wtorek, 25 sierpnia 2009

Taipei

Tajwan ciekawym krajem jest. Mój zacny współlokator, Maciek niejaki [;)] na pewno się ze mną zgodzi, jako, że przesiedział tam prawie pół roku i też co nieco o nim napisał (link po lewej). Ale, ale… Po kilku godzinach lotu dotarliśmy na lotnisko w Taipei. To znaczy nie do końca w Taipei, bo musieliśmy jeszcze kupić bilet na autobus, który zawiózł nas na główny terminal autobusowy w samym centrum Taipei. Znalezienie autobusu nie było trudne. Co więcej po drodze zahaczyliśmy o informację turystyczną na lotniku i dostaliśmy mnóstwo materiałów, począwszy od 4 map Tajwanu po szczegółową mapę samego Taipei. Tak więc, jeżeli ktoś wybiera się na Tajwan, to spokojnie na informacji turystycznej z lotniska można polegać.

Po kilkunastu minutach wsiedliśmy do podstawionego autobusu. Tajwańczycy chyba lubią siedzieć osobno, nawet jeżeli… są mężem i żoną. Albo jakieś ciche dni mieli, bo trafiliśmy na taką parę. Mąż siedział z przodu, a żona z Aśką. Na początku było normalnie. Trochę dziwne, że tak siedzą, bo przez nich my też musieliśmy szukać pojedynczych miejsc, ale ich sprawa. Moja współtowarzyszka miejsca zdawała się być niezmiernie wykończona, bo spała całą drogę. A pół tej drogi na moim ramieniu, bo jej się jakoś tak dziwnie głowa zawsze bujała w moją stronę. Ale też spoko. Po chwili jednak zorientowaliśmy się, że nasza ulubiona para (lat ok. 50+) coś konspiruje. Chodziło im chyba o to, że my z Aśką sobie normalnie rozmawialiśmy, a inni milczeli, więc pewnie byli nieco niezadowoleni, że im ciszę jacyś bezczelni Europejczycy zaburzają. Cóż. Chińskiego nie znamy, ale się domyślaliśmy. Nagle mężunio zaczął chrząkać. A jak ja już wcześniej pisałem, wraz z pluciem i „wciąganiem” makaronu, jest to jedna z rzeczy, które tak dość ciężko znoszę. No ale on nie przestaje. No to ja zaczynam się trochę śmiać. Ale na razie tak pod nosem, spokojnie. No ale jak dziad się zaciągnął i wciągnął wszystko co miał w nosie a potem odchrząknął, to już nie wytrzymałem i buchnąłem śmiechem. Aśka za mną. Myślę, że kilka osób się zdziwiło. Ale najgorsze było to, że nie mogliśmy się potem powstrzymać. Głupie kichnięcie, chrząknięcie, kaszlnięcie wywoływało u nas spazmy. Przetrzymaliśmy godzinę, ale z tak bolącym brzuchem jeszcze nigdy nie wysiadałem z żadnego środka transportu… i to bynajmniej nie przez chorobę lokomocyjną.

W centrum Taipei nie bardzo początkowo wiedzieliśmy co mamy ze sobą zrobić, gdyż nasza koleżanka – Penny (Su Hsiao Han, jak ktoś woli po chińsku) miała się nami zająć, ale nie dostaliśmy od niej, żadnej odpowiedzi. Znów więc postąpiliśmy jak rasowi turyści i poszliśmy szukać… hot spota, żeby się podłączyć do Internetu. Starbuck’s, jak wiadomo jest wszędzie, w Polsce ponoć nawet jeden też, a jak jest Starbuck’s to jest kawa, a nawet co ważniejsze – jest Internet! No cóż – jest, ale płatny NT$100 (słownie: sto nowych dolarów tajwańskich, czyli jakieś 10 zł – łatwo się przelicza, bo odcinamy zero, haha). Przeżyjemy. Sprawdzamy czy Penny nie zostawiła nam jakichś wiadomości, no i są. P kilku wymienionych smsach umawiamy się pod drugim co do wielkości budynkiem w Taipei, który znajduje się dość blisko dworca. Czekamy. Czekamy dalej. Zaczyna padać, więc schowaliśmy się nieco pod dach i… czekamy. Penny z reguły do najbardziej punktualnych nie należała, ale 40 min nawet jej się nie zdarzało. Miała mieć jakieś spotkanie, bodajże w związku z jej pracą magisterską, ale mogłaby chociaż smsa napisać. Czekamy i nagle… Tingna i Patrick?! Tajwanka i Szwed – nasi znajomi z KAIST. Okazało się, że Patrick właśnie leci gdzieś dalej w świat, a że miał samolot jakoś wcześnie rano to przyjechał do Taipei dzień wcześniej. Penny zadzwoniła do Tingny, żeby nas odebrali, bo ona się spóźni. Fajnie. Mamy już przewodnika. Zabraliśmy się z bagażami do Patricka do hotelu i poszliśmy na obiad. Dojechała do nas Penny, więc już byliśmy w komplecie.

(od lewej) Tingna i Penny...

Poszliśmy do jakiejś słynnej restauracji w Taipei, znajdującej się w tym budynku, pod którym się umówiliśmy. Nazwy restauracji nie przytoczę, bo za biegły z chińskiego nie jestem. Charakterystyczne było to, że dostaliśmy numerek i musieliśmy poczekać, aż przejdzie… 30 kolejnych numerków. Hmm… trochę długawo, więc wybraliśmy się na krótki spacer. Pogadaliśmy sobie trochę, jako że się prawie cały miesiąc z małym hakiem nie widzieliśmy, a Penny (jak to ona) pokazała nam najwspanialsze… miejsca na zakupy.

Po krótkiej przechadzce wróciliśmy pod naszą knajpę, ale jeszcze było kilka osób. Oczekiwanie w sam raz, żeby usiąść i … poczekać. Po kilku minutach siedzieliśmy już sobie za stołem i mieliśmy zamówić. To znaczy zamówiliśmy już wcześniej, kiedy odbieraliśmy karteczkę na stolik. Ta czynność też była interesująca, bo „zamówienie” wyglądało jak kupon z lotka, w którym postawienie kreski w odpowiednim miejscu oznaczało zamówienie odpowiedniej zupy, pierogów, albo czegoś jeszcze innego. Analogią do lotto był również wybór miejsca, w którym zacną kreskęnależało postawić, jako że chiński język bardzo krzaczkowy i mało czytelny dla zielonych turystów jest. Tak.

No ale od czego mieliśmy Tingnę i Penny. Zamówiliśmy pierogi z mięsem i krewetkami podawane z sosem sojowym i imbirem oraz zupę z wołowiny (czyli rosół), ale… bez wołowiny. To znaczy bez kawałków wołowiny. Różnicy w zupie żadnej, a płacić za dwa kawałki woła „jak za woły” nam się jakoś nie specjalnie nie uśmiechało. Dodatkowo zaserwowano nam jaśminową herbatę, którą pani polewała co chwilę, do tego stopnia, że już potem nawet nie upijaliśmy z kubeczków, bo jak tylko spostrzegła, że ktoś ma chociaż trochę miejsca, to była wielka dolewka. Podano nam też instrukcję jedzenia pierogów. Tak, tak – „głupie turysty” ;) No może nie takie głupie, bo przynajmniej się nie poparzyliśmy. Mianowicie pieroga, gotowanego na parze, należało uprzednio otworzyć pałeczkami, żeby wydostało się gorące powietrze. Potem zamoczyć sobie w sosie sojowym, albo w imbirze i… garaż. Taka metoda jedzenia była ponoć właściwa. Zastosowaliśmy się bez stawiania oporu.


Ze szczęśliwymi brzuszkami poszliśmy na deser. A jak deser na Tajwanie to przede wszystkim Bubble Milk Tea, czyli herbata z mlekiem i (dosłownie mówiąc) bąbelkami. Nie była ona na szczęście gazowana, ale miała na spodzie coś w rodzaju żelek, przypominających trochę z wyglądu małe czarne oliwki. Oczywiście, żeby takowy napój skonsumować potrzebna była odpowiednia słomka o średnicy ok. 1cm, serwowana w zestawie. Bubble Milk Tea to, jak już wspomniałem, tajwański specjał, więc nie dziwi, że występuje w mnóstwie odmian, a najlepsze jest to jak niektórzy zamawiają wg proporcji, np. 40% cukru i 80% mleka poproszę, czy coś w tym stylu.


Po herbatce rozstaliśmy się z Tingną i Patrickiem, który wrócił do hotelu się pakować, a my korzystając, że już mamy Penny udaliśmy się na wieczorne zwiedzanie. Oczywiście na początku pod Taipei 101, czyli (jeszcze) najwyższy budynek na świecie. Wybudowany w dość azjatyckim stylu, aczkolwiek podobno ktoś porównał go do tradycyjnej chińskiej urny na prochy, więc pan burmistrz Taipei może pochwalić się najwyższą … urną na świecie. Co to się tym ludziom w głowach wymyśla ;) Przeszliśmy również przez centrum Taipei, które w rzeczywistości w niczym nie przypominało azjatyckiej stolicy, bo biurowce wszędzie są takie same. Tu jedyną ich cechą rozpoznawczą był fakt, że były ładne i miały napisy po chińsku. Minęliśmy kilka centrów handlowych o tej samej nazwie różniących się tylko numerami, chyba od jeden do trzynaście. Interesujące.


Po wieczornej przechadzce wróciliśmy do Patricka do hotelu, pożegnaliśmy się z nim, wzięliśmy bagaże i zapakowaliśmy się do samochodu z tatą Penny. Zaraz po przyjeździe nie wiedzieliśmy, czy Penny weźmie nas pod swój dach, ale w gruncie rzeczy trochę na to liczyliśmy. No i się udało.

Dom Penny był dziwny. Zresztą, jak się potem okazało i tak najnormalniejszy z tego co przyszło nam zobaczyć na Tajwanie. Dziwny dlatego, że bardzo pusty, nie za to wspaniale utrzymany i każdy pokój był w innym stylu. Jeden typowo japoński, z odsuwanymi drzwiami, drewnianą podłogą i materacem na ziemi, a inny zupełnie europejski z szafką, biurkiem, komputerem, itd. Widać też było, że ani Penny nie bywa za często w domu (mieszka w swoim mieszkaniu koło uniwersytetu), ani jej brat („hej ho, hej ho do woja by się szło”), więc mieszkanie było nieco puste. Inny też był system budowania domu, bo miał chyba z 4 kondygnacje, a na każdej 2-3 pokoje. Na dole był salon, również nie w jednej płaszczyźnie. Kuchni praktycznie nie było. Był „kącik” do gotowania, gdzie stała lodówka i mikrofalówka. Ale my byliśmy przeszczęśliwi, że mamy dach nad głową :)

Następnego dnia czekało nas śniadanie. I to jakie. Ja się trochę bałem, ale śniadanie było… europejskie. Żadnych żelków czy innych takich, za to jajko, dwie pajdy chleba tostowego, kilka plasterków szynki i zielona herbata. No tego nie może nie być. Ale akurat ta, którą miała Penny, sprzedawana był w kartonikach jak soczek i była naprawdę dobra.

Poprzedniego wieczora uzgodniliśmy nieco plan naszego zwiedzania, gdyż Tajwan, w przeciwieństwie do całej reszty, był miejscem o którym nie wiedzieliśmy prawie nic. Dobrze, że ściągnęliśmy sobie przewodnik Lonely Planet trochę wcześniej, bo przynajmniej mogliśmy coś poczytać. W pierwszym dniu padło na świątynie, a konkretnie Longshan Temple.


Była rewelacyjna. Super kolorowa, z mnóstwem zdobień, rzeźb smoków, kilkunastoma różnymi bogami czczonymi w środku. Najciekawsze, że jest to świątynia buddyjska, taoistyczna w jednym. Nawet wyznawcy lokalnych bóstw (Matsu) znajdą tu coś dla siebie. Jako obiekt była rewelacyjna, tylko znów miałem odczucie, które towarzyszyło mi kiedyś jak byłem w Japonii, że ci ludzie idą do spożywczaka, kupują jakieś rośliny i soczek, przynoszą na ołtarz, zostawiają w darze, piszą karteczkę do odpowiedniego bóstwa w stylu „Daj mi bóstwo przystojnego chłopaka”, wrzucają i odchodzą. Jestem bardzo tolerancyjny, ale niektórych praktyk po prostu nie rozumiem. Może to też wynikać z tego, że tłumaczyła nam je Penny, której religią jest chyba bardziej robienie zakupów niż cokolwiek innego ;) Ale wizyta była super. Jak się potem okazało, to najfajniejsze świątynie jakie widzieliśmy to były właśnie te, w których byliśmy z Tingną i Penny, bo tam przynajmniej (mniej lub więcej) wiedzieliśmy o co chodzi i czemu ten delikwent się buja przed tym posążkiem, a nie przed tamtym…


Odrobiny absurdu dorzuciła nam też pewna Niemka napotkana przypadkiem. Oczywiście rzucaliśmy się w oczy jako nie-Azjaci, więc zaczepiła nas podczas kupowania pamiątek, czy nie wiemy, gdzie można kupić baterię do jej aparatu. Domyśleliśmy się, że raczej wie, że w sklepie, ale pewnie nie koniecznie wie gdzie ten sklep jest i jak jej zacne baterie wyglądają. Wychodząc wzięliśmy ją więc do najbliższego 7Eleven i kupiliśmy odpowiednie baterie. Ale teraz czas na absurd. Nie omieszkała się zapytać mnie skąd jestem. No to powiedziałem: Poland, a ona taka radosna i krzyczy: „Ooo! Holland!” i nawija, że ma rodzinę w Amsterdamie. Ja na to, że Pppppppoland. Nawet po niemiecku próbuję, a ona nic. Nie wie gdzie jest Polska. Hmm… to się nazywa prozachodnia orientacja. Pewnie na Tajwan też przez Stany leciała…

Kolejnym przystankiem tego dnia był Monument Pamięci Chiang Kai-shek’a, znaczącej postaci w historii Tajwanu. Było to nie za duże miejsce, z wielkim pomnikiem pana prezydenta i kilkoma poziomami muzeum niżej. Dostaliśmy za to kilka pocztówek za darmo. Cenią sobie miłych klientów, cenią… Mili klienci przyprowadzają innych miłych klientów i się biznes kręci… Tam to wiedzą.


Bryka pana prezydenta... pancerna, żeby nie było...

Po tym zwiedzaniu pojechaliśmy coś zjeść na Ximen – jedną z bardziej znanych dzielnic Taipei. Dużo młodych ludzi, dużo restauracji, dużo sklepów, dużo życia… Idąc do miejsca, w którym mieliśmy zjeść kupiliśmy coś do picia. Coś, jest tu właściwym sformułowaniem, bo to było słodko-słone, miało kolor brunatny i byliśmy chyba jedynymi, którzy po spróbowaniu mieli wypisane na twarzy coś innego niż: „Ale to dobre!”.

W restauracji, a właściwie barze, czy czymś takim, było równie ciekawie. Z tego co na razie opisałem kulinarne atrakcje Tajwanu są naprawdę interesujące, ale to nie koniec. Kolejną osobliwością tego miejsca jest „ żelowość”. Przekonaliśmy się o tym zmawiając obiad. Zamówiliśmy sobie zupy z: kałamarnicy, krewetek i wieprzowiny. Wszystko to miało postać żelową. To znaczy wyżej wymienione dobra pływały sobie w takiej, no powiedzmy, galaretce. Nie było złe, ale dość dziwne. Potem na deser zaserwowaliśmy sobie naleśniki z lodami ziemniaczanymi i orzeszkami. Koreańczycy by pewnie jeszcze fasole dorzucili, ale tu na szczęście nie było…


Po dziwnych deserach pojechaliśmy do portu zrobić sobie wycieczkę łódką. Po drodze furorę zrobiły jajka gotowane maczane w sosie sojowym, sprzedawane na sztuki na ulicy. Czarne jajo komuś? Acha, i to wcale nie były „bubbles do Bubble Milk Tea”… trochę za duże. Robiłem się trochę śpiący, więc poprosiłem Penny, żebyśmy weszli do sklepu na chwilę i pomogła mi wybrać coś a’la Red Bull. No było coś podobnego, nazywalo się Super Bizon, czy Super Byk… ja to ochrzciłem: „Super Krowa!”, i od tej pory, ku uciesze Penny, Super Cow stał się moim napojem flagowym ;)

Gdy dotarliśmy do portu daliśmy się jeszcze namówić na lody mango… Tak, tak… wróciłem większy niż wyjechałem, ale chyba pierwszy raz w życiu nie żałuje, bo nie wiadomo, czy będę miał okazję spróbować tych wszystkich rzeczy jeszcze raz. A lepiej żałować, że się spróbowało, niż, że się nie spróbowało.

Łódeczka zabrała nas na Fisherman’s Wharf, czyli przystań rybacką. Może z jednego delikwenta, który kij moczył widzieliśmy, za to była ładna i długa drewniana promenada, most nad kanałem, na którym sobie tajwańskie nastolatki tłumnie robiły zdjęcia i market rybny. Niezbyt szczególny. Bardziej turystyczny niż rybny i dlatego mało ciekawy. Ale, żeby nie było – byliśmy tam ;)

Hmm... most fajny, ale opisu chyba nie przeczytam :/

Już i tak super najedzeni zaczęliśmy się zastanawiać gdzie iść na kolację. Wybór był bardziej niż oczywisty – nocny rynek. Na Tajwanie nocne rynki są czymś więcej niż miejscem gdzie można coś kupić. Ludzie zbierają się razem i zamiast iść do kawiarni, baru czy pubu idą na nocny rynek, na rekonesans. Jedzą tam, piją, śmieją się… Nie mogliśmy tego przegapić. Podobno najbardziej znanym nocnym rynkiem jest Shilin. Tak się złożyło, że nawet daleko nie mieliśmy, bo kilka stacji metrem. Gdy wysiedliśmy już z daleka zobaczyliśmy dość spore kolejki. Okazało się, że to ludzie, którzy stoją w kolejce do straganów z jedzeniem. Mieliśmy przed sobą „żywieniową” część nocnego rynku. Kolejka, jak się okazało, szła dość szybko. Najpierw stanęliśmy po spory kawałek kurczaka. Przygotowywanie było tak masowe, że jeden gość stał i rozdawał papierowe torebki (albo foliowe worki, w zależności od ilości zamawianych porcji) ludziom, którzy stali w kolejce, drugi gość zbierał pieniądze, a do trzeciego pochodziło się i wrzucał taką panierowaną pierś/nóżkę, czy którakolwiek to była cześć kurczaka. KFC niech się schowa. Na kolejnym straganie próbowaliśmy kolejną, po Bubble Tea, specjalność Tajwanu a mianowicie stinky tofu. Stinky, czyli śmierdzące. Z Patrickiem robiliśmy zakłady, co było gorsze – stinky tofu, czy durian, bo on też miał wątpliwą przyjemność próbować obu. Stinky tofu naprawdę śmierdzi jakby gdzieś blisko wybiło z kanalizacji, ale to nie przeszkadza lokalnym zajadać się tym na umór. Można zjeść je dosłownie wszędzie, bo jeżeli jest już gdzieś jakiś stragan sprzedający jedzenie, to 99%, że będzie miał również stinky tofu. Nie da się też nie zauważyć, a właściwie - nie wyczuć, bo zapach rozprzestrzenia się w promieniu pewnie ok. 50m, a jak zawieje, to może nawet dalej. No to nam Penny zaserwowała ten specjał. Zjedliśmy. I tyle napiszę. Potem były jeszcze żelowe trójkąciki z świńskiej krwi na patyku, można było kupić truskawki w polewie, różniaste soki i te słodko-słone napoje… Ale my już najedzeni i po stinky tofu mieliśmy już dość. Zaczęliśmy więc przemarsz nie żywieniową częścią rynku. A było tam wszystko. Ciuchy, buty, zegarki, kolczyki, bransoletki, przywieszki, cuda na kiju. No wszystko. I nawet, w porównaniu do Malezji, wydawało się całkiem przyzwoitej jakości, a przynajmniej może dobrze w miarę wyglądało.

Świńskiej krwi na patyku?
Było jeszcze trochę za wcześnie, żeby wracać do domu, więc wsiedliśmy w autobus i podjechaliśmy do centrum handlowego Miramar na… diabelskie koło. Zafundowaliśmy sobie wycieczkę na górę i widok na Taipei nocą. Rewelacja. Szkoda tylko, że było tak wilgotno na zewnątrz, że szyby parowały, i nie dało się zrobić ładnych ostrych zdjęć. No ale cóż – nie można mieć wszystkiego. Spod Miramar chcieliśmy wziąć autobus do domu do Penny, ale gdy zobaczyliśmy pewnie z siedemdziesiąt osób w kolejce i policzyliśmy ile przyjdzie nam czekać na naszą kolej, to zwątpiliśmy, a Penny zadzwoniła po tatę. Lubimy Pana Tatę, bo przyjechał po nas i zgarnął nas do domu.


Okazało się, że tajfun, który się zbliżał do Tajwanu skręcił nad Chiny (Tingna nabijała się, że za Patrickiem leci, bo wszędzie gdzie się Patrick pojawiał psuła się pogoda), tak więc mogliśmy jechać do Kaohsiung – drugiego największego miasta na Tajwanie, miasta Tingny. Gdyby nie skręcił, to w najlepszym wypadku czekałaby nas deszczowa pogoda, a niewykluczone, że zobaczylibyśmy latające dachy, itp.

Ale to oznaczało konieczność spakowania się. Musieliśmy wrócić z powrotem do Taipei, bo stąd mieliśmy samolot do Seulu, więc na kilka dni postanowiliśmy się wcisnąć w jedną walizkę, a drugą oddać Penny pod opiekę. Ekspresowo poszło nam przepakowanie i zwarci i gotowi do jutrzejszej wyprawy powiedzieliśmy dobranoc.

26. czerwca rano pobudka i śniadanie. Pani Mama Penny zrobiła nam znowu western style, czyli jakiegoś hamburgera z… herbatką. Wsiedliśmy do autobusu do Kaohsiung. Było to dość wypasiony autobusik. Trzy miejsca w rzędzie, wszystkie półleżące, spać i jeszcze raz spać. No więc trochę pospaliśmy. Penny na wszelki wypadek napisała nam kartkę, gdzie mamy wysiąść (po chińsku), pokazaliśmy kierowcy, coś tam powiedział, ale kiwnął głową, więc się zrelaksowaliśmy. W trakcie jazdy obejrzeliśmy jeszcze Harrego Pottera i kawałek Władcy Pierścieni, bo jechało się dość długo. Kilka dobrych godzin. Rewelacją autobusu była też toaleta. Miała mało metrów kwadratowych, ale chyba jeszcze mniej metrów sześciennych. W życiu tak skulony do żadnego pomieszczenia nie wchodziłem, a tam jeszcze trzeba było się pogimnastykować. W końcu zamiarem zwiedzenia toalety nie jest z reguły tylko pasja turystyczno-krajoznawcza, prawda?



wtorek, 18 sierpnia 2009

Floating Market

No to się obudziliśmy. 6.30 rano. Ktoś pukał – pewnie recepcjonista. Zebraliśmy się, spakowaliśmy (nie było trudno z małym plecaczkiem) i idziemy. Poprzedniego dnia odkryliśmy zajezdnię autobusową, więc postanowiliśmy się wyrejestrować z hotelu i od razu po markecie wrócić do Bangkoku.

Na recepcję przyszedł po nas jakiś człowieczek, który miał nas zaprowadzić na łódkę. Myśleliśmy, że to nasz pan łódkowy, ale nie. Acha. Kwestią wprowadzenia. Pływający rynek (Floating Market) jest pływający, bo się na nim pływa łódeczkami i robi zakupy. W sumie dla turystów to mam wrażenie, że bardziej ogląda co tam mają niż kupuje, ale może zdarzają się jacyś bardziej zainteresowani transakcjami.


No więc doszliśmy do nabrzeża kanału, pan prowadzący wskazał nam łódkę i dziadka, który miał nas obwozić. Dziadek po angielsku niekoniecznie, ale uśmiech miał piękny. Całe z trzy ząbki mu się ostały, ale to akurat myślę, że mu nie przeszkadzało w prowadzeniu łódki. Wsiedliśmy sobie, dziadek odpalił „rakietę” i pyrk pyrk pomknęliśmy kanałami. Na początku było trochę średnio, bo takie nic specjalnego. Kanał, zielona woda, chatki na palach po lewej i po prawej, ktoś tam podlewa kwiatki, ktoś gotuje, ktoś gdzieś wychodzi… nic. Płyniemy. Po chwili po lewej stronie pojawiła się brama z napisem „Floating Market” i trochę więcej łódeczek. No i się zaczęło. Im dalej wpływaliśmy w głąb tym więcej łódeczek zaczynało pływać i … podpływać do nas. Z racji dość wczesnej pory nie był poza nami innych turystów, więc znów (mam dość!) stanowiliśmy atrakcję. Polecano nam wybrać się tam wcześnie, żeby uniknąć tłumów zjeżdżających z Bangkoku pierwszym autobusem ok. 8-9 rano, ale przez to było trochę pustawo.



Pierwsza podpłynęła do nas pani z ciastkami kokosowymi. Nasz dziadek zwolnił, chwycił łódkę kobieciny, podciągnął do swojej i zaczęliśmy kupować. Kupiliśmy parę ciastek i zjedliśmy od razu, w ramach śniadania. Dobre było, ale trochę mało. Więc płynęliśmy dalej, oglądając stragany z różnymi różnościami po lewej i po prawej. Nie interesowały nas za bardzo pamiątki, ale i tak każdy próbował nas przyciągnąć, a dziadek tylko patrzył na nas czy dajemy znak, żeby gdzieś podpłynąć czy nie. Sam nie podpływał, co było fajne, bo można było olać babę jedną czy drugą drącą się wniebogłosy, żeby kupić od niej jakieś lampki w kształcie słonia czy inną zabawką, która jak się ją wodą poleje, to udaje, że sika. No rewelacja.


Po chwili złapaliśmy panią z wielkim garem ryżu i innych dobroci na łódeczce więc skinęliśmy na dziadka żeby tam płynąc. Pani miała jedzonko konkretne, tzn. ryżyk z badziewiami. W sam raz na śniadanie. Zakupiliśmy więc dwie porcja, kurtuazyjnie zapytaliśmy dziadka czy chce, ale odmówił i popłynęliśmy dalej. Mijaliśmy kolejne sklepy z ubraniami, warzywami, przyprawami, pamiątkami i wszystkim co się dało. Mijaliśmy tez dużo ludzi na łódkach sprzedających kokosy, warzywa, gotowe potrawy itp. ale, szczerze mówiąc , liczyłem, że tego będzie tyle, że aż trudno będzie przepłynąć, a tu nie koniecznie.


Dziadek dowiózł nas do jednego ze sklepów znajdujących się na końcu kanałów, gdzie czekała nas wysiadka i przechadzka po sklepie. Pewnie, jak to zwykle w tych rejonach, dziadek dostał coś od sklepu, za to, że podwiezie im turystów. Wiele do gadania nie mieliśmy. Wysiedliśmy, weszliśmy do sklepu, przeszliśmy cały i… wsiedliśmy z powrotem dziadkowi na łódkę. Oznaczało to nie mniej ni więcej jak powrót. Trochę krótko, bo łączna przejażdżka zabrała nam może 1-1,5h. Oczywiście ktoś powie, że gdybyśmy więcej kupowali to… bla bla… Ale tu nie do końca chodziło tylko o kupowanie. Wracając kupiliśmy sobie jeszcze mini banany i mieliśmy okazję obejrzeć jak wygląda poranna toaleta mieszkańców okolicznych domków wzdłuż kanałów. Wyglądała jak na zdjęciu poniżej…


Nawet mu nie przeszkadzała ilość turystów – twardy gość ;) Po skończonej przejażdżce pożegnaliśmy się z naszym trzyzębnym dziadkiem i pomaszerowaliśmy na przystanek autobusowy, żeby złapać coś do Bangkoku. Nie musieliśmy czekać długo. Po ok. 10 minutach byliśmy już w drodze.

W Bangkoku czekały na nas długo oczekiwane zakupy. To znaczy na kogo czekały na tego czekały. Ja to jakimś specjalnym entuzjastą nie byłem, ale no coś można było kupić. Wzięliśmy więc tuk tuka i pojechaliśmy na Siam Square, czyli część Bangkoku w której mieszczą się sklepy, centra handlowe itp. Zapłaciliśmy 90 bahtów (9zł) i znowu mieliśmy przygodę życia, bo każda przejażdżka trójkołowym motorkiem z kierowcą, który za każdym razem jest panem nieba i ziemi, była nie zapomniana. Żadna kolejka górska nie dostarcza tyle wrażeń.

Świat oczami tuk tuka...

Gdzie człowiek nie może, tam tuk tuka wyśle...

Wysiedliśmy, weszliśmy do jednego centrum handlowego, ale było drogawo. Mit o tanim Bangkoku? Hmm… tu raczej tak, więc dość szybko wyszliśmy i przeszliśmy dalej. Kolejne było MBK, czyli coś dla młodszych ludzi i z nieco chudszymi portfelami. Tu było więcej przystępnych rzeczy, ale, żebyśmy się obkupili to nie powiem. Ja sobie parę posążków buddy kupiłem, Aśka trochę więcej, ale jak na jej możliwości to też właściwie żałośnie.


Po obiadku postanowiliśmy więc jeszcze co nieco pozwiedzać. Niedaleko znajdował się dom Jima Thompsona, który to zasłużył się dla Bangkoku i własnej kieszeni promując lokalne tkaniny i ogólnie przemysł włókienniczy. Dotarliśmy do jego domu, ale okazało się, że muzeum, które tam się znajduje było już zamknięte. Zobaczyliśmy za to płaszczkę pływającą w oczku wodnym, co było dość ciekawe i … nieoczekiwane. Po wyjściu wzięliśmy Canal Boat, czyli tramwaj wodny kursujący po pobliskim kanale i podjechaliśmy do jednej ze świątyń w okolicy. Tramwaj był znowu przeżyciem, jak z resztą wszystko co się porusza w Bangkoku. Prawie ruszył gdy ja jeszcze miałem jedną nogę na brzegu, ale co tam. Dałem radę. Wolno to on tez nie pływał. Pasażerowie w środku mieli powieszone foliowe kurtyny jako przedłużenia burt, bo tak chłapało na lewo i na prawo.

Gdy dotarliśmy pod Złota Górę (Golden Mountain) no to chcieliśmy wejść na szczyt. Generalnie to nie jest to jakaś niesamowita góra, a raczej świątynia zbudowana na czubku wzgórza, z której dość ładnie widać Bangkok. Podobno tez dość ładna w środku, ale po rzucie oka szału nie było, a do środka nas nie wpuścili bo już zmykali. Zrobiliśmy kilka zdjęć z zewnątrz i pani sprzątająca ściągnęła nas na dół. Niestety chyba inna pani sprzątająca zamknęła już dolne drzwi i musieliśmy z powrotem wychodzić na szczyt i schodzić druga stroną. Taka mała przechadzka na poprawę kondycji. Spotkaliśmy przy okazji dwóch Irlandczyków, którzy do najbardziej zorientowanych nie należeli, a że mieszkali na Khao San, czyli niedaleko nas to mięliśmy wracać z nimi. Niestety pan od tuk tuka nie zaoferował nam interesującej (dla Polaków) ceny więc pożegnaliśmy się z kolegami wyspiarzami i wybraliśmy spacer.



Doszliśmy do naszego hotelu, zarezerwowaliśmy sobie miejsce na busa na lotnisko na 5 rano. Potem, okazało się, że jednak mamy lot wcześniej niż myśleliśmy i przebookowaliśmy go na… hmm… 4 rano. Zafundowaliśmy sobie ostatniego shake’a melonowego, Pad tai i naleśnika i poszliśmy spać.

O 4 rano następnego dnia wsiedliśmy ledwo przytomni do tego busa i daliśmy się powieźć na lotnisko. Znowu było ciekawie, bo facet godzinną trasę zrobił w 25 minut, więc to co się z nami działo w środku przypomniało raczej zwożenie ziemniaków w wykopkach niż drogę na lotnisko, ale przynajmniej się nie spóźniliśmy.


Jak się potem okazało, nawet gdybyśmy się spóźnili nie byłoby to nic strasznego, ponieważ nasz zacny samolocik China Airlines (tajwańskie (!) linie lotnicze) miał lekkie opóźnienia. Jednak gdy już się pojawił wynagrodzono nam to oczekiwanie, bo samolot był fajny, duży, a jedzenie na pokładzie było smaczne. Spotkaliśmy nawet jakiegoś Szweda, który okazał się pracować dla jakiejś międzynarodowej tajnej policji. Zdziwiło nas tylko trochę, że skoro na jest taka tajna to on nam tyle o niej opowiada, no ale cóż… może po prostu wylewny był…

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Ayutthaya

Następnego dnia (22.06) czekała nas dość wczesna pobudka, bo wykupiliśmy zorganizowaną wycieczkę do Ayutthai (starej stolicy Tajlandii) i mieliśmy zostać odebrani z hotelu o 7 rano. Tak też się stało, aczkolwiek na początku panowie nie chcieli nas zabrać i sądzili, że ktoś inny ma po nas przyjechać, bo biedakom się pomylił nr faktury z numerem pokoju… i sądzili, że my to nie my. Ale po kilku minutach zrewidowali swoje opinie i kazali nam wsiadać do busa. Zgarnęliśmy jeszcze kilka innych osób: paru Holendrów, Izraelczyka, Anglika, Nowozelandkę… i trzy Koreanki, które chcieliśmy potem zatłuc bo robiły sobie zdjęcia zawsze i wszędzie nie patrząc na innych.

Po półtorej godziny jazdy dotarliśmy do pierwszej świątyni. Minęło szybko, bo spałem. Pierwszy był jakiś Wat, którego nazwy nie pamiętam, bo była chyba czteroczłonowa. W każdym razie zatrzymaliśmy się w środku pola, przy wielkiej kamiennej budowli przypominającej trochę świątynie majów (taka piramida ze schodami na górę na każdej ze ścian). Dookoła hasały sobie krówki, biegały kurczaki, psy, czasami jakiś mnich w pomarańczowym… Sielski wiejski krajobraz. Przewodnik powiedział nam kilka słów o tym cudzie architektury i dał 20 min. na zwiedzanie. Z góry świątyni był całkiem przyjemny widok. Zrobiliśmy kilak zdjęć, wszedłem do środka, do czegoś, co przypominało małą kotłownię, a w efekcie było tylko tak okopcone od kadzideł itp… Zeszliśmy z „inkaskiej” piramidy i, między krowami, poszwendaliśmy się jeszcze po okolicy. Znaleźliśmy wielkiego złotego buddę, przyglądaliśmy się jak mnich zapala kadzidełka, zobaczyliśmy też jego hamak… Całkiem interesująco, ale, szczerze mówiąc, jak na jeden z ważniejszych zabytków kulturowych Tajlandii, to tak troszkę biednie utrzymany…



Wsiedliśmy do naszego minivana, zapięliśmy pasy i dalej to kolejnych świątyń. Kolejny Wat był chyba najładniejszym jaki przyszło nam zobaczyć. Tak właściwie to był cały kompleks świątyń, a nie jedna. Pierwszą rzeczą jaka rzucała się w oczy po wejściu do świątyni, był wielki budda. Podobny do tego w Bangkoku, ale kamienny, niezadaszony i … ubrany w tradycyjne buddyjskie szaty. Z resztą jak wszystkie posągi buddy w tamtym miejscu. Czy oni za każdym razem zmieniają buddom ubranka jak popada? (a przecież był sezon deszczowy) – nie wiem. Ale pytanie dobre ;)


Weszliśmy do najwyższego budynku w kompleksie. Znowu było dość stromo i znowu lekko rozczarowywało na samej górze, bo była jakaś studnia życzeń, facet z kadzidełkami i nic wiele więcej. Tak więc szybciutko zeszliśmy zrobić kilka zdjęć szeregom buddów otaczającym cały plac świątynny.
Po sesji przeszliśmy w cześć kogucią. Kogucią, ponieważ z do tej pory nieznanego mi powodu, był tam mnóstwo... kogutów. I to wszelakich rozmiarów. Do malutkich aż do takich, którym się pod ogon zmieścić mogłem. Bez skojarzeń proszę. Po drodze do kogutów minęliśmy jeszcze mały staw/rzeczkę, w której pływały sobie żółwie, oraz świątynię z najbardziej obłożonym szkłem buddą jakiego widziałem. Może ważny był, ale ludzi tam za wiele nie było więc… pewnie go po prostu kiepsko wykonali i się teraz sypie biedak…



Godzina zbiórki zbliżała się nieubłaganie, więc z żalem wyszliśmy kurom spod ogona i z powrotem usadowiliśmy się w minivaniku, który tym razem miał nas zabrać do Wat Maha That. O ile dobrze pamiętam, był to najstarszy kompleks świątynny w Ayutthai, a przynajmniej na najstarszy wyglądał, bo wszystkie pagody były zniszczone. Zniszczone i z reguły miały dość spory problem z trzymaniem pionu, tak więc proszę się nie dziwić zdjęciom – to nie wina aparatu, że wszystko tak jakoś krzywo wygląda. Powód dlaczego wszystko jest takie poniszczone, a prawie każdy budda jest pozbawiony głowy albo ramion jest jak zwykle taki sam… wojna. Podczas gdy Tajlandia była najeżdżana przez królestwo Birmy, Birmańczycy niszczyli wszystko, a już w szczególności najwspanialszy kompleks świątynny w ówczesnej Tajlandii…


Wat Maha That ma jeszcze jedną ciekawostkę. I to chyba dość sławną. Jest nią mianowicie drzewny budda, czyli twarz buddy, która została wyrzeźbiona pośród korzeni drzew. Ciekawa sprawa, a już na pewno niepowtarzalna. Buddów się trochę naoglądałem, ale to był pierwszy drzewny… I w sumie chyba ostatni ;)


Po tej świątyni mieliśmy udać się na lunch. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o wielkiego leżącego buddę. Jakimś cudem udało się mu ocaleć i całkiem nieźle się prezentował. To właśnie kopia tego buddy znajdowała się w Wat Pho w Bangkoku. Oryginał robił oczywiście wrażenie, bo był ogromny. Tak dla wyobrażenia: paznokieć buddy był wielkości ludzkiej głowy. No duży. Aczkolwiek muszę przyznać, że to albo +35 stopni i pełne słońce, albo przywiązanie do tego co się świeci, bo ta złota kopia z Bangkoku podobała mi się bardziej. Może głodny już byłem…


Po lunchu przyszedł czas na główny pałac. Niestety w większości zniszczony. Do tego stopni, że bez opisu czasem trudno było rozróżnić co to. Sposób zwiedzania pałacu też był ciekawy, bo tak naprawdę biegaliśmy od cienia do cienia, a miejsca gdzie trzeba było przejść w pełnym słońcu były ciężkie do zniesienia. Obeszliśmy jednak cały pałac dookoła, a wychodząc weszliśmy jeszcze na chwilę do świątyni buddyjskiej i to chyba bardziej, żeby się nieco ochłodzić niż, żeby zobaczyć kolejnego pozłacanego pana B.


Po wyjściu ze świątyni dostaliśmy chwilę wolnego, więc podeszliśmy jeszcze obejrzeć tradycyjne tajskie chaty i ich wystrój. Fajnie było, bo chatka był an wysokich palach, a w środku miała izby dookoła atrium. Taki trochę rzymski domus tylko w drewnie, na palach i trochę bardziej ubogi ;)


Na zewnątrz chatki czekały… słonie. No bo oczywiście dla turystów wszystko. Nam już za bardzo w głowę przygrzało i bez słoni, więc na przejażdżkę się nie targnęliśmy. Za to pooglądaliśmy biedna stworzenia. Biedne, bo przywiązane do barierek i czekające na turystów, żeby móc się ruszyć. Zszokował nas też jeden z ludzi dosiadających słonia, który przywalił swojemu podopiecznemu w czoło tak, że aż kurz poszedł. Może i słonie mają mocną czaszkę i zrogowaciały naskórek w tej części, ale wtedy to aż nas zabolało. Z drugiej strony to te słonie wydawały się być na emeryturze, ponieważ miały dziwnie wytartą trąbę i czaszkę, a przecież w Tajlandii wciąż wykorzystuje się je jako siłę pociągową przy ścince drewna itp.. Możliwe, że nasze słoniki robiące za taksówki były po prostu na zasłużonej emeryturze. Tak czy inaczej, mam nadzieję, że ja na emeryturze tak nie skończę…


Po słonikach czekał nas już powrót do Bangkoku. Oczywiście po takiej ilości atrakcji w klimatyzowanym vanie można było zrobić tylko jedno. Przyciąć komara. No to jak posnęliśmy tak panowie obudzili nas w Bangkoku, że wysiadamy.

Wcześniej umówiliśmy się z nimi, że nie chcemy wracać do hotelu i żeby wyrzucili nas na południowym dworcu autobusowym, bo stamtąd odchodziły autobusy na… pływający rynek – kolejną atrakcję, którą mięliśmy w planie. Ponieważ znajdowała się ona kolejne kilka godzin drogi od stolicy, to postanowiliśmy udać się tego samego dnia, przenocować na miejscu i pójść na pływający market z samego rana dnia kolejnego.

No więc wysiedliśmy. Idziemy przez kładkę nad 6-cio pasmową ulicą, przechodzimy na druga stronę i szukamy dworca, a dworca nie ma. Pytamy ludzi, to jedni nas chcą władować do taksówki (tak, tak.. standard w Bangkoku), więc dziękujemy. Inni wysyłają nas gdzieś autobusem, ale nam przecież powiedzieli, że ten dworzec to gdzieś tu za rogiem. Róg był, ale dworca ani trochę. No więc idziemy dalej. Widzimy jakieś autobusy. Ale zajezdnia wygląda na opuszczoną. Stoją dwa autobusy na krzyż, no więc podchodzimy do jednego i pytamy gdzie można kupić bilety na pływający rynek, a oni, że to nie ten dworzec, ale… nas wezmą na właściwy. No i zonk. Wierzyć, czy nie wierzyć? Tłumaczą nam, że tu był kiedyś dworzec, ale teraz go przenieśli i tu jest tylko techniczny przystanek dla autobusów, dlatego stoją tu dwa na krzyż. Z drugiej strony widzieliśmy już takich pseudo przewodników, którzy pokazywali zamkniętą bramę do świątyni tylko po to, żeby zabrać turystów gdzie indziej, gdzie mogą wyciągnąć od nich kasę (a druga brama do świątyni była otwarta oczywiście;). Więc znowu: wierzyć, czy nie wierzyć. Nikogo za bardzo więcej na tym dworcu, robi się powoli późno, a my jeszcze musimy na ten market dotrzeć. No to wsiadamy. Jedziemy autobusem, rozmawiamy z kierowcą i jego pomocnikami (bileterką i jakimś dzieciakiem), próbujemy rozpoznać drogę jaką jedziemy, ale w Bangkoku to takie trochę żarty… Po 10-15 minutach jest dworzec. Uff… ulga. Nie wywieźli nas nigdzie. Chcemy zapłacić, ale nie chcę. Więc miło – trafiliśmy na normalnych ludzi. Dziękujemy, wysiadamy i biegniemy na autobus na pływający market. Znaleźliśmy i dowiadujemy się, że odjeżdża za 3 minuty, a my wściekle głodni. Pytamy kiedy następny – nie wiadomo. No więc zrobiliśmy minę jak zbite psy, że kolejne kilka godzin bez jedzenia, ale musiała być na tyle znacząca, że aż tajska pani bileterka zrozumiała i powiedziała, żebyśmy podbiegli i kupili sobie coś do jedzenia a oni poczekają. Raaaadość. Nakupiliśmy badziewia i jedziemy. Jakieś 2-3h później wołają nas, że to tu. Wysiadamy.

Jakieś małe tajskie miasteczko. Bloki są, szeroka ulica, jakieś kanały mijaliśmy po drodze… Hmmm. Szukamy hotelu. Znaleźliśmy. Prawdopodobnie jedyny w mieście, z resztą chyba tak nawet było napisane w przewodniku. Little Bird Hotel. Jak się szybko okazał wcale nie taki Little, bo wyglądał jak przerobiony a jakiejś starej fabryki. No ale był, w gorszych już spaliśmy, więc ok. Zostajemy. Przewodnikiem mądrzy, powiedzieliśmy facetowi na recepcji, ze jutro rano chcemy jechać na pływający market i zaczęliśmy negocjować cenę. Zbiliśmy trochę, ale nie za wiele, ale powiedział, że wychodzimy o 7.00 i, że będzie nas budził o 6.30. Może być. Trochę znowu zgłodnieliśmy, więc po zakwaterowaniu (polegającym na rzuceniu naszego jednego plecaka na łóżko) poszliśmy zwiedzać miasteczko. No i się trochę zdziwiliśmy. Niby ten pływający rynek to taka atrakcja turystyczna, a tu robimy furorę na ulicy. Biali ludzi, z aparatem, chodzą, patrzą… A my szukaliśmy czegoś do jedzenia po prostu. Przeszliśmy miasteczko w jedną i druga stronę. Nie zajęło nam to więcej niż pół godziny, bo duże ono nie było. Widzieliśmy za to parę tajskich dziwów, typu kapliczka między pólkami z proszkiem i artykułami higienicznymi, kot śpiący na pralce w sklepie z artykułami AGD, itp. Zatrzymaliśmy się przy jednej budzie na kółkach sprzedającej coś co wyglądało na nadające się do jedzenia, więc wzięliśmy. Obsłużyło nas chyba 5 osób, tacy wszyscy prze szczęśliwi, że obsługują obcokrajowców. No fajnie. Nawet zjadliwe było, więc my ucieszeni, oni ucieszeni… sama radość. Weszliśmy jeszcze do spożywczaka, żeby kupić coś na deser i wróciliśmy do hotelu. Nie było za późno, ale hmm… nie ma tu co robić, więc po prysznicu i obejrzeniu dwóch tajskich telenowel poszliśmy spać. Przydał nam się sen po całym dniu w Ayutthai i przygodach z autobusem, a poza tym przecież jutro pobudka o 6.30…