Dzisiejszy dzień, jak na razie, był jednym z najfajniejszych... W wszystko to za sprawą jednej wycieczki. Dość niekonwencjonalnej wycieczki, bo do strefy zdemilitaryzowanej, dzielącej Koreę Północną od Południowej. Wiem, że pewnie zawiodę wielu , ponieważ wróciłem w jednym kawałku [;)], ale teraz już wiem, że będę musiał długo szukać czegoś, co dostarczy mi podobnych wrażeń.
A zaczęło się jak zwykle niewinnie. Na początku, gdy w ogóle padł pomysł wycieczki do strefy zdemilitaryzowanej (DMZ), wiele osób stwierdziło, że mnie tam po prostu odstrzelą. Ale nie, nie - nie ma tak dobrze. Trzeba od czasu do czasu pokusić los. Poza tym, jeżeli jeszcze coś jest organizowane przez naszą Ms. Lee, która muchy by nie skrzywdziła, to nie może być groźne...
Aczkolwiek, już po pierwszym mailu dotyczącym wyjazdu do DMZ powiało nieco grozą, a to za sprawą listy rzeczy, których nam nie wolno mieć/nosić podczas zwiedzania. A nie wolno, m.in.: ubrać farbowanych, lub dziurawych jeansów, topów lub bezrękawników, spódniczek, krótkich spodni, obuwia sportowego, skórzanych spodni, niczego, co imituje ubiór wojskowy, etc.
No to już wiedziałem, że będzie ciekawie. Wyruszyliśmy ok. 9.30 spod uczelni, żeby na 11.00 stawić się w hotelu Lotte, na któego 6. piętrze znajdowało się biuro podróży organizujące naszą wyprawę. Przy okazji "użyliśmy" 36. piętra jako dobrego tarasu widokowego, żeby, z racji światnej pogody, zrobić kilka zdjęć Seulu...
Po sprawdzeniu przez panią z biura, czy my to my (na podstawie naszych paszportów) wsiedliśmy do autobusu i z naszym niezmiernie gadatliwym, ale miłym przewodnikiem, przejechaliśmy ok. 40 km dzielących Seul od JSA (Joint Security Area, a po polsku coś w stylu Wspólna Strefa Bezpieczeństwa), czyli mini miasteczko położone w połowie po północnokoreańskiej stronie granicy, a w połowie po stronie południowokoreańskiej.
Przed wjazdem do strefy, a potem dalej do JSA, zabrano nas na lunch, który, jak się niektórzy nabijali miał być naszym ostatnim posiłkiem ;) Nie był, a w dodatku jedzenie było bardzo dobre i w dodatku szwedzki stół. Najprawdopodobniej było przyszykowane specjalnie pod europejczyków, bo nie dość, że nie było ostre, to jeszcze serwowali np. łososia. Po lunchu ruszyliśmy w stronę samej strefy...
Chwilę przed kontrolą paszportową po południowokoreańskiej stronie odwiedziliśmy jeszcze miejsce, gdzie znajduje się tzw. most wolności, czyli most, którym po zakończeniu wojny koreańskiej w 1953r. i utworzeniu oficjalnej granicy przemieszczała się ludność i jeńcy wojenni z północy na południe i z południa na północ. Obecnie most został odtworzony po stronie południowej, a na jego końcu znajduje się ściana, do której ludzie przyczepiają swoje życzenia w związku ze zjednoczeniem obu państw.
Po kilkunastu minutach spędzonych na moście i zobaczeniu jedynego mostu kolejowego łączącego obie Koree (a tym samy Koreę Południową z resztą świata), wsiedliśmy do autobusu, gdzie przewodnik udzielił nam paru podstawowych rad. Rada 1: w strefie zdemilitaryzowanej, nie wolno niczego wskazywać palcami ani robić żadnych nagłych i podejrzanych ruchów, gdyż może to zostać uznane za próbę wyciągnięcia broni i zakończyć się w jednoznaczny i nieodwracalny sposób. Rada 2: fotografować można tylko i wyłącznie w miejscach do tego wskazanych. W przeciwnym wypadku grozi to konfiskatą aparatu fotograficznego. Te dwie rady wystarczyły, żeby każdy schował głęboko aparat i usiadł na własnych dłoniach, żeby przypadkiem czegoś nie wskazać.
Po kontroli paszportowej przejechaliśmy przez most, na którym stały ogromne metalowe zapory utrudniające ruch i udaliśmy się w kierunku samej strefy zdemilitaryzowanej (DMZ). Jest ona pasem o szerokości 4km i długości 248km ciągnącym się wzdłuż linii demarkacyjnej. Jest uważana za najlepiej strzeżoną i uzbrojoną granicę świata. Wystarczy powiedzieć, że na szerokości 2km zarówno ze strony południowej jak i północnej jest zaminowana, a dojazd do niej utrudniają zasieki i mury przeciwczołgowe.
Pierwszym punktem na naszej trasie po kontroli paszportowej i przekroczeniu rzeki Imjing był Camp Bonifas. Jest to obóz wojskowy armii południowokoreańskiej, w którym stacjonują również żołnierze amerykańscy. Znajduje się on 400m od granicy (2400m od linii demarkacyjnej). Jest on miejscem w którym stacjonuje batalion żołnierzy ONZ, których głównym celem jest ochrona traktatu zawartego po zakończeniu wojny 1953r. Tam odbywa się finalna kontrola paszportowa, którą u nas przeprowadził Amerykanin, przed wjazdem do strefy zdemilitaryzowanej. Tam tez mieliśmy wykład o tym jak się powstała, z czego się składa i co w ostatnich ponad 50 latach wydarzyło się w DMZ. Po zakończonym wykładzie dostaliśmy identyfikatory i podpisaliśmy glejt, że jak nas odstrzelą, to na nasze własne życzenie. Podpisywanie czegoś, co zaczyna się mniej więcej od słów: "Wizyta w JSA oznacza wejście do wrogiej strefy oraz możliwość utraty zdrowia i życia w wyniku działań wroga. [...] Chociaż nie przewiduje się żadnych incydentów, ONZ, Stany Zjednoczone ani Rapublika Korei nie ponoszą odpowiedzialności za skutki wrogiego ataku. [...] W przypadku wystąpienia niezamierzonych zdarzeń należy zachować spokój i bezwzględnie stosować się do instrukcji służb zabezpieczających [...]" nie zdarza się codziennie...

Po wykładzie przesiedliśmy się do autokaru prowadzonego przez koreańskiego żołnierza, który miał nas zabrać wewnątrz strefy. Żadne cywilne samochody nie mają wjazdu poza Camp Bonifas. Oczywiście na terenie całego obozu obowiązuje zakaz fotografowania, ale jedną z rzeczy, które zwracają uwagę, jest kilkudziesięciometrowe pole golfowe, obok którego przejeżdżaliśmy, a które zostało uznane za najniebezpieczniejsze w świece, gdyż z 3 stron jest otoczone przez zaminowane tereny i istnieje przynajmniej jeden udokumentowany przypadek, jak to golfista na tym polu piłką minę "odbezpieczył" ;]
Kolejnym przystankiem na naszej trasie było już samo JSA. Wjechaliśmy do niego w świadomości, ze wszędzie dookoła, poza wyznaczonymi drogami i paroma poletkami ryżowymi mogą znajdować się miny. Widok, który zobaczyliśmy był nieco odmienny od tego, czego się spodziewaliśmy. Na samym środku południowej części strefy stał ogromy budynek w stylu XXIw. Wysiedliśmy przed nim, gdzie jeszcze raz przypomniano nam o zakazie wymachiwania rękami i robienia zdjęć i poinformowano nas, że mamy się ustawić parami, jeden za drugim i iść tam, gdzie nas prowadzi żołnierz. Jeżeli każe nam przyspieszyć, to mamy przyspieszyć, jeżeli zwolnić - to zwolnić, jak każe uciekać... No, właśnie dlatego w klapkach nie wpuszczają.
Pierwszym miejscem, z którego można było robić zdjęcia była niewielka wieżyczka w azjatykim stylu. Widać z niem było dobrze stojące na granicy niebieskie pawilony, w których toczyły i toczą się północno-południowe rozmowy. Widać też było Panmunjon, czyli budynek, w którym podpisywano traktat pokojowy po wojnie koreańskiej, który teraz znajduje się w całości po północnokoreańskiej stronie. Zrobiliśmy kilka zdjęć po czym żołnierz powiedział, że nasz czas już minął, kazał się znowu ustawić parami i szybkim krokiem przeszliśmy do jednoego z niebieskich pawilonów. W środku było dwóch żołnierzy - jeden stał przy stole stojącym idealnie na granicy, gdzie zwykle siedzą koreańscy negocjatorzy z obu stron, a drugi chronił wyjścia na północnokoreańską stronę. I to było drugie miejsce, gdzie mogliśmy zrobić trochę zdjęć.
Po kilku minutach znaleźliśmy się z powrotem w autobusie i podjechaliśmy kilkadziesiąt metrów do najwyżej położonej strażnicy w JSA, skąd rozciągał się widok na północną stronę. Zobaczyliśmy również Most Bez Powrotu - most, który do 1968r. używany był do wymiany jeńców wojennych, którzy chcieli zmienić kraj zamieszkania. Nazwano go mostem bez powrotu, gdyż, jeżeli już ktoś raz przekroczył granice, to nie mógł wrócić do poprzedniego kraju.
Po kilkunastu minutach robienia zdjęć wsiedliśmy po raz trzeci do autokaru, który powoli przejechał koło wymienionego mostu dając nam czas na zrobienie zdjęć przez szybę, komentarz przewodnika i, eskortowany przez wojskowego jeepa, odwiózł nas do Camp Bonifas, gdzie oddaliśmy identyfikatory. Tam mogliśmy kupić sobie pamiątki i przesiedliśmy się z powrotem do naszego wycieczkowego autobusu, żeby za ok.1,5h znaleźć się w Seulu...


