sobota, 13 czerwca 2009

Manila

Stolica Filipin, a dla nas kolejne miejsce, które postanowiliśmy odwiedzić, tym bardziej, że to główny hub przesiadkowy na loty gdzieś dalej. Wszyscy nam mówili, że nie ma tu co oglądać, chociaż to trochę dziwi, po przeczytaniu pierwszego zdania w przewodniku: „Filipiny zamieszkuje od 80 do 90 milionów osób, z czego około ćwierć skoncentrowana jest w okolicach Manili”. Profilaktycznie zarezerwowaliśmy sobie na Manilę i okolicę 2 dni, a właściwie 2 noce, bo mieliśmy tak naprawdę jeden pełny dzień i dwie połówki (przylot i wylot). Okazało się wystarczająco, a nawet aż za dość. Spotkaliśmy jeszcze jednego naszego znajomego z Korei, Andy’iego. Pierwszego dnia po wyjściu z lotniska przywitał nas deszcz. W sumie to taka bardziej mżawka, typowa dla końca sezonu turystycznego i początku pory deszczowej. Z lotniska taksówka do hotelu. Nie pierwsza, bo za 500 peso. Nie druga, bo za 250 peso, ale trzecia, za 150 peso już tak ;) Hotel: Malate Pensionne, polecany przez Maćka (swoją drogą „Our Pick” w Lonely Planet tłumaczy trochę dlaczego go wybrał). Kierowcy trzeba było trochę podpowiadać bo nie do końca wiedział gdzie jedziemy. Dałem mu namiary na Hyatt Hotel, bo to wiedział, a stamtąd stwierdziłem, że poprowadzę go na „prawo, lewo, prosto”. Pomimo, iż pokazywałem mu miejsce na mapie, to biedak nie kojarzył. Nieczytaty był… chyba.

Dotarliśmy. Były wolne pokoje, wzięliśmy po taniości pokój z wiatrakiem, dlatego teraz cały czas się pocę, jak to piszę, ale pensjonat jest bajkowy. Stary kolonialny wystrój, w drewnie i cegle tworzą niezapomniany klimat. No i jest Starbucks za rogiem.

Pierwszego dnia zgarnęliśmy Andiego, przeszliśmy przez Rizal Park i poszliśmy zwiedzać Intramuros, czyli najstarszą dzielnicę Manili, z fortem, katedrą, kościołem, kolonialnymi budynkami, etc. Aczkolwiek nie jest to tak kolorowe jak się wydaję. Dużo rzeczy jest zniszczonych. Wszędzie dookoła ludzie siedzący na schodach, dzieci biegające po ulicach boso i w deszczu oraz śmieszne przedłużane jeepy (jeepney’je) służące za autobus. Dobrze ktoś powiedział, że Manila jest taka jaka byłą 20 lat temu i pewnie za 20 lat też taka będzie.

Pierwszą atrakcja Intramuros był kościół św. Augustyna – najstarszy murowany kościół na Filipinach. Dość okazały z zewnątrz, bo duży i różowo-pomarańczowy. Do środka niestety nie weszliśmy, ponieważ właśnie ktoś brał ślub, ale pozaglądaliśmy przez drzwi. Następna była katedra w Manili, do której już nam się udało wejść. Co ciekawe, katedra była niszczona i odbudowywana siedem razy! Huragan, trzęsienie ziemi, pożar, bitwa o Manilę, coś jeszcze… Generalnie nie miała szczęścia. Po szybkim zwiedzaniu, kilku zdjęciach ruszyliśmy w stronę fortu. Fort Santiago to najstarszy i jedyny fort w Manili. Pochodzi jeszcze z czasów kolonialnych. Wykorzystywany był m.in. w bitwie o Manilę oraz jako więzienie podczas II Wojny Światowej. Pogodę na jego zwiedzanie mieliśmy idealną – zachmurzone niebo i bujna zielona roślinność pokryta kroplami deszczu idealnie pasowały do starych, sczerniałych i zniszczonych murów, pozarastanych chodników i przerdzewiałych krat. Niezłe wrażenie zrobiła też na nas rzeka Pasig i przepływające po niej statki. Co prawda widok bosego Filipińczyka łowiącego ryby w rzece, w której pływa więcej śmieci niż żywych istot przypominał obrazek z kraju trzeciego świata… ale tu tak po prostu jest. A… i był jeszcze ochroniarz z długa ostrą bronią. Nie wiem do końca po co, bo w samym forcie nie było niczego wartościowego, ale widać jakiś cel w tym musiał być. Po wyjściu z fortu przemknęliśmy uliczkami Intramuros w kierunku zatoki w Manili. Trochę to trwało, ponieważ dystans był nieco dłuższy niż przypuszczaliśmy, a w dodatku ulice Manili są ewidentnie nieprzystosowane dla pieszych. W życiu tyle razy nie przebiegałem między samochodami i nie skakałem przez kałuże. Zanim zdążyliśmy dotrzeć do portu, mijając po kolei setki ludzi, którzy albo chcieli nas gdzieś podwieźć, albo coś sprzedać, albo chcieli, żebym i po prostu rzucić jakieś peso, zrobiło się ciemno. Ciemno i trochę strasznie, bo w sumie większość lokalnych to nie zachęca nawet w dzień, a co dopiero po zmroku. Na szczęście w Manili, jak z resztą na całych Filipinach, policjant jest na każdym rogu, co daje takim szalonym turystom jak my nieco większe poczucie bezpieczeństwa. Atmosferę tez podkręcał nam Andy, który właściwie to boi się własnego cienia i specjalnie kupił drugą kartę na zdjęcia do aparatu, bo stwierdził, że: „ Jak mi aparat w Manili ukradną, a na pewno to zrobią, to przynajmniej zachowam zdjęcia z Chin, które zrobiłem wcześniej.” Stwierdził też, że gdyby nie my, to pewnie bałby się spacerować po mieście. Taki pocieszny Niemiec.

Dotarliśmy wreszcie do portu, po przeskoczeniu 100 kałuż, przejściu 40 razy przez ulicę, powiedzeniu 20 razy na minutę „No thank you” do kogoś, kto próbuje Ci coś sprzedać. Najgorsze było to, że może nawet dotarliśmy do tego portu, tylko po co. Ciemno, kawałek nabrzeża, gdzieniegdzie rozwalony, bo albo cos wybuchło, albo ktoś potrzebował cegieł. Chcieliśmy zobaczyć oceanarium, ale nie dość, że było stosunkowo drogie (400 peso czyli jakieś 28 zł), to jeszcze puste. Prawie nikogo w środku. Zawróciliśmy na pięcie i przeszliśmy w stronę naszych hosteli. Po chwili poszukiwań znaleźliśmy knajpę w której można coś zjeść. Bardzo filipińskie jedzenie pt. pizza. Stosunkowo tanie i dużo, więc zostaliśmy. Potem chcieliśmy iść na lokalnego San Miguela, ale pierwszy bar, do którego chcieliśmy wejść, okazał się za bardzo „czerwony”, więc szybko zmięliśmy lokal na jakiś mały piano bar. I tu kolejna ciekawostka. Nie wiem ile zarabiają ludzie na Filipinach, ale skoro przez pół wieczoru łącznie z nami przez bar przewinęło się 5, a może 7 osób, czyli tyle samo ile było obsługi, to znaczy że musza zarabiać bardzo śmieszne pieniądze. O ile w instytucjach państwowych w Manili to jeszcze rozumiem, że rząd woli zlecić pracę dla trzech ludzi dziecięciu ludziom, żeby przynajmniej mieli zajęcie, o tyle w prywatnych restauracjach trochę nie mogę znaleźć przyczyny…

Kolejnego dnia w planie miały być ryżowe tarasy pod Manilą, bo wszystko co to ponoć 20 milionowe miast miało do zaoferowania zobaczyliśmy w kilka godzin. Ale okazało się, że podróż do tych tarasów trwa bagatela 8h i w dodatku trzeba wziąć nocny autobus, tak więc sobie odpuściliśmy. Postanowiliśmy się pobłąkać jeszcze po Manili. I było to dosłownie błąkanie się. Najpier jakiś park w okolicy, potem nadmorski bulwar, gdzie ludzie spali na ławkach, wybierali sobie wszy z włosów, pływali między śmieciami w zatoce, łapali robale biegające po chodniku. Lokalny obrazek. Po zderzeniu się z biedą postawiliśmy poobcować z czymś bardziej cywilizowanym. Odwiedziliśmy centrum handlowe, a ja poszedłem do dentysty… Nie, nie – nie żeby zabić czas. Po prostu moje ząbki zaczęły bardziej niż zwykle dawać znać, że je mam. Tak czy inaczej, wiele nie straciłem. Zara w Manili jest pewnie taka sama jak Zara w Seulu czy w Warszawie. Pamiątki przynajmniej kupiliśmy, a Andy przebookował sobie bilet, bo stwierdził, że ani dnia dłużej w tym mieście nie wytrzyma. Wróciliśmy taksówką do naszego Malate Pensionne, a potem umówiliśmy się z Andym na kolację. I to była chyba najprzyjemniejsza część pobytu w Manili. Nie dość, że zjedliśmy trzy smaczne filipińskie dania, wypiliśmy trochę lokalnego piwa, poznaliśmy filipińskiego „biznesmena” od instalacji gazowych, który w odpowiedzi na to, że jesteśmy z Polski zapytał, czy mamy niedźwiedzie polarne, to jeszcze zapłaciliśmy za to wszystko jakieś śmieszne pieniądze. Poznaliśmy też kolejnego lokalnego businessmana od naprawiania telefonów komórkowych, który co prawda nie pytał się o białe misie, ale za to wręczył nam swoją wizytówkę, że jak będziemy potrzebować telefonu w Manili, to musimy się udać tylko do niego. Nawet nie wzruszyło go, że następnego dnia mieliśmy wyjeżdżać, ale cóż…

Ostatni dzień upłynął nam w sumie na pakowaniu się, gdyż o 14 musieliśmy już być na lotnisku. Szybkie śniadanie w 7Eleven za ostatnie peso, kilka maili, dopóki jest jeszcze Internet, taksówka na lotnisko, odprawa i … goodbye Manila, Phillipines. Wątpię, że szybko tu wrócę…


Zdjęcia na: http://picasaweb.google.com/azja.pld.wsch/


wtorek, 9 czerwca 2009

Uwaga, uwaga...

Post informacyjny. Jako, że z Aśką wyposazyliśmy się w dużo za duże aparaty, które robią o wiele za dużo zdjęć, a te zdjęcia dużo zajmują, to po wielu godzinach rozmyślań i dużej ilości ...

Nieważne. Zdjęcia moje i Aśki z całej naszej wycieczki po Azji będą pojawiać się na http://picasaweb.google.com/azja.pld.wsch , a nie jak dotychczas na mojej starej Picasie. Na razie są już zdjęcia z Boracay, i przygotowuje się Manila...

12 stopni od równika

Podróże z prawdziwego zdarzenia czas zacząć! Post lekko opóźniony, bo azjatycki internet wolny... Poza tym szkoda czasu na siedzenie przed komputerem :)

A podróżowanie zaczyna się od Filipin, bo tam akurat były najtańsze bilety lotnicze z Seulu. Seul, 2. czerwca 2009, lotnisko Incheon, lot do Manili godzina 21.40. Cztery godziny w samolocie i przylot do Manili o 00.30. Tak, pomiędzy 21.40 a 00.30 są cztery godziny. My się też zdziwiliśmy jak po trzech nie było żadnego znaku wskazującego na lądowanie. Dopiero potem dzieci sobie uświadomiły, że jest jeszcze coś takiego jak strefy czasowe i że Manila jest 1h do tyłu w stosunku do Seulu. Po przylocie czekał nas krótki nocleg na lotnisku, bo przelot z Manili do Caticlanu (skąd mieliśmy się finalnie przetransportować na małą wysepkę zwaną Boracay ) mieliśmy dopiero o 5.30 rano. Nastąpiło wiec szybkie poszukiwanie ławki, jako tymczasowego miejsca noclegowego. Ale niestety, na całym lotnisku ławki były już… zajęte. Na szczęście zapobiegliwa Asia, w ramach przygotowania do leżenia plackiem na plaży, wzięła kocyk, który pożyczyliśmy z United Airlines , kiedy wracaliśmy z Japonii… i rozłożyliśmy się wygodnie na podłodze między jedną ławką, szklaną barierką, panem, który już okupował 2 metry kwadratowe posadzki i egotyczną roślinką w doniczce. Hmm.. ciekawe kto pisał to jedno ostatnie zdanie… ;)

Tak czy inaczej, czekał nas kocyk i podłoga. Złapaliśmy kilkadziesiąt minut snu, na zmianę pilnując czy nasze bagaż są ciągle nasze, po czym poszliśmy na check-in. Zważyli nasze bagaże, bagaże podręczne, nas z bagażami, itd. we wszystkich prawie kombinacjach, skasowali za nadbagaż, bo w końcu na czymś muszą zarobić (limit bagażu na Boracay = 10kg! i w dodatku podręczny ważą!). Zapłaciliśmy 800 peso, czyli jakieś 56 zł. Przyzwoicie jak na 8kg ponad limit. Po kontroli wsiedliśmy do lekko rozpadającego autobusu, z którego wymontowano chyba wszystko można było, żeby dalej jeździł, który podrzucił nas pod naszego ATRa. ATRa czyli mały samolocik ze śmigłami zamiast silników odrzutowych.

Ale nawet z takiego samolociku widok wschodu słońca jest przyjemny, nieprawdaż?

Takie latają na lotach lokalnych – małe, ale za to często. Ale to nie samolot był najlepszy… Lepsze było lotnisko w środku… niczego. Mały pas, zaraz obok pasa domki z kurnikami, na końcu kilka słupków i droga oraz nasuwające się niemiłosiernie: „Boże, gdzie my jesteśmy!”. Krajobraz jak ze starych wojennych filmów o amerykańskich żołnierzach w Wietnamie – zielono, drewniano, gorąco…

Caticlan, Terminal 1... i ostatni ;)

Co robi zszokowany turysta zaraz po tym jak dozna nadmienionego szoku? Zdjęcia. I tu kolejna ciekawostka. Zakupiony z bólem, za ciężkie pieniądze aparacik… zaparował! Wilgotność prawie 100%, temperatura pod 30 stopni i co z tego, że była 6.30 rano… Nieważne. Kilka zamglonych zdjeć zrobione. Idziemy na odprawę. I kolejny szok (dla tych co lubią przepisy bezpieczeństwa, to już w ogóle dramat). Hala odpraw, jeżeli coś a’la dworzec kolejowy w polskiej 5-cio tysięcznej mieścine, można nazwać halą odpraw. Bagaże zacni panowie z obsługi wrzucają przez spore okno prawie proste z samolotu, a obsługa w „terminalu” liczy… 2 osoby. Wychodzimy i od razu łapie nas sympatyczny pulchniutki pan zielona koszulka. Niestety imienia nie pamiętam, więc będzie pan zielona koszulka, albo ewentualnie pan przewodnik.

Zaproponował nas, że w sumie to jedzie na Boracay do siebie, to możemy jechać z nim, a on nam pokaże swój pensjonat. Jak się spodoba to weźmiemy, jak nie to nie. Cóż – propozycja całkiem całkiem i to szczególnie jak na 6.30 rano po nieprzespanej nocy. Tym bardziej, że niezobowiązująca. No to kiwnęliśmy głową i wzięliśmy trycykla. To było coś. Motocykl, do którego z boku domontowano blaszaną budę z miejscem dla dwóch osób z przodu i miejscem na bagaże (+ewentualnego przewodnika) z tyłu. Trycykl 100 peso, wrażenia bezcenne. Dotarliśmy do portu w Caticlanie i rozpoczęliśmy polowanie na „prom”. „Prom” był drewnianą łódką, zabierającą ok. 30 osób na raz z przymocowanymi na bokach drewnianymi belkami, żeby lepiej się trzymać na wodzie. Taki prehistoryczny katamaran. Ci, co się na żeglarstwie znają niech mnie poprawią ;) 150 peso za 2 osoby, a wrażenia chyba jeszcze lepsze. Szczególnie gdy w połowie drogi człowiek orientuje się, że bagaż jest niczym nie przymocowany, na dachu łódki, która skacze na falach jak piłeczka pingpongowa. Fajnie jest.

"Prom" ;)

Po dotarciu do portu (wskoczeniu z łódki na plażę), bierzemy kolejnego trycykla i w drogę do hotelu za naszym panem zielona koszulka. Nie wiemy gdzie jesteśmy, nie wiemy kto to jest ten nasz pan zielona koszulka, gość od trycykla jedzie taką drogą, że dzieci z psami i kurami biegają na zmianę przez ulicę, od czasu do czasu trzeba zjechać z drogi, bo kałuża (bo wcześniej trochę ulało), albo górski potoczek płynie środkiem. Dziwne? No pewnie tak, ale nie tutaj. Na szczęście, albo nieszczęście zatrzymuje my się w połowie większej wioski. Droga asfaltowa, Coca-Colę mają –przeżyjemy. Wchodzimy za naszym panem przewodnikiem w jakąś uliczkę, gdzie dwie osoby mogą mieć problem, żeby się minąć, ale ponoć prowadzi nas do hotelu. Może to i lepiej, że byliśmy chyba jacyś zaspani i nie za bardzo kojarzyliśmy, co w sumie może nas czekać za rogiem, bo pan przewodnik okazał się… mówić prawdę. No ok, półprawdę. Zabrał nas do pensjonatu, gdzie zaproponowano nam bungalowa. Szału nie było, ale jak pan zielony to zauważył, to od razu powiedział, że może nam pokazać inne miejsce. Zostawiliśmy bagaże, co prawda same ciuchy, bo i aparaty i laptopa mieliśmy ze sobą, ale do szczytu ostrożności to nie należało. Zielony pokazał nam jeden, drugi, trzeci pensjonat, zapytał się czego oczekujemy, żeby wiedzieć gdzie nas prowadzić. Wtedy się też dowiedzieliśmy, że pracuje dla lokalnego stowarzyszenia hoteli, które odpala mu jakiś procent za każdego znalezionego gościa. Poopowiadał nam trochę o Boracay i o Filipinach. W końcu po 1,5h kręcenia nosem zdecydowaliśmy się na La Isla Bonita. Całkiem przyjemny pensjonat, gdzie z balkonu między palmami było widać turkusowe morze, a pokój miał klimatyzację. Stwierdziliśmy, że na 3 noce to zaszalejemy i zafundujemy sobie więcej niż wiatrak. I tak zaczęło się beztroskie opalanie pod palmami. Palmy, kokosy, białe plaże, turkusowy kolor wody, łódeczki, surferzy, ludzie w klapkach, raj.

Witamy w raju ;)

Pierwsza rzecz – kąpiel. Właściwie zabawa z falami, bo przez to, że dla lokalnych czerwiec to początek zimy, to strasznie tu wiało. Dla nas super, bo przynajmniej dało się dzięki wiatrowi wytrzymać trzydzieści kilka stopni plus wilgotność. Popluskaliśmy się, potem szybki prysznic , spacer wzdłuż plaży, lokalne danie na obiad (Sisig Sizzling - coś a’la jajecznica z mięsem, a właściwie to kawałki mięsa z cebulką połączone za pomocą jajka, podawane na gorącym półmisku z dodatkiem ryżu, danie dla dwóch osób za 120 peso, czyli jakieś 8,40 ;)). Potem koktajl z mango, bananem i papają, a na wieczór mango ze straganu, lokalne chipsy o bliżej nieokreślonym smaku (ale dobre!) i pieczone banany w karmelu. Mówiłem już, że po prostu: żyć, nie umierać? I tak kolejne 3 dni. Złaziliśmy plażę wzdłuż i w szerz. Ja nawet poszedłem dalej po jakichś ostrych kamieniach zobaczyć małą zatoczkę i skały chyba we wszystkich kolorach tęczy. Super. Ostatniego dnia chcieliśmy wziąć łódkę i opłynąć Boracay, bo ponoć zajmuję to ok. 1,5h, ale tak wiało, że wszyscy panowie, którzy nas non stop wcześniej nagabywali w stylu „Weź pan łódkę…” zniknęli. Co do nagabywania: normalka. Każdy coś do Ciebie, biały jak syn młynarza turysto, coś krzyczy. Kup pan okulary, rejs, surfing, korale, zegarek , jeszcze raz okulary i zegarek, a nawet dewocjonalia, bo Filipiny przecież katolicki kraj. A, i wszyscy wołają per Sir/Madam, co trochę człowieka może podbudować…

W sielski sposób, na pieczeniu się na raka (oczywiście o sobie mówię), piciu drinków z palemką podczas happy hours (drinki, 5zł!) i odpoczywaniu pełną piersią upłynęły nam 3 dni… Żal było wracać, ale cóż… Ostatniego ranka zjedliśmy nasze mango, wzięliśmy trycykla, potem łódkę z 15 minutami stresu o bagaże wliczonymi w cenę i odlecieliśmy z lotniska pośrodku niczego do Manili…