sobota, 25 kwietnia 2009

Yokohama i raz jeszcze Tokyo...

Po świątynno-ogrodowym krajobrazie Kyoto, Yokohama zafundowała nam zupełnie inne wrażenia. Oczywiście zanim wrażenia zafundowało nam miasto, atrakcje zapewniła Aśka... gubiąc buta. Ale, żeby to tak normalnie buta zgubić, to nie... jak gubić to z klasą i na torach kolejowych...

Ale od początku. Na dworcu w Yokohamie przechodziliśmy z jednego peronu na drugi, żeby podjechać jedną stację bliżej nabrzeża. I tak się złożyło, że akurat podjechał nasz pociąg. No więc nie zastanawiając się długo pobiegliśmy, żeby się załapać. Ja wsiadłem do jednego wejścia, Aśka do drugiego, a Łukasz, żeby było śmiesznie - do trzeciego, bo nie mogliśmy się przepchać przez tłum wysiadający ludzi. Wskoczyliśmy do pociągu, rozglądamy się, czy wszyscy są i... patrzę Aśka coś macha głową, żeby wysiadać. No to nie czekając długo wysiadłem. Pierwsze skojarzenie, to że wzięliśmy zły pociąg i Aśka na szczęście zauważyła. Zdarzyło nam się już, więc nie byłoby to nic dziwnego. Tylko hmm... dlaczego stoi na jednej nodze? Jak się okazało, wbiegając do pociągu zgubiła buta, który wpadł w szczelinę między wagonem a peronem. Ponoć jak biedni Japończycy to zobaczyli to tylko jęknęli robiąc wielkie: "Ooooooooooch". W każdym razie teraz buta trzeba było wyciągnąć. Łukasz chciał skakać w dól na tory, ale jak mu powiedzieliśmy, że skończy jak mucha na szybie samochodu jak przyjedzie Shinkansen, to mu się odechciało. Na szczęście po chwili pojawił się pan z długą lancą z chwytakiem na końcu... i odzyskaliśmy buta ;)

Zguba...

... i właścicielka ;)

Ale wracam do Yokohamy. Z bolącymi od śmiechu brzuchami podjechaliśmy dwie stacje, po czym wysiedliśmy i dotarliśmy na nabrzeże. Ja sobie kupiłem jeszcze po drodze małą ośmiornicę z zamiarem zjedzenia jej w porcie, bo umierałem już z głodu.

W porcie mieliśmy wyjść na jakiś dach, z którego ponoć jest piękny widok. Dach na początu pomyliliśmy i chcieliśmy wejśc do jakiegos biura sprzedającego bilety na rejsy, ale tam przynajmniej nas poinformowano, że to nie tu, i że z tym dachem to chodzi po prostu o terminal portowy. Gdy doszlismy na miejsce widok był niesamowity.

Yokohama nocą...

Nie dość że w porcie stały zacumowane dwa ogromne statki pasażerskie, to jeszcze widok na Yokohamę naprawde zapierał dech w piersi. Kobe nie miało startu... W ogóle całą Yokohama wydała nam się całkiem przyjemnym miastem - bardzo czystym, nowocześnie zbudowany, a z drugiej strony zielonym i przyjaznym. W drodze powrotnej minęlismy jeszcze stadion baseballowy, bo jakby ktoś nie wiedział , to baseball jest jedną z popularniejszych dyscyplina sportu zarówno w Japonii jak i w Korei. Z tą różnicą, że Japonia ma lepszą drużynę.


Station baseballowy...

Po takich atrakcjach wrócilismy do naszego starego hostelu w Tokyo, a następnego dnia wyruszyliśmy na Odaibę. Po drodzę tam wpadliśmy na chwilę na Shibuyę na sushi. Specjalnie tam, gdyż Yuna bardzo polecała to miejsce. Na początku nie za bardzo mogliśmy je znaleźć, bo z zewnątrz wygladało na całkiem drogie. Weszliśmy nawet na chwile do innego baru, gdzie jadło się na stojąco, ale tam to już w ogóle był jakiś kosmos - 300 jenów za kawałek! Wróciliśmy więc do tego poprzedniego i wszeliśmy do środka. Mieliśmy szczęście, bo było miejsce, a był to typowy sushi bar, czyli talerzyki z kawałkami sushi jeżdżące dookoła stołu. Każdy brał co chciał, a potem podchodził do kasy z talerzykami i płacił w zależności od ilości tychże. Najdałem się tam niesamowicie. Razem z Aśką spałaszowaliśmy 20 talerzyków, próbując oczywiście najdziwniejszych rzeczy. Najsmaczniejszy był łosoś z cebulką i pieczony węgorz, ale generalnie wszystko było pycha. Przypuszczam, że nawet lepsze niż na Tsukiji, a w dodatku prawie o połowę tańsze (120 jenów za 2 kawałki)!

Pan kucharz, wielka ryba i pycha sushi...

Najedzeni wsiedliśmy w metro i podjechalismy na Odaibę. Jest to zupełnie sztuczna wyspa, na której mieszczą się niesamowicie nowoczesne budynki wielu znanych firm. Jest m.in. siedziba firmy Fuji, czy Toyota Mega Web - wielki salon Toyoty, gdzie nie tylko można wsiąść do każdego z modeli dostępnych do sprzedaży, ale można też usiąść w symulatorze, zobaczyć bolid F1, czy przejechać się malutkim eco-carem.

Budynek Fuji...

Symulant...

Mamo, taki Ci chciałem przywieźć... naprawdę, tylko się do walizki nie zmieścił! ;)


Cała Odaiba jest tez wypełniona centrami rozrywki. Jak przechodzi się przez takie zagłębie automatów do gry wszelakiego rodzaju, kręgielni, miejsc do gry w rzutki, bilard czy nawet masażu stóp, to na prawdę można zwariować. Można tez odnieść wrażenie, że Japończycy są niezmiernie dziecinni, bo potrafią przy takiej maszynie spędzać całe dnie. No ale cóż - my takich w Polsce nie mamy, to całych dni nie spędzamy...

Maszyna do masażu nóg...

Po Odaibie podjechaliśmy jeszcze na stację metra Korakuen, gdzie znajduje się centrum handlowe i 5. co do wielkości rollercoaster na świecie. Oczywiście nie muszę pisać co robiliśmy przez najbliząszą godzinę :). Biedna była tylko Aśka, która musiała na nas czekać na dole podczas gdy stalismy w kolejce...

Rollercoaster...

... i my gdzieś tam w wagoniku.

Z takimi wrażeniami na zakończenie wrócilismy do hostelu, a następnego dnia rano, zaopatrzywszy się w lunch boxa na śniadanie wyruszyliśmy na dworzec. Z dworca przy stacji Ueno odchodził pociąg bezpośrednio na lotnisko. Na samym lotnisku zrobilismy jeszcze pare zakupów a'la pamiątki - moim zdaniem fajniejsze rzeczy niż można było kupić gdzie indziej. Nie polecam za to strefy bezcłowej, bo jest chyba najdroższą bezcłówką jaką widziałem. I w ten sposób, pełni wrażeń i zmęczenia dotarliśmy do Seulu...

piątek, 24 kwietnia 2009

Kyoto...

Nadszedł wreszcie czas na Kyoto. Wreszcie, ponieważ Yuna, która dzielnie pomagała mi przygotować całą wyprawę (a jeździ do Japonii praktycznie rok w rok), opowiadała o tym mieście w samych superlatywach. I muszę stwierdzić, że z prawdą się nie minęła.

Kyoto mieliśmy zaplanowane najbardziej szczegółowo. Do tego stopnia, że na mapie miałem zaznaczone, którą drogą przejść i w której knajpie zjeść. Ale w praniu wyszło jak zwykle inaczej. Podróż do Kyoto nie zajęła nam wiele, Kyoto i Osaka twrozą w zasadzie jedną aglomerację. Pierwsze wrażenie po wyjściu z Shinkansena zrobił na nas dworzec w Kyoto. Bardzo nowoczesny i zaprojektowany z polotem. Zanim z niego wyszliśmy, wybraliśmy się jeszcze na taras widokowy, żeby zobaczyć panoramę miasta. Nie była ona powalająca, biorąc pod uwagę fakt, że Kyoto jest stary miastem, z niską zabudową. Ale dworzec zwiedziliśmy.

Pierwsze przygody zaczęły się przy wsiadaniu do autobusu. Była to nasza pierwsza styczność z autobusem, gdyż do tej pory poruszaliśmy się metrem i koleją, która wiele się od metra nie różni. Za to autobusy pozostawały dla nas czarną magią, a ewidentnie stanowiły najlepszy środek lokomocji w Kyoto. Uprzedzono mnie nieco jak z nich korzystać, tzn. wsiadać tylnim wejściem, a wysiadać przednim. Z przodu kasuje się również bilet. I to właśnie ten bilet stanowił atrakcje najbliższej godziny, ponieważ jak już dotarliśmy na przystanek, na którym mieliśmy wysiąść (Jofukoji Imadegawa) udaliśmy się do kierowcy aby zapłacić za bilet. Pytamy sie go ile, a on nam na to, że 500 jenów! Trochę drogo, biorąc pod uwagę, że nawet w Tokio płaciliśmy 160-190 jenów za bilet jednorazowy. Z ciężkim sercem szukamy tych 500 jenów i co się okazuje - ja z Aśką nie mamy dorobnych, a Łukaszowi brakuje kilkunastu jenów... I ku naszemu zdziwieniu po kilku japońskich słowach słyszymy: "Next time! Go, go!". No to dzieci się ucieszyły, że zaoszczędziły sporo kasy (dobry obiad). I były szczęśliwe, dopóki się nie dowiedziały, że to był bilet całodzienny oraz i tak chcąc gdzieś dzisiaj jechać trzeba będzie te 500 wyłożyć...

Ze znalezieniem hostelu mieliśmy problem. Ulica się zgadzała. Świątynia po drodze też była. Ale wywieszki pt. "Kyoto City Hostel" ani nawet czegoś, co hostel miałoby przypominać nie było. Tak więc zagailiśmy do tubylców i się pytamy, że to gdzieś tu... a oni, że nie wiedzą. W końcu znalazł się jakiś młody dobry człowiek, który widać jak zobaczył obcokrajowców to od razu wiedział o co chodzi i wysłał nas kilka domów dalej. Jedyne co zobaczyliśmy na drzwiach to napis: "Oliver B. Gilmour"...

Ku pamięci. Jak zobaczycie - nie wchodźcie ;)

Nie brzmiało to japońsko. Z resztą wcale nie miało. Przywitał nas... murzyn. Tak, w kraju małych, skośnych, żółtawych ludzi, nas białych jak dzieci młynarza turystów wita... murzyn. Żeby nie zostać posądzonym o rasizm i dokładniej rzecz ujmując: brazylijczyk, który sporą część swojego życia spędził w Stanach, a od 9 lat mieszka w Japonii. Gość wydawał się z początku całkiem miły, a hostel idealnie utrzymany. Wszystko w drewnie, skórzane kanapy, telewizor... ale niewinne złego początki. Pierwszą rzeczą jaka nam się nie spodobała była mina Łukasza, który wyszedł z łazienki. Jak się potem okazało, była ona kosmicznie mała, połączona z toaletą (dwa prysznice + dwie toalety) i w polowym stanie, tzn. podłogą jednej z kabin prysznicowych były deski, nie mówiąc już o tym, że jak się wchodziło pod prysznic to nie bardzo było gdzie rzeczy zostawić... a w każdym momencie ktoś mógł wejść do toalety. A... no i jeszcze do łazienki przechodziło się przez kuchnie...

Ale hostel to nie najważniejsza rzecz, dlatego też ruszyliśmy szybko zwiedzać. Po otrzymaniu wytycznych od naszego murzynka Olivera (proszę wybaczyć "Murzynka", ale tak go nazywaliśmy między sobą, a jakbym był rasistą do do Korei bym nie pojechał ;) ) poszliśmy w stronę pałacu cesarskiego w Kyoto. Chcieliśmy tam podejść od razu, gdyż wejście do środka, a nie tylko do ogrodów, wymagało uprzedniej rezerwacji. Po kilkunastu minutach marszu byliśmy na miejscu, zarezerwowaliśmy termin na za dwa dni i jako, że nie było sensu zostawać w samym parku poszliśmy w kierunku zamku Nijo-jo. Poszliśmy, więc jednak przejażdżka tego dnia autobusem okazała się być rzeczywiście za darmo...

Po drodze napotkaliśmy miejsce oznaczone tajemniczym szyldem "Free Coffee". Zgłupiałem przyznam się, bo w kraju, gdzie za każde wejście do każdej najmniejszej świątyni kasują człowieka niemiłosiernie coś darmowego jest jak fatamorgana. Ale jednak. Japońskie pijaczki kawy oświeciły nas, że to taka specjalna knajpa zajmująca się propagowaniem japońskiego rarytasu: ciastek ryżowych. I rzeczywiście. Zaraz po wejściu można było sobie wziąć tacę i nałożyć do woli ciastek ryżowych w różnych kształtach, kolorach i smakach, a do tego kawę, herbatę lub sok pomarańczowy. Od tej pory ta knajpa stała się naszą ulubioną. Z wiadomego powodu ;)

Do Nijo-jo szliśmy potem zdecydowanie szybszym krokiem, bo zbliżała się tajemnicza godzina 16.00 i powolne zamykanie wszystkiego co otwarte. Ale na szczęście zdążyliśmy. W Nijo-jo weszliśmy najpierw do drewnianego pałacyku z tzw. słowiczą podłogą. Już tłumaczę. Słowicza podłoga została skonstruowana specjalnie aby ostrzec śpiących tam możnych przed atakami. Nawet przy najmniejszym nacisku wydaje z siebie dźwięk podobny ponoć do śpiewu słowika, ostrzegając tym samym przed nadejściem zabójcy...

Pałac ze słowiczą podłogą...

Fortyfikacje Nijo-jo...

Po wyjściu z pałacyku przeszliśmy przez zamkowe ogrody i weszliśmy na teren twierdzy. Szału nie było, ale za to znowu były ładne ogrody i miliony kwiatów wiśni. Swoją drogą, jak ktoś nie wie czy ma alergię na wiśnie, to polecam Japonię w kwietniu. Aśka na przykład dowiedziała się, że ma :). Po zamku pochodziliśmy chwilkę, po czym przez wielki megafon japońska pani zwołała nas do głównej bramy.

Jako, że było już po 17.00, czyli wszystko pozamykane, a my tylko o kawie, to postanowiliśmy wejść gdzieś i coś zjeść. Najpierw w planie był standardowo lunch box, ale miejsce w którym go chcieliśmy kupić się... zamknęło, więc weszliśmy do jednej z lokalnych restauracji. Niestety była to jedna z gorszych restauracji w jakich byłem, bo ani mi nie smakowało, ani się nie najadłem. Ale cóż... nie zawsze można mieć szczęście. W drodze powrotnej kupiliśmy sobie za to po drinku w puszeczce za doskonałą cenę 88 jenów (czyli mniej niż $1!). Miał tyle samo procent alkoholi co japońskie piwo Asahi, smakował lepiej i był ponad dwa razy tańszy. Czyli jednak sprawiedliwość istnieje.

Kolejnego dnia, po ciężkiej nocy w hostelu, gdzie wymarzłem, nabawiłem się bólu gardła, a o 6.15 obudzili mnie mnisi z pobliskiej świątyni odśpiewujący swoje, wyruszyliśmy na podbój zachodniej części Kyoto.

Zaczęliśmy od Ginkaku-ji, czyli srebrnego pawilonu, który został zbudowany dla jednego możnowładców jako dom na stare lata. Sam pawilon nie zachwycał, szczególnie, że był remontowany. Do środka też nas nie ciągnęło, bo tym razem ze stawką za wejście już przegięli i zażyczyli sobie 1000 jenów. Ale za to ogrody zen dookoła nas zachwyciły. No i pierwszy raz w Japonii widzieliśmy lasek bambusowy!

Ginkaku-ji...

Ogrody zen w Ginkaku-ji...

Baaaaaaaambuuuuusy!

Po przechadzce po ogrodach i kolejnej setce zdjęć wyszliśmy na ulicę i skręciliśmy w Ścieżkę Filozofii. Jest to ścieżka biegnąca wzdłuż małego strumyczka w zachodniej części Kyoto, wzdłuż której rozlokowane są liczne świątynie i kapliczki. Jest to trasa szczególnie lubiana przez turystów, gdzyż w okresie kwitnienia wiśni ma sie wrażenie, że idzie się w różowym korytarzu, w dole szumi strumień, po bokach tradycyjne japońskie małe domki z zielonymi ogrodami... nic tylko zmieniać się w filozofa.

Ścieżka Filozofii...

Ścieżka ta zaprowadziła nas aż do kolejnego punktu na naszej mapie: świątyni Nanzen-ji. Była ona dość spora w porównaniu do innych i, podobnie do Todai-ji, cała w drewnie. W kompleksie świątynnym znajdowało się mnóstwo innych małych śwityń oraz ogrodów. Oczywiście do każdego wstęp minimum 300 jenów. Tak więc my wybraliśmy wersję ekonomiczną i poszliśmy zobaczyć pobliski akwedukt. W międzyczasie nasz przewodnik z Lonely Planet podpowiedział nam, że jest jakaś mała świątynia, jeżeli podejdziemy kawałek w górę akweduktu... No i poszliśmy. Fajnie było, ale szliśmy... i szliśmy... i szliśmy. Na szczęście w pewnym momencie napotkaliśmy grupkę turystów. Na początku trochę nas wytraszyli, bo nie za bardzo wiedzieli o co w ogóle my ich pytamy, ale potem doszliśmy do porozumienia i wskazali nam drogę. Po prawie godzinie spędzonej na górskich szlakach, mijając turystów wyposażonych w mapy i kijki do chodzenia, czując się jakoś nie na swoim miejscu, dotarliśmy do małej świątyni z jeszcze mniejszym wodospadem. Była trochę magiczna, bo schowana w górskiej kotlinie, otoczona drzewami i niedostępna dla tłumów turystów. Oczywiście okazało się, że była dużo bliżej niż się spodziewaliśmy i można było do niej dojść normalną asfaltową ścieżką i kamiennymi schodami, a nie zaliczać wycieczki górskie... no ale coś pomyliliśmy.

Nanzen-ji...

Zwodniczy akwedukt...

Świątynia w górach...

Po takiej zaprawie postanowiliśmy użyć transportu miejskiego i przejechaliśmy kawałek do następnej świątyni autobusem. Przy okazji kupiliśmy sobie lunch boxy. Tym razem wybraliśmy Donkansu, czyli coś a'la kotlet mielony w panierce. To samo serwują w Seulu, tylko w Japonii jest 3 razy droższe.

Po szybkim obiadku odgrzanym przez panią ze spożywczaka w mikrofalówce przyszła kolej na Kyiomizu-dera - świątynie zbudowaną na górskim zboczu i wspartą na wysokich palach. Musze przyznać, że mi się podobała. Miała dwa poziomy - górny i dolny. Z górnego świetnie było widać całą panoramę Kyoto. Dolny niestety przechodził mały remoncik, dlatego też mam wrażenie, że nie zobaczyliśmy wszystkiego, co można, ale dla nas po całym dniu ze świątyniami było aż za dość. Świątynia była o tyle śmieszna, że miała mnóstwo miejsc, do których ludzie podchodzili, dzwonili dzwonem i wrzucali pieniążek. Z tego co wiem, to są po porostu różne bóstwa do różnych spraw, ale muszę przyznać, że metoda: "kup sobie szczęście w..." mnie trochę rozbraja. Tak samo nie załapałem, dlaczego w jednej z pomniejszych świątyń było kilkadziesiąt małych posążków Buddy, a każdy w czapeczce i śliniaku... Chyba muszę trochę więcej o tej ich religii poczytać...

Kiyomizu-dera...

Budda...

Budda w dużej ilości w czapce i ze śliniaczkiem...


Wyznaczoną przez Yunę trasą zeszliśmy do parku Maruyama, na którego środku znajduje się ogromne drzewo wiśniowe. Byliśmy trochę już zmęczeni, dlatego przysiedliśmy na chwilę i przez jakieś pół godziny oglądaliśmy popisy lokalnych młodych talentów. Było całkiem przyjemnie.

"O... turystki w przebraniu! Zróbmy im zdjęcie!..."

Wieczór skończyliśmy w dzielnicy gejsz. Przeszliśmy tam i spowrotem uliczką gejsz w dzielnicy Gion, mając w pamięci słowa Yuny, żeby przypadkiem nie wejść do żadnej z tamtejszych restauracji, bo tam nawet za wezwanie gejszy do stolika się płaci, a kolacja w takim miejscu to murowane kilkaset dolarów. Dlatego na kolację przeszliśmy się nieco dalej. Zjedliśmy po jednym Okonomyiaki i wypiliśmy ciepłą sakę. Niestety z ubolewaniem przynaje, że sake wole chłodniejszą, a Okonomyiaki w tak paskudnym sosie jeszcze nie jadłem...

Za to przy powrocie mieliśmy troszeczkę szczęścia. Spotkaliśmy prawdziwą gejszę! Przebiegała z jednej strony ulicy na drugą. Nie dała sobie zrobić zdjęcia, a za daleko była swojego miejsca pracy, żeby nas na cokolwiek naciągnąć, więc tylko się uśmiechnęła i przebiegła przez pasy. Podobno zobaczyć prawdziwą gejszę jest naprawdę trudno, bo rzadko opuszczają swoje miejsca pracy w tradycyjnym pełnym ubraniu i białym makijażu. Za to można spotkać mnóstwo ludzi w tradycyjnych kimonach. Z reguł są to Azjatki, które przyjechały jako turystki i nie zdawały sobie sprawy co z człowiekiem z tradycyjnym, japońskim przebraniu może zrobić tłum niemieckich emerytów pragnących sobie zrobić zdjęcie z Azjatką w tradycyjnym stroju ;) Tak zakończył się nasz drugi dzień w Kyoto...

Prawdziwa gejsza...

Następnego dnia wybraliśmy się na obrzeża Kyoto do dzielnicy zwanej Arashiyama. Oczywiście autobusem. Czekała nas tutaj dość długa piesza wycieczka, dlatego już sama tego świadomość wystarczyła, żebyśmy zatrzymali się w najbliższym pałacyku/ świątyni, bo do końca nie wiem co to było i obejrzeli ogrody. Ładne były, ale tak jak już napisałem w pierwszym poście o Japonii - na początku wszystko było "Wow!", a potem...


Tak czy inaczej, po zwiedzeniu ogrodu przemaszerowaliśmy laskiem bambusowym w najstarszą cześć Arashiyamy. Zastanawialiśmy się, czy nie wsiąść przypadkiem w kolejką turystyczną i nie przejechać się kawałek zamiast chodzić, ale po pierwsze jechała ona w nieco innym kierunku niż my planowaliśmy iść, po drugie czas nas trochę gonił, więc musielibyśmy zrezygnować z części naszego planu, a po trzecie kosztowała 1000 jenów za 30 min. Dezyzja była prosta. Wyszliśmy z małej stacji i pomaszerowaliśmy naprzód.

Lasek w pełnej okazałości...
Nawet chcieliśmy wziąć jednego na pamiątke, ale nie zmieściłby się do walizki ;(

Wąska uliczka wiodąca turystów delikatnie pod górę wyglądała jak przynajmniej sto lat temu. Małe drewniane domki, niektóre nawet kryte strzechą, która zdążyła się już pokryć mchem, uliczka wyłożona kamieniami i do tego momentami tak wąska, że ledwo mieścił się jeden samochód. Naprawdę można było poczuć starą Japonię. Każdy ogródek w idealnym porządku a od czasu do czasu jakiś mały sklepik z kobieciną w środku, która ręcznie maluje wachlarze i pocztówki.

Wiocha aż miło... ;)

Gdy doszliśmy do końca stwierdziliśmy, że czas najwyższy nieco przyspieszyć kroku, ponieważ nie zostało nam wiele czasu, a musieliśmy dotrzeć z powrotem do centrum Kyoto na wycieczkę po Imperial Palace. Udało nam się bez większych problemów, a na stacji kolejowej w Arashiyamie zjedliśmy jeszcze lody wiśniowe. Ale wiśniowe z płatków wiśni ;). Sprzedają je wszędzie w Japonii o tej porze roku, ale nam polecono szczególnie te. I rzeczywiście były pyszne. Nie przeszkadzało mi nawet bolące nieco gardło...

Gdy dotarliśmy do Imperial Palace najpierw skierowano nas do sali, gdzie obejrzeliśmy prezentacje o pałacu. Była ona przygotowana dokładnie pod kątem wycieczki i opisywała po kolei co będziemy zwiedzać. Trochę przeraził nas tłumek zwiedzających, bo na tą samą godzinę co my zapisało się jeszcze ok. 100-150 zagranicznych turystów. Jak się potem okazało, zwiedzanie w takiej grupie to istna porażka, bo nawet nie można zdjęcia zrobić, chyba, że się biega przed grupą, albo zostaje zawsze 5 min. z tyłu.

Nasza pani przewodnik w ciągu godziny oprowadziła nas po dostępnej dla turystów części pałacu. Pokazała nam kilka bram wjazdowych tłumacząc przy okazji kto i w jaki sposób mógł wchodzić przez którą bramę. Zachwycała się niesamowicie cyprysowym dachem z bambusowymi gwoździami, który niestety może i jest luksusowy, ale nie za bardzo trwały i musi być regularnie wymieniany. Oprowadzając nas po zabudowaniach pałacowych powiedziała nam też gdzie kto czekał, i dlaczego sala oczekiwań byłą podzielona na trzy część (chodziło oczywiście o status gościa). Zobaczyliśmy też pałacowe ogrody i dowiedzieliśmy się na jakiej zasadzie zostały zaprojektowane oraz co przedstawiają. Oczywiście non stop byliśmy pilnowani przez ochroniarzy, którzy zwracali uwagę, czy przypadkiem nikt się nie oddala od wycieczki. Nie wiem do końca co było tak niesamowitego w tym pałacu, że był aż tak strzeżony i zamykany przed turystami (wymóg rezerwacji), ale momentami czułem się nieco dziwnie...

Kolor pomarańczowy miał odstraszać złę duchy nocą...

Jedna z cyprysowych bram...

Ogrody cesarskie...

Lekko zmęczeni bieganiem w hordzie turystów, po zakończonym zwiedzaniu, udaliśmy się na polowanie na lunch boxa, z którym wróciliśmy do ogrodów pałacowych, gdzie uprzednio znalazłszy ławeczkę, dokonaliśmy konsumpcji ;). Smaczne było, ale chyba i tak najlepsze lunch boxy jedliśmy w Himeji. Może dlatego, że były to pierwsze jakie jedliśmy. Najedzeni rozsiedliśmy się na ławeczce (niektórzy nawet w pozycji horyzontalnej) i stwierdziliśmy, że potrzebujemy chwili odpoczynku. Nie bardzo też mieliśmy plan na dalszą część popołudnia bo do magicznej godziny 17.00 nie wiele już zostało, a wszystko co było do zobaczenia w okolicy już zwiedziliśmy. Tłuc się autobusem na druga stroną Kyoto, tylko po do żeby się odbić od drzwi jakiejś świątyni bądź pałacu też nie było sensu.

Wybraliśmy sie więc na Nishiki Market, który nie okazał się wcale typowym rynkiem, ale kilkoma równoległymi do siebie uliczkami sklepów. Jechaliśmy tam chyba 40 minut, co skrzętnie wykorzystaliśmy, żeby uciąć sobie drzemkę. Na samym Nishiki można było kupić mnóstwo rzeczy: od pamiątek z Japonii po ciuchy, torebki i buty. I co najważniejsze - sklepy były otwarte! Nie czekając długo rzuciliśmy się w szał zakupów, po których wróciliśmy do naszego murzyńskiego hostelu...

Następny dzień mieliśmy trochę na pół gwizdka, gdyż na godzinę 16.00 mieliśmy zarezerwowany pociąg do Yokohamy. Grzecznie sie spakowaliśmy, zostawiliśmy bagaże w hallu, powiedzieliśmy Oliverowi bardziej "żegnam" niż "do zobaczenia" i poszliśmy zobaczyć Nijo-jinja. Miał to być dom kupców, w którym często spali możnowładcy (daymio) przyjeżdżający do stolicy. Był on podobno wyposażony w mnóstwo pułapek, tajemnych przejść i tym podobnych zabezpieczeń chroniących śpiących feudałów przed zamachami Ninja. Sądząc po ilości zabezpieczeń, jakie wszędzie montowano (chociażby ta słowicza podłoga), to oni tu w Japonii to często lubi się "zamachiwać". Niestety, chociaż dotarliśmy przed 10.00, czyli przed pierwszą turą wycieczki, to odbiliśmy się od drzwi. A właściwie to nas właściciel wyrzucił, bo "poinformowaniem" to ja tego bym nie nazwał. Okazało się, że Nijo-jinja jest zupełnie prywatnym domem i turyści chcący odwiedzić to miejsce nie dość, że muszą dokonać uprzedniej rezerwacji, to jeszcze muszą sobie zapewnić tłumacza, gdzyż właściel to wiele po angielsku nie mówi. Szkoda, bo akurat to miejsce chciałem zobaczyć...

Bilans czasowy znowu mieliśmy dodatni, więc nie spiesząc się przejachaliśmy autobusem do Kinkaku-ji (nie mylić z Ginkaku-ji), czyli do złotego pawilonu. Ma on taką samą genezę jak Ginkaku-ji (eksluzywna rezydencja na starość), tylko jest ze złota a nie ze srebra, no i oczywiście ogrody dookoła, ale już dużo skromniejsze. Jak widać po opisie, nie zrobiło to na nas jakiegoś większego wrażenia.

Kinkaku-ji...

To też udaliśmy się spacerkiem dalej, licząc, że może gdzieś po drodze uda nam się cos kupić na obiad. Dotarliśmy pod kolejne ogrody - świątyni Ryoan-ji, gdzie Łukasz z Aśką zostali kontemplować ławeczkę, a ja, jako że drzewka lubię i 300 jenów nie robiło już na mnie piorunującego wrażenia, wybrałem się zwiedzać. I warto było, bo po 9. dniach zwiedzania ogrodów w Japonii wreszcie znalazłem te najładniejsze. Co prawda sam ogród zen (kamyczki + uczesany piasek) szałowy nie był, w szczególności na tle remontowanej ściany, ale pozostała cześć rewelacja. Świadczyć o tym może fakt, że wróciłem do Aśki po lepszy aparat i zrobiłem ponad 100 zdjęć.

Po tym ogródku, w niesamowitym skwarze wsiedliśmy do autobusu i podjechaliśmy w okolice hostelu. Stwierdziliśmy, że wpadniemy jeszcze na do widzenia na Free Coffee. Jak się okazało, mogła to być jedna z najdroższych kaw na świecie, bo o mały włos nie spóźniliśmy się na pociąg do Yokohamy. Uratowała nas w ostatnim momencie taksówka. I to nie żebyśmy jakoś zaspali z wychodzeniem z tej kawy, czy coś... Po prostu autobus nie dojechał. Ale dzielny pan taksówkarz się spiął i podrzucił nas idealnie pod część dworca, z którego odchodziły Shinkanseny, tak, że nawet byliśmy kilka minut przed czasem. No i mieliśmy przygodę z japońską taksówką, a wycieczka na siedzeniu po lewej stronie, gdy kierownica jest po prawej, przynajmniej dla mnie, była przygodą...

Osaka, Himeji, Kobe, Nara, Fushimi...

Sobota zaczęła się od podróży Shinkansenem z Tokio do Osaki. Niestety nie tym najszybszym, ale za to drugim w kolejności. 515 km w 2.5 godziny - nieźle. Na dworcu w Osace zostawiliśmy bagaże i udaliśmy się na zamek. Z bagażami mieliśmy niemałą przeprawę, bo po pierwsze dworzec w Osace, a dworzec w Osace na którym zatrzymują się Shinkanseny (Shin-Osaka), to jak się okazało dwa zupełnie różne dworce. Przy zostawianiu bagaży byliśmy święcie przekonani, że jesteśmy już we właściwej Osace, i w efekcie po odwiedzeniu zamku musieliśmy się trochę wracać, żeby odebrać bagaże. Mieliśmy też trochę problemów ze znalezieniem wystarczająco dużej szafki na nasze walizki, więc cała wyprawa do zamku stała nieco pod znakiem zapytania. Ale udało się. Gorzej było z pogodą, bo niestety zaczęło padać...

Zamek w Osace okazał się całkiem przyjemny. Pewnie byłby dużo przyjemniejszy, gdyby nie padało, ale nie można mieć przecież wszystkiego. Jedyną wadą tej fortecy był fakt, że została idealnie odrestaurowana, ale tylko od zewnątrz. W środku zamek przypomniał bardziej hotel - wszystko murowane, tynkowane, z windami itp. Trochę szkoda, bo klimat czuje się tylko do momentu wejścia do środka. Wewnątrz zamku było muzeum, które zwiedzało się dość śmiesznie, bo z góry do dołu. Najpierw trzeba było wyjechać windą na 8. piętro i potem schodzić w dół...



Po obejrzeniu zamku, nieco przemoczeni, wróciliśmy po nasze bagaże na dworzec i dotarliśmy do hotelu. Tu czekało na nas parę niespodzianek - miły i niemiłych. Miłe były osobne pokoje i wygodne łóżka (a wszystko to za $21 za noc), a nie miły był jeden prywatny prysznic na 4 pietra i publiczna łaźnia otwarta tylko w określonych godzinach. Super sprawa dla amatorów sauny, ale dla mnie nie koniecznie. Dostaliśmy tez ręczniki, szlafroki, a nawet kapcie. Jednym słowem: wypas. Z racji wspaniałej aury odwiedziliśmy tylko sklep "wszystko za 100 jenów" (czyli tzw. stojeniak) i zaopatrzywszy się w lokalne piwo urządziliśmy sobie wieczór przed telewizorem.

Rankiem dnia następnego udaliśmy się na objazdową wycieczkę Osaka-Himeji-Pearl Bridge-Kobe-Osaka. Normalnie, z racji odległości byłoby to średnio wykonalne, ale od czego są szybkie pociągi...

Do Himeji, które poza zamkiem o tej samej nazwie nie może się za bardzo niczym pochwalić, dotarliśmy po ok. 1,5 h. Warto było, bo najpiękniejszy zamek w Japonii rzeczywiście nie był przereklamowany. Już od samego wejście na teren zamku towarzyszyły nam kwitnące wiśnie i mnóstwo ludzi jedzących na trawnikach, a dokładnie na plastikowych matach położonych na trawnikach.

To, to jest piknik...

Robiąc standardowo milion zdjęć przemieślicliśmy się pod bramę wejściową, kupiliśmy bilet i weszliśmy do środka. Niestety nie załapaliśmy się na żadną angielską wycieczkę z przewodnikiem, ale wyposażyliśmy się w informatory.

Wiśnie i Himeji-jo..,

Przeszliśmy przez dolny zamek wchodząc tu i tam i oglądając m.in. plac, gdzie to samuraj jeden z drugim popełniali harakiri. Jak to na zamku była też studnia, do której kogoś wrzucili i teraz chodzi po nocach i straszy. Zdziwiło nas po drodze również kwitnące drzewko... pomarańczy. Po przejściu prawdziwego labiryntu ścieżek i podejść (podobno jest na tyle skomplikowany, że nigdy do tej pory nikt nie sporządził jego mapy) dotarliśmy na górny dziedziniec, gdzie ustawiła się kolejka do wejścia na górny zamek.

Wydaje mi się, że komentarz jest zbędny...

Brama, przejście, schody, zakręt...

Górny zamek...

Tu chwilę poczekaliśmy na swoją kolej, a gdy już nadeszła, to kazano nam zdjąć obuwie (tak! dlatego nie bierzcie dziurawych skarpetek do Japonii) i wpuszczono na kolejne schody. Himeji w przeciwieństwie do Osaki zachował się praktycznie niezmieniony od czasów budowy. Nawet bombardowania podczas II Wojny Światowej jakimś cudem go ominęły, choć całe miasto dookoła prawie doszczętnie pochłonął pożar. Drewniane skrzypiące podłogi i wąskie schody robiły dużo większe wrażenie niż szklane gabloty i winda. Z najwyższego piętra rozciągała się całkiem niezła panorama na całe miasto. Śmieszne też były małe wejścia na ścianach, które imitowały szafki. Jak się potem okazało, były to miejsca w których chowali się samurajowie, żeby w najbardziej nieoczekiwanym momencie wyjść i zaskoczyć wroga chcącego zaatakować pana zamku.

Dziwnie tak jakoś...

Po zejściu z górnego zamku zaliczylismy jeszcze zachodnie skrzydło, które było przeznaczone głównie dla kobiet. Tam znajdowały się również najbardziej luksusowe komnaty. Tylko prosze nie kojarzyć luksusu z poduszkami, sofami czy innymi takimi... Tutaj luksus, to po prostu trochę bardziej miękka mata na podłodze i ewentualnie cyprysowe ściany.

Czyż nie luksus? No przecież na pierwszy rzut oka widać...

Po wyjściu z zamku przyszedł czas na szybki obiadek (lunch box do pociągu). Taki nasz standard w Japonii. Można się całkiem przyzwoicie najeść, cena stosunkowo przystępna i nie jest to hamburger z McDonalda, tylko coś troszeczkę bardziej pożywnego... przynajmniej w założeniu.

Ooooooooobiadek!

Teraz czekał nas przejazd do miasteczka Akashi, gdzie znajduje się największy na świecie most wiszący - Pearl Bridge, który łączy dwie z japońskich wysp: Honshu i Shikoku. Przy okazji spotkaliśmy się tam w moją koreańską koleżanką z Laba, która właśnie w międzyczasie zwiedzała też Japonię ze swoją mamą...

No patrz - tylko trochę większy od Aśki... hmm...

Z początku wydawało nam się, że most jak most, dopóki nie weszliśmy na taras widokowy. Najprzyjemniejsze było chodzenie po szklanej podłodze widząc kilkadziesiąt metrów pod sobą morzę. Nie polecam osobom z chorobą morską ;) Oczywiście nie odpuściłem okazji przetestowania, czy aby na pewno szyba wytrzyma moje podskoki... ale wydaje mi się, że budowniczy przewidzieli, ze tacy jak ja mogą przyjechać.

I pomyśleć, że gdyby nie te kilka cm plastiku, to bym sobie popływał...

Takich testów wytrzymałościowych to nawet na Politechnice nie robią...

Ekipa zwiedzająca: (od lewej) Aśka, mama Yuny, Łukasz, Yuna, jakiś przybłęda...

Po kilku chwilach spędzonych na moście wsiedliśmy znowu w naszą kolejkę i pojechaliśmy do Kobe. Niestety nie spróbowaliśmy słynnego steku z Kobe, który podobno jest robiony z krów, które od małego pojone są sake, bo trzeba było za niego zapłacić bagatela 10,000 jenów ($100). Za to wybraliśmy się na nabrzeże. Dotarliśmy tam przechodząc przez stare magazyny przerobione na centra handlowe i Chinatown.

Shopping...

W samym porcie zobaczyliśmy pomnik upamiętniający trzęsienie ziemi w Kobe z 1995r., w którym zginęło ponad 6000 osób. Pomnik jest o tyle ciekawy, że jest to po prostu kawałek nabrzeża w stanie niezmienionym od trzęsienia ziemi - popękany asfalt, powyginane barierki i pochylone lampy uliczne. Wrażenie zrobiło na nas również muzeum morskie - niestety zamknięte po godzinie 17.00...

Muzeum morskie w porcie w Kobe...

Po wieczornym spacerze po Kobe wróciliśmy na noc do Osaki. Łukasz poszedł na saunę (albo łaźnię japońską, jak kto woli), a my z Aśką podjechaliśmy jeszcze kawałek do dzielnicy zwanej Dotonbori. Po drodze o godzinie 22.00 napotkaliśmy tłumek młodych ludzi, który ćwiczyli taniec na ulicy. Jakieś tutejsze piękności próbowały swoich sił w układzie tanecznym wykorzystując dobrze wypolerowane marmurowe ściany stacji jako lustro, inni ćwiczyli electro, a jeszcze inna grupka tańczyła breakdance. Najlepszy był jeden delikwent który tańczył breakdence... z ręką w gipsie. Miał może z 10 lat...

Kolorowe Dotonbori...

Dotonbori okazało się całkiem miły miejscem na kolację. Restauracje były w przystępnych cenach (w porównaniu z Tokio) i był całkiem duży wybór. Chcieliśmy znaleźć jedną z restauracji polecanych w naszym przewodniku, ale się nie udało, więc weszliśmy do pierwszej lepszej, która wydawała się przystępna - za równo cenowo jak i językowo (menu po angielsku). Okazało się, że mieliśmy szczęście, bo większość restauracji zamyka się tutaj ok. 22.30. Jakaś masakra. Po tej godzinie poluj człowieku na całodobowy, albo padaj z głodu. I żeby chociaż oni jeszcze jakoś wcześnie wstawali... Nie... sklepy otwierają się z reguły ok. 9-10 rano. Cóż... cenią sobie swój czas Japończycy. A... jedną dobrą rzeczą tamtego wieczoru, poza zamówionymi w knajpie Takoyiaki (coś a'la kluski śląskie z owocami morza jako nadzieniem) i Okonomyiaki, było to, że znaleźliśmy świetną knajpę sushi, którą przetestowaliśmy następnego dnia. Można było się najeść naprawdę dobrze i tanio.

Następnego dnia, a był to już 6. dzień naszej podróży, trafiliśmy do Nary - najstarszej stolicy Japonii. Później tą rolę pełniło Kyoto, a następnie Tokyo (czyli dawne Edo). W Narze najbardziej charakterystyczną rzeczą są... sarny. Tak, sarny. Po wejściu do ogromnego parku, w którym znajdują się prawie wszystkie pozostałości po starej stolicy, nie sposób nie spotkać sarny. Są wszędzie i wcale nie boją się ludzi. Są do tego stopnia atrakcją turystyczną, że lokalne emerytki sprzedają po 150 jenów coś w stylu sucharów, którymi można je karmić. Jak tak chwilę postaliśmy przy takim straganiku, to normalnie biznes pierwsza klasa. A co do saren, to można z nimi robić wszystko: zdjęcia, gonić, karmić, itd. Trzeba tylko uważać gdzie się zostawia plecak, bo mogą się zacząć do niego dobierać (hmm... ciekawe skąd to wiem ;) i trzeba uważać jak się stąpa... żeby się nie poślizgnąć.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia...

Ale sarny to nie jedyna atrakcja Nary. Pierwszym z miejsc gdzie się zatrzymaliśmy była świątynia Todai-ji, a właściwie Todai, bo końcówka -ji oznacza właśnie świątynie (-jo to zamek, -dong to ulica, a -koen ogród). Todai-ji, czyli Hala Wielkiego Buddy (znajduje się tam najwyższy na świecie posąg buddy wykonany z brązu - 15m), jest największym drewnianym budynkiem na świecie oraz głównym obiektem kompleksu świątynnego Nary.

Sarny przed wejściem do Todai-ji...

Todai-ji...

Budda z Todai-ji...

Po wyjściu z Todai-ji po całym kompleksie świątynnym chodziliśmy prawie pół dnia. Było co zwiedzać, bo na stosunkowo niedużym terenie znajduje się pełno małych świątyń i kapliczek poświęconych rożnym bóstwom. Są również wytyczone specjalne ścieżki przez las wzdłuż których wierni chodzą i kłaniają się posążkom bogów wykonanym z kamienia. Najprzyjemniejsze jest to, że tu naprawdę na każdym rogu, za każdym zakrętem i za każdą górką coś jest i wszędzie można wejść i coś zobaczyć...

Ostatnią pozycją w planie dnia szóstego był dla odmiany... świątynia. Zdaje sobie sprawę, że trochę monotonnie, ale ta świątynia naprawdę była inna. Nazywała się Fushimi-Inari-Taisha i była świątynią zboża i sake. Wesoła świątynia jednym słowem. Co ciekawe z czasem została nazwana świątynia biznesu (kojarzonego myślę bardziej z dobrobytem, ale biznesu). Tak więc wycieczka z SGH dostała to po co przyjechała ;). Ale nie tylko przeznaczenie świątyni było inne niż zwykle, ale też sposób w jaki została wybudowana. Składała się z mnóstwa mniejszych i większych ołtarzy, do których prowadziły pomarańczowe tori (tori to charakterystyczna japońska brama prowadząca do świątyń bądź innych ważnych miejsc). A tych tori były tysiące, co dawało wrażenie, że idzie się jednym wielkim pomarańczowym korytarzem. Cały kompleks położony był na zboczu góry, tak więc, żeby dotrzeć od podnóża na sam szczyt trzeba był trochę schodów pokonać. "Trochę", to chyba nawet za mało, jak na taką ilość. W każdym razie na pewno pobiłem swój rekord w ilości schodów pokonanych w jednym dniu.

No i gdzie?

Tutaj nie... ;)


Mieliśmy troszeczkę szczęścia przy odwiedzaniu tej świątyni, ponieważ kiedy przyjechaliśmy na miejsce było jeszcze jasno. Praktycznie całą drogę na szczyt pokonaliśmy do zachodu słońca, a schodziliśmy już przy świetle lamp. I swoją drogą dobrze, że nie szliśmy całej trasy po ciemku, bo a pewno gdzieś byśmy się zgubili, gdyż co chwilę korytarze tori zakręcały i rozdzielały się w różnych kierunkach, a my jednak nie chcieliśmy spędzić nocy w lesie w towarzystwie kamiennych kotów (które ponoć miały być lisami) symbolizujących dobrobyt. Koty, to znaczy lisy, też były śmieszne, bo każdy z nich miał ubrany czerwony śliniaczek. Do tej pory nie wiem o co chodziło, ale podejrzewam, że coś związanego ze świętem, które miało odbywać się w tej świątyni dwa dni po naszej wizycie...

Ale o co chodzi z tymi lisami ?!

Droga powrotna...