niedziela, 8 marca 2009

Popołudniowy budda

Wczoraj, korzystając z pięknej, choć nieco mroźniej pogody wybraliśmy się na kolejny podbój Seulu. Znowu nie przyszło nam to bez wyrzeczeń, bo Piątek standardowo skończył się w Sobotę i to późno, ale razem z Oliverem, Niemcem ze Śląska mówiącym gwarą (tak, tak... takich tez tu można spotkać ;) stwierdziliśmy, że nie będziemy marnować dnia na spanie i bardzo wcześnie, bo o 11 ruszyliśmy z akademika, zabierając jeszcze przy okazji Łukasza i Aśkę...

Standardowo - bez planu. Mamy kawałek do przejścia do najbliższej stacji metra, więc mieliśmy chwilę na przejrzenie naszego przewodnika i zobaczenie, co ciekawego znajduje się przy naszej linii. Na początku, korzystając z ładnej pogody, postanowiliśmy odwiedzić Jangchung Park, co okazało się błędem. Przejechaliśmy kawał Seulu, a gdy dotarliśmy na miejsce, to za bardzo żadnego parku nie było. Jak się potem dowiedzieliśmy od angielskojęzycznych Koreańczyków, ten cały park, to tak naprawdę kilka drzewek dookoła lokalnego uniwersytetu i fontanna, która jeszcze o tej porze roku była nieczynna. Cóż. Nie zawsze ładne zdjęcie w przewodniku oznacza coś naprawdę ciekawego.



Ale szybko odbiliśmy sobie zmarnowany czas. Korzystając z faktu, że spotkany Koreańczyk mówił nadzwyczaj dobrze po angielsku, bo skośni przyjaciele to tak nie koniecznie z tymi obcymi językami dobrze stoją, wypytaliśmy go o drogę do następnej lokalnej ciekawostki - świątyni Jogyesa. Doradził nam, żebyśmy wzięli taksówkę, co było bardzo dobrą radą...

Taksówki w Seulu, jak już chyba pisałem, są niesamowicie tanie. Trasa do klubowej dzielnicy, jaką z reguły przejeżdżamy w weekendy zajmuje nam ok. 40 minut i płacimy ok. 12,000 Wonów, czyli +/- 30 zł. Jeżeli nas w taksówce jeszcze jedzie czwórka, to rachunek jest dość prosty. Jedynym mankamentem są kierowcy, którzy czasem jeżdżą tak, jakby prawo jazdy wygrali na loterii albo w karty. No i trzeba się z nimi dogadać po koreańsku i upewnić się, że zrozumieli, a nie wiozą nas na drugi koniec miasta...

Ale wracając do naszej świątyni - dojechaliśmy niedaleko niej naszą taksówką, zapłaciliśmy 4,000 Wonów (po 2,50zł na osobę, czyli prawie tyle samo co za bilet w metrze) i szczęśliwi podążyliśmy wg wskazówek mapy. Po drodze zobaczyliśmy jeszcze jeden z bardziej charakterystycznych budynków Seulu - Jongno Tower, więc stwierdziliśmy, że skoro już jest po drodze, to odwiedzimy. I to był pierwszy dobry wybór tego dnia. Okazało się, że nie dość, że jest otwarty w sobotę (normalnie jest zwykłym biurowcem), to jeszcze na 33. piętrze ma restauracje z widokiem na cały Seul. No to wyciągnęliśmy aparaty i zrobiliśmy to, co każdy turysta zrobiłby na naszym miejscu.


Trochę się tylko zmartwiliśmy, bo okno przy wyjściu z windy był przesłonięte przez belkę konstrukcyjną, a do restauracji wchodzić nie chcieliśmy, bo zaproponowanoby nam od razu stolik, kawior i butelkę szampana, więc zaczęliśmy się plątać tu i tam szukając okna z ładnym widokiem. Ta niezgłębiona żądza zagnała nas początkowo na schody awaryjne wiodące na lądowisko dla helikopterów na dachu, ale niestety wyjście było zamknięte. Nieco zrezygnowani, udaliśmy się za potrzebą i to był strzał w dziesiątkę. Odnaleźliśmy toalety z chyba jednym z najlepszych widoków na świecie...


W pełni usatysfakcjonowani, ze zdjęciami w aparatach, ruszyliśmy na naszą świątynie. O mały włos jej nie przegapiliśmy, bo była bliżej niż nam się wydawało i w dodatku nieco cofnięta w stosunku do ulicy. Weszliśmy na teren świątyni przez okazałą bramę. Dalej był sam budynek z posągami trzech buddów. Jak się później okazało, trafiliśmy na najbardziej okazałą i reprezentacyjną świątynię buddyjską w Korei. Została zbudowana w 1910 roku w pobliżu swojej obecnej lokalizacji, a w 1937 przeniesiono ją na miejsce, w którym jest do dziś. Hall główny, znajdujący się w centrum zabudowań świątynnych, został zbudowany z drewna i jest największym powierzchniowo, jednolitym budynkiem świątynnym w Seulu. Został też przyozdobiony tradycyjnymi koreański rzeźbami w drewnie. W głównym hallu mieszczą się pozłacane posągi trzech buddów.


Po zrobieniu kilku zdjęć z zewnątrz postanowiliśmy wejść do środka. Zdjęliśmy grzecznie buty, wstawiliśmy je do szafek stojących przed wejściem i drewnianą drogą udaliśmy się do wnętrza świątyni. Gdy weszliśmy do środka, przepych zrobił na nas niesamowite wrażanie. Po pierwsze - posąg buddów: wielkie, złote i dostojne. Po drugie, cały sufit w charakterystycznych lampach z małymi karteczkami z chiński/koreańskimi napisami. Po trzecie, mnóstwo ludzi, którzy siedząc na poduszkach biją pokłony trzem buddom. Było też kilka rzeczy, których nie do końca byliśmy pewni.


Pierwsza to to, czy w ogóle powinniśmy tam wchodzić. Ale stwierdziliśmy, że Koreańczycy to mili ludzie, więc albo sobie pomyślą: "Głupi Amerykanie, wleźli gdzieś i nie wiedzą o co chodzi" i z wrodzonej im grzeczności nas zignorują, albo po prostu nas wyproszą. Usiedliśmy sobie więc z boku, przy ścianie świątyni i z ukrycia, bez lampy błyskowej zaczęliśmy robić zdjęcia. Po kilku minutach wszedł mnich i zaczął modlitwę. Wtedy już naprawdę można było wpaść w trans. Po raz pierwszy chyba zrozumiałem znaczenie słowa "mantra". Jedynym detalem, który nam nieco doskwierał, było brak owej poduszki, bo siedzieliśmy na własnych nogach na podłodze i nie powiem, żeby to było super wygodne. Ku naszemu zdziwieniu w ciągu kilku minut podeszła do nas kobieta i przyniosła nam poduszki. Miło z jej strony, ale wtedy to naprawdę poczuliśmy sie jak "głupi Amerykanie";) Jak zobaczyła to inna pani, to chciała nam zaproponować wody. Widać wyglądaliśmy na takie sieroty losu, że stwierdzili, że woda, owoce i inne rzeczy, które przynoszą buddzie, a które są przeznaczone pewnie dla mnichów, albo dla zmęczonych pielgrzymów, należą się nam. Jako, że byliśmy właśnie po kawie, grzecznie odmówiliśmy i bujając się nieco w rytm mantry wystukiwanej przez mnicha drewnianym klockiem robiliśmy dalej zdjęcia.

Gdy pani nr 2 zaproponowała nam wodę uświadomiłem sobie jeszcze jedną rzecz. Modlącymi sie były prawie same kobiety i to od lat 6 do 106. I nie przesadzam. Widziałem panie, które ledwo szły, ale jak siadały na swojej poduszeczce, to w pokłonach były bieglejsze ode mnie. Szczerze zazdroszczę kondycji. Chciałbym być tak sprawny w ich wieku, a przypuszczam, że do tych 106 mogły mięć niedaleko.


Po kilkunastu minutach stwierdziliśmy, że czas na nas i wyszliśmy rozprostować stare kości. Przez 5 minut później dopływała mi krew do stóp od tego siedzenia, ale przeżycie było niesamowite. Po drodze zrobiliśmy kilka zdjęć pozostałym budynkom. Na szczególną uwagę zasługiwały "swastyki" na świętych, które nam Polakom kojarzą się jednoznacznie, ale w Korei lub w całym buddyzmie oznaczają po prostu chyba świątynie.

Po udanym oddaniu bogu co boskie, poszliśmy oddawać resztę cesarzowi, czyli w skrócie - zakupy. Tak się złożyło, że byliśmy blisko stacji Anguk, przy której znajduje się całkiem miła uliczka a'la Floriańska w Krakowie, tylko że z samymi pamiątkami z Korei. Było tam wszystko, od masek przez wachlarze, miecze samurajskie, szale, koszulki, antyki, obrazy, monety, szkatułki po piórniki i breloczki. Kupiliśmy co nieco , a że taki "wysiłek" sprawia, że człowiek staje się głodny, to udaliśmy się na tradycyjne koreańskie danie - bibimpap. Jest to coś w stylu ryżu z warzywami (kiełkami soi, kawałkami marchewki, rzepy, ogórka) z sosem. Standardowo jako przystawki dostaliśmy kimchi i żółtą rzodkiew. Na dowidzenia kupiliśmy sobie jeszcze po kimpap'ie, czyli "paluchu" ryżowym, owiniętym w wodorosty z tuńczykiem, serem, mięsem i warzywami w środku. Jeżeli ktoś kiedyś jadł sushi, to wygląda to jak maki sklejone ze sobą.


Ucieszeni i z pełnymi żołądkami wróciliśmy sobie na KAIST, aby w spokoju oddać się... nauce, bo mamy quiz (=mini egzamin) za kilka dni. Cóż, nie wszystko co dobre trwa wiecznie... ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz