ale po godzinie obudziło nas wschodzące słońce. Widok był całkiem całkiem.


O 9.00 czasu lokalnego (1.00 w nocy czasu polskiego) dolecieliśmy do Seulu, na lotnisko Incheon. No i tu kolejny szok, bo jak się potem okazało mamy przylot na jedno z największych i najbardziej zatłoczonych lotnisk w Azji. Dotarcie z samolotu do strefy odbioru bagażu zajęło nam ok. 30-40 minut, włączając w to przejazd podziemną kolejką oraz podróż taśmami a'la Jetsonowie...

Anio-hasaio

Czyli "cześć" po koreańsku ;)

Wreszcie zebraliśmy się w sobie i zaczęliśmy pisać bloga. Dlaczego to tyle trwało przeczytacie poniżej. Dla tych, którzy blogów pisać lub czytać nie lubią mamy alternatywę - tak szybko jak uda nam się zdobyć aparat, lub zgarnąć zdjęcia od znajomych, wrzucimy je na Picasę...

Tyle tytułem wstępu ;
)