sobota, 28 lutego 2009

Strefa zdemilitaryzowana

Dzisiejszy dzień, jak na razie, był jednym z najfajniejszych... W wszystko to za sprawą jednej wycieczki. Dość niekonwencjonalnej wycieczki, bo do strefy zdemilitaryzowanej, dzielącej Koreę Północną od Południowej. Wiem, że pewnie zawiodę wielu , ponieważ wróciłem w jednym kawałku [;)], ale teraz już wiem, że będę musiał długo szukać czegoś, co dostarczy mi podobnych wrażeń.

A zaczęło się jak zwykle niewinnie. Na początku, gdy w ogóle padł pomysł wycieczki do strefy zdemilitaryzowanej (DMZ), wiele osób stwierdziło, że mnie tam po prostu odstrzelą. Ale nie, nie - nie ma tak dobrze. Trzeba od czasu do czasu pokusić los. Poza tym, jeżeli jeszcze coś jest organizowane przez naszą Ms. Lee, która muchy by nie skrzywdziła, to nie może być groźne...

Aczkolwiek, już po pierwszym mailu dotyczącym wyjazdu do DMZ powiało nieco grozą, a to za sprawą listy rzeczy, których nam nie wolno mieć/nosić podczas zwiedzania. A nie wolno, m.in.: ubrać farbowanych, lub dziurawych jeansów, topów lub bezrękawników, spódniczek, krótkich spodni, obuwia sportowego, skórzanych spodni, niczego, co imituje ubiór wojskowy, etc.

No to już wiedziałem, że będzie ciekawie. Wyruszyliśmy ok. 9.30 spod uczelni, żeby na 11.00 stawić się w hotelu Lotte, na któego 6. piętrze znajdowało się biuro podróży organizujące naszą wyprawę. Przy okazji "użyliśmy" 36. piętra jako dobrego tarasu widokowego, żeby, z racji światnej pogody, zrobić kilka zdjęć Seulu...


Po sprawdzeniu przez panią z biura, czy my to my (na podstawie naszych paszportów) wsiedliśmy do autobusu i z naszym niezmiernie gadatliwym, ale miłym przewodnikiem, przejechaliśmy ok. 40 km dzielących Seul od JSA (Joint Security Area, a po polsku coś w stylu Wspólna Strefa Bezpieczeństwa), czyli mini miasteczko położone w połowie po północnokoreańskiej stronie granicy, a w połowie po stronie południowokoreańskiej.

Przed wjazdem do strefy, a potem dalej do JSA, zabrano nas na lunch, który, jak się niektórzy nabijali miał być naszym ostatnim posiłkiem ;) Nie był, a w dodatku jedzenie było bardzo dobre i w dodatku szwedzki stół. Najprawdopodobniej było przyszykowane specjalnie pod europejczyków, bo nie dość, że nie było ostre, to jeszcze serwowali np. łososia. Po lunchu ruszyliśmy w stronę samej strefy...

Chwilę przed kontrolą paszportową po południowokoreańskiej stronie odwiedziliśmy jeszcze miejsce, gdzie znajduje się tzw. most wolności, czyli most, którym po zakończeniu wojny koreańskiej w 1953r. i utworzeniu oficjalnej granicy przemieszczała się ludność i jeńcy wojenni z północy na południe i z południa na północ. Obecnie most został odtworzony po stronie południowej, a na jego końcu znajduje się ściana, do której ludzie przyczepiają swoje życzenia w związku ze zjednoczeniem obu państw.



Po kilkunastu minutach spędzonych na moście i zobaczeniu jedynego mostu kolejowego łączącego obie Koree (a tym samy Koreę Południową z resztą świata), wsiedliśmy do autobusu, gdzie przewodnik udzielił nam paru podstawowych rad. Rada 1: w strefie zdemilitaryzowanej, nie wolno niczego wskazywać palcami ani robić żadnych nagłych i podejrzanych ruchów, gdyż może to zostać uznane za próbę wyciągnięcia broni i zakończyć się w jednoznaczny i nieodwracalny sposób. Rada 2: fotografować można tylko i wyłącznie w miejscach do tego wskazanych. W przeciwnym wypadku grozi to konfiskatą aparatu fotograficznego. Te dwie rady wystarczyły, żeby każdy schował głęboko aparat i usiadł na własnych dłoniach, żeby przypadkiem czegoś nie wskazać.

Po kontroli paszportowej przejechaliśmy przez most, na którym stały ogromne metalowe zapory utrudniające ruch i udaliśmy się w kierunku samej strefy zdemilitaryzowanej (DMZ). Jest ona pasem o szerokości 4km i długości 248km ciągnącym się wzdłuż linii demarkacyjnej. Jest uważana za najlepiej strzeżoną i uzbrojoną granicę świata. Wystarczy powiedzieć, że na szerokości 2km zarówno ze strony południowej jak i północnej jest zaminowana, a dojazd do niej utrudniają zasieki i mury przeciwczołgowe.

Pierwszym punktem na naszej trasie po kontroli paszportowej i przekroczeniu rzeki Imjing był Camp Bonifas. Jest to obóz wojskowy armii południowokoreańskiej, w którym stacjonują również żołnierze amerykańscy. Znajduje się on 400m od granicy (2400m od linii demarkacyjnej). Jest on miejscem w którym stacjonuje batalion żołnierzy ONZ, których głównym celem jest ochrona traktatu zawartego po zakończeniu wojny 1953r. Tam odbywa się finalna kontrola paszportowa, którą u nas przeprowadził Amerykanin, przed wjazdem do strefy zdemilitaryzowanej. Tam tez mieliśmy wykład o tym jak się powstała, z czego się składa i co w ostatnich ponad 50 latach wydarzyło się w DMZ. Po zakończonym wykładzie dostaliśmy identyfikatory i podpisaliśmy glejt, że jak nas odstrzelą, to na nasze własne życzenie. Podpisywanie czegoś, co zaczyna się mniej więcej od słów: "Wizyta w JSA oznacza wejście do wrogiej strefy oraz możliwość utraty zdrowia i życia w wyniku działań wroga. [...] Chociaż nie przewiduje się żadnych incydentów, ONZ, Stany Zjednoczone ani Rapublika Korei nie ponoszą odpowiedzialności za skutki wrogiego ataku. [...] W przypadku wystąpienia niezamierzonych zdarzeń należy zachować spokój i bezwzględnie stosować się do instrukcji służb zabezpieczających [...]" nie zdarza się codziennie...

Po wykładzie przesiedliśmy się do autokaru prowadzonego przez koreańskiego żołnierza, który miał nas zabrać wewnątrz strefy. Żadne cywilne samochody nie mają wjazdu poza Camp Bonifas. Oczywiście na terenie całego obozu obowiązuje zakaz fotografowania, ale jedną z rzeczy, które zwracają uwagę, jest kilkudziesięciometrowe pole golfowe, obok którego przejeżdżaliśmy, a które zostało uznane za najniebezpieczniejsze w świece, gdyż z 3 stron jest otoczone przez zaminowane tereny i istnieje przynajmniej jeden udokumentowany przypadek, jak to golfista na tym polu piłką minę "odbezpieczył" ;]

Kolejnym przystankiem na naszej trasie było już samo JSA. Wjechaliśmy do niego w świadomości, ze wszędzie dookoła, poza wyznaczonymi drogami i paroma poletkami ryżowymi mogą znajdować się miny. Widok, który zobaczyliśmy był nieco odmienny od tego, czego się spodziewaliśmy. Na samym środku południowej części strefy stał ogromy budynek w stylu XXIw. Wysiedliśmy przed nim, gdzie jeszcze raz przypomniano nam o zakazie wymachiwania rękami i robienia zdjęć i poinformowano nas, że mamy się ustawić parami, jeden za drugim i iść tam, gdzie nas prowadzi żołnierz. Jeżeli każe nam przyspieszyć, to mamy przyspieszyć, jeżeli zwolnić - to zwolnić, jak każe uciekać... No, właśnie dlatego w klapkach nie wpuszczają.


Pierwszym miejscem, z którego można było robić zdjęcia była niewielka wieżyczka w azjatykim stylu. Widać z niem było dobrze stojące na granicy niebieskie pawilony, w których toczyły i toczą się północno-południowe rozmowy. Widać też było Panmunjon, czyli budynek, w którym podpisywano traktat pokojowy po wojnie koreańskiej, który teraz znajduje się w całości po północnokoreańskiej stronie. Zrobiliśmy kilka zdjęć po czym żołnierz powiedział, że nasz czas już minął, kazał się znowu ustawić parami i szybkim krokiem przeszliśmy do jednoego z niebieskich pawilonów. W środku było dwóch żołnierzy - jeden stał przy stole stojącym idealnie na granicy, gdzie zwykle siedzą koreańscy negocjatorzy z obu stron, a drugi chronił wyjścia na północnokoreańską stronę. I to było drugie miejsce, gdzie mogliśmy zrobić trochę zdjęć.






Po kilku minutach znaleźliśmy się z powrotem w autobusie i podjechaliśmy kilkadziesiąt metrów do najwyżej położonej strażnicy w JSA, skąd rozciągał się widok na północną stronę. Zobaczyliśmy również Most Bez Powrotu - most, który do 1968r. używany był do wymiany jeńców wojennych, którzy chcieli zmienić kraj zamieszkania. Nazwano go mostem bez powrotu, gdyż, jeżeli już ktoś raz przekroczył granice, to nie mógł wrócić do poprzedniego kraju.



Po kilkunastu minutach robienia zdjęć wsiedliśmy po raz trzeci do autokaru, który powoli przejechał koło wymienionego mostu dając nam czas na zrobienie zdjęć przez szybę, komentarz przewodnika i, eskortowany przez wojskowego jeepa, odwiózł nas do Camp Bonifas, gdzie oddaliśmy identyfikatory. Tam mogliśmy kupić sobie pamiątki i przesiedliśmy się z powrotem do naszego wycieczkowego autobusu, żeby za ok.1,5h znaleźć się w Seulu...


sobota, 21 lutego 2009

Koreańskie nauki...

Ostatnio trochę zaniedbałem bloga, ale cóż... nie było o czym pisać. Niestety, ku zdziwieniu mojemu i wielu osób, którym to już mówiłem, tu od czasu do czasu trzeba się uczyć. Naprawdę. System nasi skośni bracia mają dużo bardziej "na bieżąco", niż my w Europie. Tutaj nawet na studiach oddaje się pracę domową co tydzień. Oczywiście duża część osób przychodzi na wykład z już przeczytanym rozdziałem w książce, który ma być omawiany. Sam też zaczynam tak robić, ale z innego względu...

Poza językiem koreańskim i zajęciami z kultury i biznesu w koreańskim wydaniu wziąłem sobie jeszcze dwa inne przedmioty. Jeden z nich jest całkiem przyjemny - wycena firmy (a właściwie to bardziej finanse przedsiębiorstwa). Przyjemne w nim jest to, że jest prowadzony przez Amerykanina Stevea Jordana, co sprawia, że angielski na wykładzie jest naprawdę dobry. Gorzej jest z drugim przedmiotem o instrumentach pochodnych, ponieważ profesor jest Koreańczykiem i mówi po koreańsku-angielsku... Dlatego też zaczynam czytać materiał przed wykładem, bo czasami naprawdę trudno zrozumieć o co gościowi chodzi. A tak, jak się wie o czym będzie mówił, to nawet wykład zaczyna mieć sens... Ale, żeby nie brzmiało to tak dramatycznie, to dowiedzieliśmy się, że profesor jest naprawdę dobry z tego co wykłada i widać, że się staran w nas tą wiedzę wtłoczyć. Powiedzieli nam to Koreańczycy, którzy chodzą do niego na ten sam wykład po koreańsku... Koreańska wymowa angielskiego też po pewnym czasie staje się w miare znośna. Nawet gorzej - człowiek zaczyna się wkręcać w ich sposób mówienia, co, z drugiej storny, nie wróży dobrze na przyszłość ;)

Jeden ze studentów z wymiany, Michele, który jest już tutaj drugi semestr stwierdził, że też na początku było cieżko, ale teraz spokojnie jest w stanie się domyslić, że jak profesor mówić coś w stylu "probit" to chodzi o zysk, a "kombot" to coś na styl "compound" ;) No, to już wiecie dlaczego czasem czytam coś przed wykładem ;)

sobota, 14 lutego 2009

Deoksugung

Dzisiaj postanowiliśmy sobie zafundować krótką wycieczkę do jednego z pałaców na terenie Seulu - Deoksugung. Dzień zaczął nam sie dosc późno - ok. 13, gdyż dzień poprzedni skończył się o 6-7 rano. Cóż, tak to bywa z piątkowymi wiczorami, że lubią się przedłużać ;)

Ale gdy już każdy w miarę odespał, całą naszą kilkunastoosobową międzynarodową grupą wsiedliśmy w metro i podjechaliśmy kilka stacji do Deoksugung. Mięliśmy przy okazji trochę szczęścia, bo trafiliśmy na zmianę straży przed bramą (Daehanmun) prowadzącą do pałacu...

Połaziliśmy, pooglądaliśmy a później, koreańskim zwyczajem, poszliśmy na zakupy do dzielnicy Myeong-dong, gdzie znajduje się mnóstwo stosunkowo małych butików i firmowych sklepów...

Zdjęcia są tutaj ;)

czwartek, 12 lutego 2009

Zakupy, zakupy, zakupy...

Czyli co robić można, gdy na zewnątrz szaro, buro i trochę zimno. Ale nie narzekam. Wybraliśmy się ostatnio znowu na nasz ulubiony Dongdaemun Market w celu kupienia kilku rzeczy "po taniości". Naszym celem były: kosmetyki, kapcie, spodnie dresowe i buty. Domyślcie się co dla kogo ;) Cel został zrealizowany w 50%, gdyż ja kosmetyków dla siebie - a ściślej mówiąc, dezodorantu - to nie znalazłem. Nie wiem, czy ci tutejsi, to oni takich rzeczy nie używają, czy zaopatrują się w jakichś specjalnych sklepach, czy co... Wiem, że dezodoranty są, bo widzieliśmy je podczas pierwszego dnia w supermarkecie, ale troche dziwi sklep z kosmetykami, w którym ani jednego dezodorantu, sztyftu ani niczego temu podobnego nie ma. Nawet w zestawach kosmetyków mają odżywkę zamiast dezodorantu...

Na szczęście reszta zakupów wyglądała lepiej, aczkoliwek znowu było kilka rzeczy, które mnie zdziwiły. Chciałem kupić buty. I to już nawet nie chodzi, że okazało się, że moim rozmiarem tutaj jest 260, ale w momencie gdy poprosiłem o mniejsze, a pani ekspedientka przyniosła mi te same, tylko z wkładką w środku... to się wtedy już załamałem ;)

To samo dotyczy spodni. Tu rozmiar się trochę bardziej zgadzał: XXL, czyli największe jakie mieli na rynku. O ile w szerz, to ja zawsze miałem się czym pochwalić i tu XXL, chociaż może trochę przesadzone, ale nie powinno dziwić, o tyle okazało się że one są również dobre ... na długość! Mina mojego współlokatora, który to zobaczył
(a on ma ponad 190cm wzrostu), gdy przymierzałem je później w pokoju była bezcenna. Biedak sobie tu spodni nie kupi ;)

Przy okazji przechodząc jedną z uliczek napotkaliśmy na zagłębie zoologiczne. Zagłębie, ponieważ jak tu się sprzedaje skarpetki, to całe piętro sprzedaje tylko skarpetki, itd. Ale wracając do zwierzątek, to poza tymi zwyczajnymi typu: chomik, świnka morska, rybka można było kupić m.in. jeże, koguty czy psy. Nawet jeża albinosa na sprzedaż widzieliśmy...

czwartek, 5 lutego 2009

Pierwsze zdjęcia...

Wreszcie kupiliśmy sobie aparat - dla ścisłości Aśka kupiła. Pierwsze zdjęcia jakie zrobiła, gdy już udało nam się zrozumieć jak zrobić, żeby aparat w ogóle robił zdjęcia, były zrobione z tarasu na dachu naszego akademika.


Następnego dnia postanowiliśmy uwiecznić resztę okolicy:
Widok na nasz akademikowy kort tenisowy...
Droga do naszego akademika, już w obrębie kampusu ...

Wejście do naszego (jednego z trzech) akademika - Pajung Hall...
Kto tam chodzi okrężną drogą jak istnieją skróty ;)

Wejście do budynku głównego KAIST (Supex)...

Kula z wzorkami...
Schody wejściowe na cały kampus...

Sam kampus położony jest na wzgórzu, tak, że od poziomu ulicy dzieli go kilkadziesiąt schodów, a same akademiki są położone jeszcze wyżej. Całość wygląda bardzo przyjemnie, ale bieganie z górki i pod górkę jest trochę uciążliwe (ale przynajmniej schudnąć można ;).


Więcej zdjęć (jak mi je Aśka da ;), albo kupie sobie aparat) na:
www.picasaweb.google.com/ad.musial .


poniedziałek, 2 lutego 2009

Koreański...

Dzisiaj mieliśmy pierwsze zajęcia z języka koreańskiego. Musze przyznać, że było całkiem przyjemnie. Język sam w sobie jest dość logiczny. Składa się z ok. 40 znaków, które zapisuje się po 2-4 w sylabie. Jak to nam dzisiaj tłumaczono: "jest to jeden z najbardziej logicznych języków świata, a jego znaki przypominają ułożenie ust podczas wymawiania danej głoski". No może i on jest logiczny, ale żeby był jakiś super prosty to nie powiem. Najgorsze dla europejczyka są chyba zbitki samogłosek, lub spółgłosek, które trudno z siebie czasem wydusić. Podobnie jest z odróżnieniem od siebie kilku rodzajów jakiejś europejskiej głoski, np. e, bo oni mają coś w stylu e, oe i ae...

Lekkie problemy rekompensuje prowadząca. Napisałbym jak się nazywa i jak ma na imię, ale nie bardzo potrafię powtórzyć. Z resztą nawet ona przyznała, że ma imię dość trudne do wymówienia. Co do imion, to większość naszych koreańskich mentorów każe na siebie mówić Eric albo David, bo oni wiedzą, że to dla nas prostsze niż np. Seung Wan Hahm - poza tym, które z tych 3 to imię?

Wracając do samego języka, to uczy się go na razie całkiem przyjemnie, aczkolwiek już widać, że łatwo nie będzie. Uczyć się warto, ponieważ chociażby ze względu na znajomość angielskiego wśród Koreańczyków, czasami najprostsze słowo może zdziałać cuda. Patrz przykład z zamawianiem taksówki ;)

Dongdaemun Market i wieża telewizyjna...


Ze względu na godzinę powrotu z sobotniej imprezy, niedziela była dość krótka. Ale zawzięcie z kilkoma osobami stwierdziliśmy, że szkoda dnia i już o 15.00 (;)) dotarliśmy na Dongdeamun Market, czyli na największy bazar w Seulu.

Krążą plotki że znajduje się tam ok 30.000 straganów. My byliśmy w niedziele i na prawdę, pomimo tego, że duża część z nich była zamknięta, to można było czuć się przytłoczonym przez krzyczących Azjatów sprzedających wszystko od jedzenia, ryb, słodyczy przez buty na podróbkach dresów adidasa za 20 zł skończywszy. Niestety, jak się potem dowiedzieliśmy, sam stadion, na którym zlokalizowane były sklepy stał się miejscem wykopalisk archeologicznych, a wszyscy kupcy rozproszyli się po okolicznych uliczkach, ale i tak widok był niezapomniany.

Po zrobieniu pewnie kilku dobrych kilometrów między stertami ciuchów, butów, torebek, czapeczek i innych temu podobnych postanowiliśmy zobaczyć Seoul Television Tower, górującą nad całą aglomeracją. Zaczynało się już powoli ściemniać, więc tym bardziej nie mogliśmy się doczekać, aż z wieży telewizyjnej, górującej ok. 400m nad poziomem samego Seulu zobaczymy całą panoramę miasta.


I rzeczywiście warto było. Widok niesamowity. Cała kilkudziesięciomilionowa aglomeracja w światłach. Podświatlone drogi, pulsujące autostrady, migające neony, na punkcie których chyba wszyscy tutaj mają lekkiego świra - im więcej rzeczy świeci, mruga i błyska tym lepiej. Tak czy inaczej widok był wyjątkowy. Na pewno wybierzemy się tam jeszcze raz, tym razem z aparatem...

Koreańskie nocne życie...

Pierwszy nasz piątek okazał się dość szczególnym piątkiem, bo odbywała się w Seulu tzw. Club Night, czyli wstęp do jednego klubu = wstęp do wszystkich klubów.

My ze względu na godzinę wyruszenia na podboje (1.00-2.00) w nocy i nasze "polowanie" na sen po przestawieniu się z jednej strefy czasowej na drugą odpuściliśmy sobie piątkowy wieczór. I w sumie może dobrze, bo z realacji Łukasza, który się zawziął wyglądało dość dramatycznie.

Jak on sam stwierdził: "W Korei nie znają słowa stolik. Po prostu jest ściana, trochę miejsca do siedzenia pod nią i parkiet, na który wejdzie tyle ludzi ile się upchnie". Pomijam już fakt, że niektóre kluby w ogóle nie prowadzą szatni i jak nasi współtowarzysze niedoli z akademika zostawili kurtki na oparciach to im je zakosiła ochrona i chcieli je wyrzucać, co raczej przy temperaturze w okolicach 0 stopni na zewnątrz byłoby niemiłą niespodzianką. Na szczęście kurtki udało się odzyskać, a sama impreza bynajmniej nie okazała się klapą, ale liczba Koreańczyków była podobno nie do wyobrażenia.

W sobotę już z naszym udziałem my, studenci z wymiany w KAIST udaliśmy się na ponowny podbój Seulu. Tym razem nieco wcześniej i raczej barowo niż klubowo (ze względu na doświadczenia przedniej nocy i dość drogie wejściówki w weekendy - ok. 20,000 Wonów, czyli 50 zł). Po odwiedzeniu dwóch róznych barów stwierdziliśmy, że nieco zgłodnieliśmy i postanowiliśmy odiwedzić "restaurację" czynną 24h. "Restaurację", ponieważ w sumie był to namiot z dużą ilością stolików w środku. Tam, nie patrząc, że było w okolicach 5 nad ranem, w tłoku zjedliśmy chyba najlepszego kurczaka jak na razie. Do akademika wróciliśmy taksówkami, które są tutaj śmiesznie tanie w porównaniu nawet do Nowego Sącza, nie mówiąc już o Warszawie, gdzie połowe z tego zapłacilibysmy za samo strzelenie drzwiami. Powrót, który zajął nam ponad 30 min kosztował 3,000 Wonów (ok. 7 zł) za osobę...

Zdjęcia i ilość postów

Z góry przepraszam, że na razie ze zdjęciami tak ubogo, ale właśnie jesteśmy w trakcie polowania na lustrzankę (dokładnie to Aśka poluje). Dlatego jak tylko będziemy mieć jakieś zdjęcie to pojawi ich się więcej na blogu.

To samo dotyczy postów. W sumie to jednak może nie to samo, bo więcej, a raczej częściej się pojawiać nie będą. Powód jest prosty: z czasem coraz mniej dziwi. Dlatego wszystkich przerażonych obecną ilością opisów uspokajam, że nie będą one wyglądać: "Dzień 74. Zjadłem śniadanie. Idę na zajęcia...". Na razie też nie mam tych zajęć, więc mi się całkiem nieźle pisze...

Dzień drugi


Jak już pewnie się co niektórzy zorientowali, mam trochę zaległości w pisaniu na bieżąco. Wszystko przez to, że nie mieliśmy dostępu do Internetu przez kilka pierwszych dni. Ale nadrabiam, nadrabiam.

Dzień drugi zaczęliśmy od śniadania - ośmiornica, kimchi (bo, jakżeby inaczej), coś w stylu fasolki z suszonymi rybami, odrobina tofu oraz słodkie ziemniaki z miodem na deser plus oczywiście miseczka ryżu. Standardowe koreańskie śniadanie/lunch. Normalnego chleba jeszcze nie widziałem. W sklepie był tylko tostowy, albo małe słodkie bułeczki z nadzieniem lub bez. Mleka to oni też tutaj nie za bardzo. Ewentualnie jakiś jogurt. No ale jak już zjedliśmy co zjeść mieliśmy, stwierdzilismy że czas podbijać Seul.

Za poradą Marty postanowilismy odwiedzić m.in. Tourist Information Office, gdzie mieliśmy nadzieje dostać jakies mapy Seulu w języku innym niż koreański. Dotarliśmy do najbliższej stacji metra (Hoegi Station), która znajduje się na linii prowadzącej do ratusza. Kupiliśmy bilety i z pomocą przypadkowo napotaknych tubylców mówiących cokolwiek po angielsku wsiedlismy we własiciwą kolejkę metra. Metro w Seulu jest dość potężne, ale jest anprawdę świetnie oznaczone. Każde wejście ma napisy po koreańsku i w języku angielskim, a część stacji nawet po chińsku. Przesiadki między liniami też są proste, ponieważ każda z nich ma inny kolor, a od każdego wejścia/wyjścia na ścianach ciagną sie strzałki mówiące w którą stronę trzeba isć, żeby trafić tam, gdzie się chce. Dodatkowo, żeby nie pomylić kierunku przy wejściu na dany peron wypisywane są nazwy kolejnych kilku stacji, więc mając mapę można spokojnie stwierdzić czy ten pociag jedzie w ta stronę, w którą ja chcę, czy nie.

Dotarliśmy więc metrem do ratusza (City Hall Station) gdzie akurat przywitał nas dość miły koreański akcent: zmiana warty pod jednym z pałaców w Seulu. Po obejrzeniu jej przemaszerowaliśmy kawałek do jednego, a potem do drugiego punktu informacji turystycznej. Niestety znajomość języka nawet w punktach obsługi nastawionych na obcokrajowców nie była porażająca. Na szczęście czytać umiemy i wzieliśmy sobie te mapy/przwodniki i ulotki, które wydawały nam sie interesujące. Od jednego punktu do drugiego przemaszerowaliśmy brzegiem sztucznego strumienia stworzonego w miejscu gdzie kiedys biegła droga szybkiego ruchu.



Z wszystkimi materiałałami poszliśmy upolowac jakąś kawę, a potem wybraliśmy się do "imprezowej" częściu Seulu spróbować koreańskiego piwa, które okazało się całkiem przywoite, w porównaniu do tego co o nim słyszałem. Co więcej, małe piwo (640ml!) kosztowało nas w europejskiej restauracji, która była zapewne droższa od lokalnych, zaledwie 3,000 Wonów, czyli przy obecnym kursie jakieś 7-8 zł. Mówie zaledwie, bo jak na warszawskie warunki to to jest promocja, a dodatkowo jakiś Heineken czy inne tego typu zachodnie piwo było dwukrotnie droższe. Posiedzieliśmy chwilę, pogadaliśmy i wróciliśmy wieczorem do akademika. Tak zakończył się dzień drugi...

Jeść coś trzeba...

Jak już wspomniałem mieliśmy ta przyjemność, że trafiliśmy na obchody końca/początku roku księzycowego, które w Korei są dość dużym świętem. Dlatego na pierwszy posiłek po przyjeździe musieliśmy się wybrać poza kampus (restauracja i cafeteria na kampusie były nieczynne).

Restauracji/baru długo szukać nie trzeba było. Są prawie na każdym rogu. Gorzej było ze znalezieniem czegoś, co ma menu w dwóch językach, albo przynajmniej dużo obrazki, żeby można było pokazać co się chce. W końcu znaleźliśmy coś z menu po angielsku. To, że menu jest po angielsku, nie oznacza jeszcze, że ktoś w środku jest w stanie wypowiedzieć słowo po angielsku, o czym się przekonaliśmy chcąc zamówić coś niezbyt ostrego.

Kolejną rzeczą jak już nam zaserwowano to co chcieliśmy (w moim przypadku była to wieprzowina) było to, że podano nam wyłącznie pałeczki. No i musiałem przejść przyspieszony kurs. W życiu nie spodziewałbym się, że głód działa na człowieka tak motywująco. Pałeczkami jadłem do tej pory może 2-3 razy w życiu, a tu wyczyściłem cały talerz.

Ale tego z ostrym kelnerka nie zrozumiała. Nie dość, że było wściekle ostre i gdyby nie woda, którą na szczęście serwują w dowolnych ilościach i do wszystkich posiłków, to robiłbym konkurencje smokowi wawelskiemu, to jeszcze podali nam kilka przystawek w tym kimchi, które są z reguły ostrzejsze niż samo danie główne.

Naostrzeni i wyuczeni jak posługiwać się pałeczkami poszliśmy pozwiedzać oklicę, żeby za pare godzin zakończyć nasz pierwszy koreański ~30-godzinny dzień.

Seul na dzień dobry...

Zaraz po przyjeździe wybraliśmy się z naszym koreańskim przyjacielem na zakupy. Musieliśmy kupić takie podstawowe rzeczy, typu poszewki, prześcieradła, proszek do prania, jakieś kosmetyki, które były za ciężkie, żeby je zabrać ze sobą... Od momentu kiedy wsiedliśmy do samochodu, każda kolejna drobnostka zaczynała nas wprawiać w zdumienie.

1. Elektronika w samochodzie

Chyba każdy koreański samochód jest wyposażony w GPS. Ma to swoje uzasadnienie, bo Seul jako aglomeracja ma ok. 22 milionów mieszkańców (obrazowo: prawie 2/3 mieszkańców Polski). I oni naprawdę tego GPSa wszędzie używają. Ten nasz skośny kolega by bez niego do sklepu nie trafił. Ale GPS to nie wszystko. Czujniki parkowania są na porządku dziennym, bo wszyscy się wciskają samochodem tak, gdzie ja bym pewnie rowerka nie zaparkował. Nawet w lusterku im coś miga i jakieś cyferki im przeskakują...

2. Światła i znaki

Po prostu - są po drugiej stronie ulicy, tzn. za skrzyżowaniem a nie przed. Samochody zatrzymują się na linii (coś a'la linia przy znaku stop) i jak po drugiej stronie uliczy świeci im się zielone to ruszają. Tak samo jest ze znakami informacyjnymi. Ma to swoje plusy, bo nawet pierwsza osoba stojąca na czerwonym widzi, gdzie może jeszcze skęcić i czy ma jeszcze czerwone czy nie. Dodatkowo na niektórych skrzyżowaniach pasy dla pieszy są wyznaczone ukośnie przez skrzyżowanie, gdyż w momencie, gdy zapala się czerwone, każdemu pieszemu na skrzyżowaniu zapala sie zielone. Dlatego może przejśc nawet przez środek skrzyżowania.

3. Kosmetyki

Jak już dojechaliśmy do celu, czyli do domu towarowego w stylu wielopiętrowego Tesco, zaparkowaliśmy samochód i ruszylismy podbijac okoliczne półki. Kupiliśmy pościel, kupiliśmy wieszaki i pare innych rzeczy i ruszamy na poszukiwanie żelu po prysznic... Szukamy, szukamy... no i w końcu kupiłem sobie chyba jakieś mydło w płynie. I to nie dlatego, że sierota jestem, tylko dlatego, że koreańczycy nie mają za bardzo takiego cudu. Nie występuje u nich forma pośrednia między mydłem w kostce, a szamponem do włosów. Za to mają mnóstwo odżywek i balsamów do ciała. Wniosek jest taki, że albo straszni z nich tradycjonaliści, albo doszli do wnisku, że mydło jest praktyczniejsze, bo mniej zajmuje, albo uzywają tych odżywek i czekają aż z brudem odpadnie ;) Jedynym europejskim produktem żelopopdobnym, był żel Adidasa, aczkolwiek był tylko w 2 zapachach i kosztował 3 razy więcej niż wszystko inne.
Z farbą do włosów tez jest ciekawie. Mają każdy kolor, pod warunkiem, że jest ciemny. Blondy, ze względu na naturalny kolor włosów koreańczyków, nie mają racji bytu.
Generalnie wszystkie kosmetyki są dużo droższe niż w Europie i w dodatku ciężko znaleźć większość znaych nam produktów.

4. Pakowanie

Kupiliśmy co potrzeba, zapłaciliśmy, przy płatności kartą kazali nam się podpisać... na elektronicznym wyświetlaczu, bo gdziezby tam na jakimś staroświeckim paragonie, wrzuciliśmy do wózka rzeczy i jedziemy.

Nagle Eric, nasz koreański mentor, skręca w bok i podjeżdzą do lady, obok której znajduje się coś co wygląda jak śmietnik. Jak sie pewnie domyślacie śmietnik to nie był, a wręcz przeciwnie - stanowisko do pakowania. Otóż nasi szanowni lekko skośni koledzy wprowadzili rozporządzenie, że żeby było ekologicznie wyeliminują torby plastikowe, tylko nie wprowadzą toreb materiałowych, a... pudła kartonowe! Każdy wiekszy sklep, po wypakowaniu produktów na półki odnosi kartonowe opakowania do stołu przy wejściu, gdzie klienci mogą sobie takie opakowanie wziąć, skleić sklepową taśmą i użyć jeszcze raz. Ciekawe, nieprwadaż?

5. Kolory samochodów

Podobnie trochę jak z farbą do włosów: są wszystkie pod warunkiem, że jest to czarny, srebrny albo biały. Jeszcze się nie dowiedziałem dlaczego 90% samochodów w Seulu jest w takich kolorach, ale mam nadzieję, że mi się to uda...

6. Wiek

Może znowu wyjdę na ignoranta ale jeszcze na razie nie jestem w stanie powiedzieć, czy człowiek o skośnych oczach z którym rozmawiam jest z Chin, Japonii czy Korei. Przypuszczam, że w krótce się nauczę, ale tak czy inaczej jedną rzecz wszyscy azjaci mają wspólną - nie sposób określić ich wieku. Nie chodzi mi tutaj odróżnianie emeryta od niemowlaka, ale pomyłka o 10-15 lat nie jest czymś dziwnym. Oczywiście pomyłka w tą dobrą dla nich stroną, tzn. 35-latkowie wygladają (ale też trochę styl bycia) jak 20-latkowie. Tak było przykładowo z Ericiem, który, jak się później okazało urodził się w '74 i ma już żonę i dzieći. A my mu 23-25 lat dawaliśmy :/

7. Religia

Większość Koreańczyków nie deklaruje przynależności religijnej, ale jeżeli już w coś wierzą, to jest to religia chrześcijańska. Trochę mnie to zdziwiło bo jakoś kojarzyłem ją raczej z buddyzmem, ale później, gdy jadąc przez Seul widzieliśmy co chwilę jakiś kościół, to uwierzyłem. Co prawda w dużej cześci są to kościoły protestanckie i ich mankamentem jest to, że są otwierane tylko na mszę, ale jest ich dużo i każdy z nich na czubku ma czerwony, neonowy krzyż.

Jeden przejazd do sklepu i tyle ciekawostek. Oczywiście nie wspomne już o tym, że europejczykowi w dogadaniu się z kimkolwiek pozostaje tylko język migowy, a wszystko poza głównymi budynkami i komunikacją miejską oznaczone jest po koreańsku...


niedziela, 1 lutego 2009

Akademik i koreańskie studia...

Akademik sam w sobie nie jest jakiś niezwykły. Ma siedem pięter, każde podzielone na 3 skrzydła. Jak to zwykle bywa w Azji, skrzydła są żeńskie i męskie. Nic nadzwyczajnego. Ale za to współlokatorzy... Zaraz po przyjeździe w naszym skrzydle byliśmy tylko my, tzn. ja i mój współlokator Łukasz. Zajęcia na KAIST Business School zaczynają się dopiero dzisiaj (poniedziałek), dlatego było tak pusto.

Ale już dzisiaj zaczęli się zjeżdżać nasi koreańscy przyjaciele. I to całkiem rodzinnie. Pierwszy, który pojawił się na piętrze, pojawił się z ... żoną i dzieckiem. Współmałżonka z pociechą sprytnie zaczęły go rozpakowywać przecierając kurz w pokoju, ścieląc łóżko i wkładając rzeczy do szafy.

Tutaj muszę coś wyjaśnić. System szkolnictwa wyższego w Korei nie jest taki jak u nas. Tutaj przeważnie po szkole średniej idzie się do pracy, żeby zdobyć trochę doświadczenia, a potem, po kilku latach, dany delikwent wywłany jest na studia, bądź studia MBA (często są one opłacane przez firmę). Dlatego nie powinno dziwić, że na moim piętrze średnia wieku wynosi ok. 35-40 lat. Ciekawe jest natomiast, że większość z tych ludzi ma swoje rodziny w Seulu. Stwierdzają jednak, że zajęcia od rana do nocy, przesiadywanie godzinami w bibliotece i inne sprawy, które na kampusie zrobić można, a w domu nie, warte są "rocznych wakacji od rodziny" i nie da się ich pogodzić z dojazdami na uczelnie czy małymi dziećmi zarwacającymi głowe w domu. Cóż, co kraj to obyczaj...