Tajwan ciekawym krajem jest. Mój zacny współlokator, Maciek niejaki [;)] na pewno się ze mną zgodzi, jako, że przesiedział tam prawie pół roku i też co nieco o nim napisał (link po lewej). Ale, ale… Po kilku godzinach lotu dotarliśmy na lotnisko w Taipei. To znaczy nie do końca w Taipei, bo musieliśmy jeszcze kupić bilet na autobus, który zawiózł nas na główny terminal autobusowy w samym centrum Taipei. Znalezienie autobusu nie było trudne. Co więcej po drodze zahaczyliśmy o informację turystyczną na lotniku i dostaliśmy mnóstwo materiałów, począwszy od 4 map Tajwanu po szczegółową mapę samego Taipei. Tak więc, jeżeli ktoś wybiera się na Tajwan, to spokojnie na informacji turystycznej z lotniska można polegać.
Po kilkunastu minutach wsiedliśmy do podstawionego autobusu. Tajwańczycy chyba lubią siedzieć osobno, nawet jeżeli… są mężem i żoną. Albo jakieś ciche dni mieli, bo trafiliśmy na taką parę. Mąż siedział z przodu, a żona z Aśką. Na początku było normalnie. Trochę dziwne, że tak siedzą, bo przez nich my też musieliśmy szukać pojedynczych miejsc, ale ich sprawa. Moja współtowarzyszka miejsca zdawała się być niezmiernie wykończona, bo spała całą drogę. A pół tej drogi na moim ramieniu, bo jej się jakoś tak dziwnie głowa zawsze bujała w moją stronę. Ale też spoko. Po chwili jednak zorientowaliśmy się, że nasza ulubiona para (lat ok. 50+) coś konspiruje. Chodziło im chyba o to, że my z Aśką sobie normalnie rozmawialiśmy, a inni milczeli, więc pewnie byli nieco niezadowoleni, że im ciszę jacyś bezczelni Europejczycy zaburzają. Cóż. Chińskiego nie znamy, ale się domyślaliśmy. Nagle mężunio zaczął chrząkać. A jak ja już wcześniej pisałem, wraz z pluciem i „wciąganiem” makaronu, jest to jedna z rzeczy, które tak dość ciężko znoszę. No ale on nie przestaje. No to ja zaczynam się trochę śmiać. Ale na razie tak pod nosem, spokojnie. No ale jak dziad się zaciągnął i wciągnął wszystko co miał w nosie a potem odchrząknął, to już nie wytrzymałem i buchnąłem śmiechem. Aśka za mną. Myślę, że kilka osób się zdziwiło. Ale najgorsze było to, że nie mogliśmy się potem powstrzymać. Głupie kichnięcie, chrząknięcie, kaszlnięcie wywoływało u nas spazmy. Przetrzymaliśmy godzinę, ale z tak bolącym brzuchem jeszcze nigdy nie wysiadałem z żadnego środka transportu… i to bynajmniej nie przez chorobę lokomocyjną.
W centrum Taipei nie bardzo początkowo wiedzieliśmy co mamy ze sobą zrobić, gdyż nasza koleżanka – Penny (Su Hsiao Han, jak ktoś woli po chińsku) miała się nami zająć, ale nie dostaliśmy od niej, żadnej odpowiedzi. Znów więc postąpiliśmy jak rasowi turyści i poszliśmy szukać… hot spota, żeby się podłączyć do Internetu. Starbuck’s, jak wiadomo jest wszędzie, w Polsce ponoć nawet jeden też, a jak jest Starbuck’s to jest kawa, a nawet co ważniejsze – jest Internet! No cóż – jest, ale płatny NT$100 (słownie: sto nowych dolarów tajwańskich, czyli jakieś 10 zł – łatwo się przelicza, bo odcinamy zero, haha). Przeżyjemy. Sprawdzamy czy Penny nie zostawiła nam jakichś wiadomości, no i są. P kilku wymienionych smsach umawiamy się pod drugim co do wielkości budynkiem w Taipei, który znajduje się dość blisko dworca. Czekamy. Czekamy dalej. Zaczyna padać, więc schowaliśmy się nieco pod dach i… czekamy. Penny z reguły do najbardziej punktualnych nie należała, ale 40 min nawet jej się nie zdarzało. Miała mieć jakieś spotkanie, bodajże w związku z jej pracą magisterską, ale mogłaby chociaż smsa napisać. Czekamy i nagle… Tingna i Patrick?! Tajwanka i Szwed – nasi znajomi z KAIST. Okazało się, że Patrick właśnie leci gdzieś dalej w świat, a że miał samolot jakoś wcześnie rano to przyjechał do Taipei dzień wcześniej. Penny zadzwoniła do Tingny, żeby nas odebrali, bo ona się spóźni. Fajnie. Mamy już przewodnika. Zabraliśmy się z bagażami do Patricka do hotelu i poszliśmy na obiad. Dojechała do nas Penny, więc już byliśmy w komplecie.
Poszliśmy do jakiejś słynnej restauracji w Taipei, znajdującej się w tym budynku, pod którym się umówiliśmy. Nazwy restauracji nie przytoczę, bo za biegły z chińskiego nie jestem. Charakterystyczne było to, że dostaliśmy numerek i musieliśmy poczekać, aż przejdzie… 30 kolejnych numerków. Hmm… trochę długawo, więc wybraliśmy się na krótki spacer. Pogadaliśmy sobie trochę, jako że się prawie cały miesiąc z małym hakiem nie widzieliśmy, a Penny (jak to ona) pokazała nam najwspanialsze… miejsca na zakupy.
Po krótkiej przechadzce wróciliśmy pod naszą knajpę, ale jeszcze było kilka osób. Oczekiwanie w sam raz, żeby usiąść i … poczekać. Po kilku minutach siedzieliśmy już sobie za stołem i mieliśmy zamówić. To znaczy zamówiliśmy już wcześniej, kiedy odbieraliśmy karteczkę na stolik. Ta czynność też była interesująca, bo „zamówienie” wyglądało jak kupon z lotka, w którym postawienie kreski w odpowiednim miejscu oznaczało zamówienie odpowiedniej zupy, pierogów, albo czegoś jeszcze innego. Analogią do lotto był również wybór miejsca, w którym zacną kreskęnależało postawić, jako że chiński język bardzo krzaczkowy i mało czytelny dla zielonych turystów jest. Tak.
No ale od czego mieliśmy Tingnę i Penny. Zamówiliśmy pierogi z mięsem i krewetkami podawane z sosem sojowym i imbirem oraz zupę z wołowiny (czyli rosół), ale… bez wołowiny. To znaczy bez kawałków wołowiny. Różnicy w zupie żadnej, a płacić za dwa kawałki woła „jak za woły” nam się jakoś nie specjalnie nie uśmiechało. Dodatkowo zaserwowano nam jaśminową herbatę, którą pani polewała co chwilę, do tego stopnia, że już potem nawet nie upijaliśmy z kubeczków, bo jak tylko spostrzegła, że ktoś ma chociaż trochę miejsca, to była wielka dolewka. Podano nam też instrukcję jedzenia pierogów. Tak, tak – „głupie turysty” ;) No może nie takie głupie, bo przynajmniej się nie poparzyliśmy. Mianowicie pieroga, gotowanego na parze, należało uprzednio otworzyć pałeczkami, żeby wydostało się gorące powietrze. Potem zamoczyć sobie w sosie sojowym, albo w imbirze i… garaż. Taka metoda jedzenia była ponoć właściwa. Zastosowaliśmy się bez stawiania oporu.


Ze szczęśliwymi brzuszkami poszliśmy na deser. A jak deser na Tajwanie to przede wszystkim Bubble Milk Tea, czyli herbata z mlekiem i (dosłownie mówiąc) bąbelkami. Nie była ona na szczęście gazowana, ale miała na spodzie coś w rodzaju żelek, przypominających trochę z wyglądu małe czarne oliwki. Oczywiście, żeby takowy napój skonsumować potrzebna była odpowiednia słomka o średnicy ok. 1cm, serwowana w zestawie. Bubble Milk Tea to, jak już wspomniałem, tajwański specjał, więc nie dziwi, że występuje w mnóstwie odmian, a najlepsze jest to jak niektórzy zamawiają wg proporcji, np. 40% cukru i 80% mleka poproszę, czy coś w tym stylu.

Po herbatce rozstaliśmy się z Tingną i Patrickiem, który wrócił do hotelu się pakować, a my korzystając, że już mamy Penny udaliśmy się na wieczorne zwiedzanie. Oczywiście na początku pod Taipei 101, czyli (jeszcze) najwyższy budynek na świecie. Wybudowany w dość azjatyckim stylu, aczkolwiek podobno ktoś porównał go do tradycyjnej chińskiej urny na prochy, więc pan burmistrz Taipei może pochwalić się najwyższą … urną na świecie. Co to się tym ludziom w głowach wymyśla ;) Przeszliśmy również przez centrum Taipei, które w rzeczywistości w niczym nie przypominało azjatyckiej stolicy, bo biurowce wszędzie są takie same. Tu jedyną ich cechą rozpoznawczą był fakt, że były ładne i miały napisy po chińsku. Minęliśmy kilka centrów handlowych o tej samej nazwie różniących się tylko numerami, chyba od jeden do trzynaście. Interesujące.

Po wieczornej przechadzce wróciliśmy do Patricka do hotelu, pożegnaliśmy się z nim, wzięliśmy bagaże i zapakowaliśmy się do samochodu z tatą Penny. Zaraz po przyjeździe nie wiedzieliśmy, czy Penny weźmie nas pod swój dach, ale w gruncie rzeczy trochę na to liczyliśmy. No i się udało.
Dom Penny był dziwny. Zresztą, jak się potem okazało i tak najnormalniejszy z tego co przyszło nam zobaczyć na Tajwanie. Dziwny dlatego, że bardzo pusty, nie za to wspaniale utrzymany i każdy pokój był w innym stylu. Jeden typowo japoński, z odsuwanymi drzwiami, drewnianą podłogą i materacem na ziemi, a inny zupełnie europejski z szafką, biurkiem, komputerem, itd. Widać też było, że ani Penny nie bywa za często w domu (mieszka w swoim mieszkaniu koło uniwersytetu), ani jej brat („hej ho, hej ho do woja by się szło”), więc mieszkanie było nieco puste. Inny też był system budowania domu, bo miał chyba z 4 kondygnacje, a na każdej 2-3 pokoje. Na dole był salon, również nie w jednej płaszczyźnie. Kuchni praktycznie nie było. Był „kącik” do gotowania, gdzie stała lodówka i mikrofalówka. Ale my byliśmy przeszczęśliwi, że mamy dach nad głową :)
Następnego dnia czekało nas śniadanie. I to jakie. Ja się trochę bałem, ale śniadanie było… europejskie. Żadnych żelków czy innych takich, za to jajko, dwie pajdy chleba tostowego, kilka plasterków szynki i zielona herbata. No tego nie może nie być. Ale akurat ta, którą miała Penny, sprzedawana był w kartonikach jak soczek i była naprawdę dobra.
Poprzedniego wieczora uzgodniliśmy nieco plan naszego zwiedzania, gdyż Tajwan, w przeciwieństwie do całej reszty, był miejscem o którym nie wiedzieliśmy prawie nic. Dobrze, że ściągnęliśmy sobie przewodnik Lonely Planet trochę wcześniej, bo przynajmniej mogliśmy coś poczytać. W pierwszym dniu padło na świątynie, a konkretnie Longshan Temple.


Była rewelacyjna. Super kolorowa, z mnóstwem zdobień, rzeźb smoków, kilkunastoma różnymi bogami czczonymi w środku. Najciekawsze, że jest to świątynia buddyjska, taoistyczna w jednym. Nawet wyznawcy lokalnych bóstw (Matsu) znajdą tu coś dla siebie. Jako obiekt była rewelacyjna, tylko znów miałem odczucie, które towarzyszyło mi kiedyś jak byłem w Japonii, że ci ludzie idą do spożywczaka, kupują jakieś rośliny i soczek, przynoszą na ołtarz, zostawiają w darze, piszą karteczkę do odpowiedniego bóstwa w stylu „Daj mi bóstwo przystojnego chłopaka”, wrzucają i odchodzą. Jestem bardzo tolerancyjny, ale niektórych praktyk po prostu nie rozumiem. Może to też wynikać z tego, że tłumaczyła nam je Penny, której religią jest chyba bardziej robienie zakupów niż cokolwiek innego ;) Ale wizyta była super. Jak się potem okazało, to najfajniejsze świątynie jakie widzieliśmy to były właśnie te, w których byliśmy z Tingną i Penny, bo tam przynajmniej (mniej lub więcej) wiedzieliśmy o co chodzi i czemu ten delikwent się buja przed tym posążkiem, a nie przed tamtym…

Odrobiny absurdu dorzuciła nam też pewna Niemka napotkana przypadkiem. Oczywiście rzucaliśmy się w oczy jako nie-Azjaci, więc zaczepiła nas podczas kupowania pamiątek, czy nie wiemy, gdzie można kupić baterię do jej aparatu. Domyśleliśmy się, że raczej wie, że w sklepie, ale pewnie nie koniecznie wie gdzie ten sklep jest i jak jej zacne baterie wyglądają. Wychodząc wzięliśmy ją więc do najbliższego 7Eleven i kupiliśmy odpowiednie baterie. Ale teraz czas na absurd. Nie omieszkała się zapytać mnie skąd jestem. No to powiedziałem: Poland, a ona taka radosna i krzyczy: „Ooo! Holland!” i nawija, że ma rodzinę w Amsterdamie. Ja na to, że Pppppppoland. Nawet po niemiecku próbuję, a ona nic. Nie wie gdzie jest Polska. Hmm… to się nazywa prozachodnia orientacja. Pewnie na Tajwan też przez Stany leciała…
Kolejnym przystankiem tego dnia był Monument Pamięci Chiang Kai-shek’a, znaczącej postaci w historii Tajwanu. Było to nie za duże miejsce, z wielkim pomnikiem pana prezydenta i kilkoma poziomami muzeum niżej. Dostaliśmy za to kilka pocztówek za darmo. Cenią sobie miłych klientów, cenią… Mili klienci przyprowadzają innych miłych klientów i się biznes kręci… Tam to wiedzą.
Po tym zwiedzaniu pojechaliśmy coś zjeść na Ximen – jedną z bardziej znanych dzielnic Taipei. Dużo młodych ludzi, dużo restauracji, dużo sklepów, dużo życia… Idąc do miejsca, w którym mieliśmy zjeść kupiliśmy coś do picia. Coś, jest tu właściwym sformułowaniem, bo to było słodko-słone, miało kolor brunatny i byliśmy chyba jedynymi, którzy po spróbowaniu mieli wypisane na twarzy coś innego niż: „Ale to dobre!”.
W restauracji, a właściwie barze, czy czymś takim, było równie ciekawie. Z tego co na razie opisałem kulinarne atrakcje Tajwanu są naprawdę interesujące, ale to nie koniec. Kolejną osobliwością tego miejsca jest „ żelowość”. Przekonaliśmy się o tym zmawiając obiad. Zamówiliśmy sobie zupy z: kałamarnicy, krewetek i wieprzowiny. Wszystko to miało postać żelową. To znaczy wyżej wymienione dobra pływały sobie w takiej, no powiedzmy, galaretce. Nie było złe, ale dość dziwne. Potem na deser zaserwowaliśmy sobie naleśniki z lodami ziemniaczanymi i orzeszkami. Koreańczycy by pewnie jeszcze fasole dorzucili, ale tu na szczęście nie było…

Po dziwnych deserach pojechaliśmy do portu zrobić sobie wycieczkę łódką. Po drodze furorę zrobiły jajka gotowane maczane w sosie sojowym, sprzedawane na sztuki na ulicy. Czarne jajo komuś? Acha, i to wcale nie były „bubbles do Bubble Milk Tea”… trochę za duże. Robiłem się trochę śpiący, więc poprosiłem Penny, żebyśmy weszli do sklepu na chwilę i pomogła mi wybrać coś a’la Red Bull. No było coś podobnego, nazywalo się Super Bizon, czy Super Byk… ja to ochrzciłem: „Super Krowa!”, i od tej pory, ku uciesze Penny, Super Cow stał się moim napojem flagowym ;)

Gdy dotarliśmy do portu daliśmy się jeszcze namówić na lody mango… Tak, tak… wróciłem większy niż wyjechałem, ale chyba pierwszy raz w życiu nie żałuje, bo nie wiadomo, czy będę miał okazję spróbować tych wszystkich rzeczy jeszcze raz. A lepiej żałować, że się spróbowało, niż, że się nie spróbowało.
Łódeczka zabrała nas na Fisherman’s Wharf, czyli przystań rybacką. Może z jednego delikwenta, który kij moczył widzieliśmy, za to była ładna i długa drewniana promenada, most nad kanałem, na którym sobie tajwańskie nastolatki tłumnie robiły zdjęcia i market rybny. Niezbyt szczególny. Bardziej turystyczny niż rybny i dlatego mało ciekawy. Ale, żeby nie było – byliśmy tam ;)
Już i tak super najedzeni zaczęliśmy się zastanawiać gdzie iść na kolację. Wybór był bardziej niż oczywisty – nocny rynek. Na Tajwanie nocne rynki są czymś więcej niż miejscem gdzie można coś kupić. Ludzie zbierają się razem i zamiast iść do kawiarni, baru czy pubu idą na nocny rynek, na rekonesans. Jedzą tam, piją, śmieją się… Nie mogliśmy tego przegapić. Podobno najbardziej znanym nocnym rynkiem jest Shilin. Tak się złożyło, że nawet daleko nie mieliśmy, bo kilka stacji metrem. Gdy wysiedliśmy już z daleka zobaczyliśmy dość spore kolejki. Okazało się, że to ludzie, którzy stoją w kolejce do straganów z jedzeniem. Mieliśmy przed sobą „żywieniową” część nocnego rynku. Kolejka, jak się okazało, szła dość szybko. Najpierw stanęliśmy po spory kawałek kurczaka. Przygotowywanie było tak masowe, że jeden gość stał i rozdawał papierowe torebki (albo foliowe worki, w zależności od ilości zamawianych porcji) ludziom, którzy stali w kolejce, drugi gość zbierał pieniądze, a do trzeciego pochodziło się i wrzucał taką panierowaną pierś/nóżkę, czy którakolwiek to była cześć kurczaka. KFC niech się schowa. Na kolejnym straganie próbowaliśmy kolejną, po Bubble Tea, specjalność Tajwanu a mianowicie stinky tofu. Stinky, czyli śmierdzące. Z Patrickiem robiliśmy zakłady, co było gorsze – stinky tofu, czy durian, bo on też miał wątpliwą przyjemność próbować obu. Stinky tofu naprawdę śmierdzi jakby gdzieś blisko wybiło z kanalizacji, ale to nie przeszkadza lokalnym zajadać się tym na umór. Można zjeść je dosłownie wszędzie, bo jeżeli jest już gdzieś jakiś stragan sprzedający jedzenie, to 99%, że będzie miał również stinky tofu. Nie da się też nie zauważyć, a właściwie - nie wyczuć, bo zapach rozprzestrzenia się w promieniu pewnie ok. 50m, a jak zawieje, to może nawet dalej. No to nam Penny zaserwowała ten specjał. Zjedliśmy. I tyle napiszę. Potem były jeszcze żelowe trójkąciki z świńskiej krwi na patyku, można było kupić truskawki w polewie, różniaste soki i te słodko-słone napoje… Ale my już najedzeni i po stinky tofu mieliśmy już dość. Zaczęliśmy więc przemarsz nie żywieniową częścią rynku. A było tam wszystko. Ciuchy, buty, zegarki, kolczyki, bransoletki, przywieszki, cuda na kiju. No wszystko. I nawet, w porównaniu do Malezji, wydawało się całkiem przyzwoitej jakości, a przynajmniej może dobrze w miarę wyglądało.
Było jeszcze trochę za wcześnie, żeby wracać do domu, więc wsiedliśmy w autobus i podjechaliśmy do centrum handlowego Miramar na… diabelskie koło. Zafundowaliśmy sobie wycieczkę na górę i widok na Taipei nocą. Rewelacja. Szkoda tylko, że było tak wilgotno na zewnątrz, że szyby parowały, i nie dało się zrobić ładnych ostrych zdjęć. No ale cóż – nie można mieć wszystkiego. Spod Miramar chcieliśmy wziąć autobus do domu do Penny, ale gdy zobaczyliśmy pewnie z siedemdziesiąt osób w kolejce i policzyliśmy ile przyjdzie nam czekać na naszą kolej, to zwątpiliśmy, a Penny zadzwoniła po tatę. Lubimy Pana Tatę, bo przyjechał po nas i zgarnął nas do domu.

Okazało się, że tajfun, który się zbliżał do Tajwanu skręcił nad Chiny (Tingna nabijała się, że za Patrickiem leci, bo wszędzie gdzie się Patrick pojawiał psuła się pogoda), tak więc mogliśmy jechać do Kaohsiung – drugiego największego miasta na Tajwanie, miasta Tingny. Gdyby nie skręcił, to w najlepszym wypadku czekałaby nas deszczowa pogoda, a niewykluczone, że zobaczylibyśmy latające dachy, itp.
Ale to oznaczało konieczność spakowania się. Musieliśmy wrócić z powrotem do Taipei, bo stąd mieliśmy samolot do Seulu, więc na kilka dni postanowiliśmy się wcisnąć w jedną walizkę, a drugą oddać Penny pod opiekę. Ekspresowo poszło nam przepakowanie i zwarci i gotowi do jutrzejszej wyprawy powiedzieliśmy dobranoc.
26. czerwca rano pobudka i śniadanie. Pani Mama Penny zrobiła nam znowu western style, czyli jakiegoś hamburgera z… herbatką. Wsiedliśmy do autobusu do Kaohsiung. Było to dość wypasiony autobusik. Trzy miejsca w rzędzie, wszystkie półleżące, spać i jeszcze raz spać. No więc trochę pospaliśmy. Penny na wszelki wypadek napisała nam kartkę, gdzie mamy wysiąść (po chińsku), pokazaliśmy kierowcy, coś tam powiedział, ale kiwnął głową, więc się zrelaksowaliśmy. W trakcie jazdy obejrzeliśmy jeszcze Harrego Pottera i kawałek Władcy Pierścieni, bo jechało się dość długo. Kilka dobrych godzin. Rewelacją autobusu była też toaleta. Miała mało metrów kwadratowych, ale chyba jeszcze mniej metrów sześciennych. W życiu tak skulony do żadnego pomieszczenia nie wchodziłem, a tam jeszcze trzeba było się pogimnastykować. W końcu zamiarem zwiedzenia toalety nie jest z reguły tylko pasja turystyczno-krajoznawcza, prawda?
Po kilkunastu minutach wsiedliśmy do podstawionego autobusu. Tajwańczycy chyba lubią siedzieć osobno, nawet jeżeli… są mężem i żoną. Albo jakieś ciche dni mieli, bo trafiliśmy na taką parę. Mąż siedział z przodu, a żona z Aśką. Na początku było normalnie. Trochę dziwne, że tak siedzą, bo przez nich my też musieliśmy szukać pojedynczych miejsc, ale ich sprawa. Moja współtowarzyszka miejsca zdawała się być niezmiernie wykończona, bo spała całą drogę. A pół tej drogi na moim ramieniu, bo jej się jakoś tak dziwnie głowa zawsze bujała w moją stronę. Ale też spoko. Po chwili jednak zorientowaliśmy się, że nasza ulubiona para (lat ok. 50+) coś konspiruje. Chodziło im chyba o to, że my z Aśką sobie normalnie rozmawialiśmy, a inni milczeli, więc pewnie byli nieco niezadowoleni, że im ciszę jacyś bezczelni Europejczycy zaburzają. Cóż. Chińskiego nie znamy, ale się domyślaliśmy. Nagle mężunio zaczął chrząkać. A jak ja już wcześniej pisałem, wraz z pluciem i „wciąganiem” makaronu, jest to jedna z rzeczy, które tak dość ciężko znoszę. No ale on nie przestaje. No to ja zaczynam się trochę śmiać. Ale na razie tak pod nosem, spokojnie. No ale jak dziad się zaciągnął i wciągnął wszystko co miał w nosie a potem odchrząknął, to już nie wytrzymałem i buchnąłem śmiechem. Aśka za mną. Myślę, że kilka osób się zdziwiło. Ale najgorsze było to, że nie mogliśmy się potem powstrzymać. Głupie kichnięcie, chrząknięcie, kaszlnięcie wywoływało u nas spazmy. Przetrzymaliśmy godzinę, ale z tak bolącym brzuchem jeszcze nigdy nie wysiadałem z żadnego środka transportu… i to bynajmniej nie przez chorobę lokomocyjną.
W centrum Taipei nie bardzo początkowo wiedzieliśmy co mamy ze sobą zrobić, gdyż nasza koleżanka – Penny (Su Hsiao Han, jak ktoś woli po chińsku) miała się nami zająć, ale nie dostaliśmy od niej, żadnej odpowiedzi. Znów więc postąpiliśmy jak rasowi turyści i poszliśmy szukać… hot spota, żeby się podłączyć do Internetu. Starbuck’s, jak wiadomo jest wszędzie, w Polsce ponoć nawet jeden też, a jak jest Starbuck’s to jest kawa, a nawet co ważniejsze – jest Internet! No cóż – jest, ale płatny NT$100 (słownie: sto nowych dolarów tajwańskich, czyli jakieś 10 zł – łatwo się przelicza, bo odcinamy zero, haha). Przeżyjemy. Sprawdzamy czy Penny nie zostawiła nam jakichś wiadomości, no i są. P kilku wymienionych smsach umawiamy się pod drugim co do wielkości budynkiem w Taipei, który znajduje się dość blisko dworca. Czekamy. Czekamy dalej. Zaczyna padać, więc schowaliśmy się nieco pod dach i… czekamy. Penny z reguły do najbardziej punktualnych nie należała, ale 40 min nawet jej się nie zdarzało. Miała mieć jakieś spotkanie, bodajże w związku z jej pracą magisterską, ale mogłaby chociaż smsa napisać. Czekamy i nagle… Tingna i Patrick?! Tajwanka i Szwed – nasi znajomi z KAIST. Okazało się, że Patrick właśnie leci gdzieś dalej w świat, a że miał samolot jakoś wcześnie rano to przyjechał do Taipei dzień wcześniej. Penny zadzwoniła do Tingny, żeby nas odebrali, bo ona się spóźni. Fajnie. Mamy już przewodnika. Zabraliśmy się z bagażami do Patricka do hotelu i poszliśmy na obiad. Dojechała do nas Penny, więc już byliśmy w komplecie.
Poszliśmy do jakiejś słynnej restauracji w Taipei, znajdującej się w tym budynku, pod którym się umówiliśmy. Nazwy restauracji nie przytoczę, bo za biegły z chińskiego nie jestem. Charakterystyczne było to, że dostaliśmy numerek i musieliśmy poczekać, aż przejdzie… 30 kolejnych numerków. Hmm… trochę długawo, więc wybraliśmy się na krótki spacer. Pogadaliśmy sobie trochę, jako że się prawie cały miesiąc z małym hakiem nie widzieliśmy, a Penny (jak to ona) pokazała nam najwspanialsze… miejsca na zakupy.
Po krótkiej przechadzce wróciliśmy pod naszą knajpę, ale jeszcze było kilka osób. Oczekiwanie w sam raz, żeby usiąść i … poczekać. Po kilku minutach siedzieliśmy już sobie za stołem i mieliśmy zamówić. To znaczy zamówiliśmy już wcześniej, kiedy odbieraliśmy karteczkę na stolik. Ta czynność też była interesująca, bo „zamówienie” wyglądało jak kupon z lotka, w którym postawienie kreski w odpowiednim miejscu oznaczało zamówienie odpowiedniej zupy, pierogów, albo czegoś jeszcze innego. Analogią do lotto był również wybór miejsca, w którym zacną kreskęnależało postawić, jako że chiński język bardzo krzaczkowy i mało czytelny dla zielonych turystów jest. Tak.
Ze szczęśliwymi brzuszkami poszliśmy na deser. A jak deser na Tajwanie to przede wszystkim Bubble Milk Tea, czyli herbata z mlekiem i (dosłownie mówiąc) bąbelkami. Nie była ona na szczęście gazowana, ale miała na spodzie coś w rodzaju żelek, przypominających trochę z wyglądu małe czarne oliwki. Oczywiście, żeby takowy napój skonsumować potrzebna była odpowiednia słomka o średnicy ok. 1cm, serwowana w zestawie. Bubble Milk Tea to, jak już wspomniałem, tajwański specjał, więc nie dziwi, że występuje w mnóstwie odmian, a najlepsze jest to jak niektórzy zamawiają wg proporcji, np. 40% cukru i 80% mleka poproszę, czy coś w tym stylu.
Po herbatce rozstaliśmy się z Tingną i Patrickiem, który wrócił do hotelu się pakować, a my korzystając, że już mamy Penny udaliśmy się na wieczorne zwiedzanie. Oczywiście na początku pod Taipei 101, czyli (jeszcze) najwyższy budynek na świecie. Wybudowany w dość azjatyckim stylu, aczkolwiek podobno ktoś porównał go do tradycyjnej chińskiej urny na prochy, więc pan burmistrz Taipei może pochwalić się najwyższą … urną na świecie. Co to się tym ludziom w głowach wymyśla ;) Przeszliśmy również przez centrum Taipei, które w rzeczywistości w niczym nie przypominało azjatyckiej stolicy, bo biurowce wszędzie są takie same. Tu jedyną ich cechą rozpoznawczą był fakt, że były ładne i miały napisy po chińsku. Minęliśmy kilka centrów handlowych o tej samej nazwie różniących się tylko numerami, chyba od jeden do trzynaście. Interesujące.
Po wieczornej przechadzce wróciliśmy do Patricka do hotelu, pożegnaliśmy się z nim, wzięliśmy bagaże i zapakowaliśmy się do samochodu z tatą Penny. Zaraz po przyjeździe nie wiedzieliśmy, czy Penny weźmie nas pod swój dach, ale w gruncie rzeczy trochę na to liczyliśmy. No i się udało.
Dom Penny był dziwny. Zresztą, jak się potem okazało i tak najnormalniejszy z tego co przyszło nam zobaczyć na Tajwanie. Dziwny dlatego, że bardzo pusty, nie za to wspaniale utrzymany i każdy pokój był w innym stylu. Jeden typowo japoński, z odsuwanymi drzwiami, drewnianą podłogą i materacem na ziemi, a inny zupełnie europejski z szafką, biurkiem, komputerem, itd. Widać też było, że ani Penny nie bywa za często w domu (mieszka w swoim mieszkaniu koło uniwersytetu), ani jej brat („hej ho, hej ho do woja by się szło”), więc mieszkanie było nieco puste. Inny też był system budowania domu, bo miał chyba z 4 kondygnacje, a na każdej 2-3 pokoje. Na dole był salon, również nie w jednej płaszczyźnie. Kuchni praktycznie nie było. Był „kącik” do gotowania, gdzie stała lodówka i mikrofalówka. Ale my byliśmy przeszczęśliwi, że mamy dach nad głową :)
Następnego dnia czekało nas śniadanie. I to jakie. Ja się trochę bałem, ale śniadanie było… europejskie. Żadnych żelków czy innych takich, za to jajko, dwie pajdy chleba tostowego, kilka plasterków szynki i zielona herbata. No tego nie może nie być. Ale akurat ta, którą miała Penny, sprzedawana był w kartonikach jak soczek i była naprawdę dobra.
Poprzedniego wieczora uzgodniliśmy nieco plan naszego zwiedzania, gdyż Tajwan, w przeciwieństwie do całej reszty, był miejscem o którym nie wiedzieliśmy prawie nic. Dobrze, że ściągnęliśmy sobie przewodnik Lonely Planet trochę wcześniej, bo przynajmniej mogliśmy coś poczytać. W pierwszym dniu padło na świątynie, a konkretnie Longshan Temple.
Była rewelacyjna. Super kolorowa, z mnóstwem zdobień, rzeźb smoków, kilkunastoma różnymi bogami czczonymi w środku. Najciekawsze, że jest to świątynia buddyjska, taoistyczna w jednym. Nawet wyznawcy lokalnych bóstw (Matsu) znajdą tu coś dla siebie. Jako obiekt była rewelacyjna, tylko znów miałem odczucie, które towarzyszyło mi kiedyś jak byłem w Japonii, że ci ludzie idą do spożywczaka, kupują jakieś rośliny i soczek, przynoszą na ołtarz, zostawiają w darze, piszą karteczkę do odpowiedniego bóstwa w stylu „Daj mi bóstwo przystojnego chłopaka”, wrzucają i odchodzą. Jestem bardzo tolerancyjny, ale niektórych praktyk po prostu nie rozumiem. Może to też wynikać z tego, że tłumaczyła nam je Penny, której religią jest chyba bardziej robienie zakupów niż cokolwiek innego ;) Ale wizyta była super. Jak się potem okazało, to najfajniejsze świątynie jakie widzieliśmy to były właśnie te, w których byliśmy z Tingną i Penny, bo tam przynajmniej (mniej lub więcej) wiedzieliśmy o co chodzi i czemu ten delikwent się buja przed tym posążkiem, a nie przed tamtym…
Odrobiny absurdu dorzuciła nam też pewna Niemka napotkana przypadkiem. Oczywiście rzucaliśmy się w oczy jako nie-Azjaci, więc zaczepiła nas podczas kupowania pamiątek, czy nie wiemy, gdzie można kupić baterię do jej aparatu. Domyśleliśmy się, że raczej wie, że w sklepie, ale pewnie nie koniecznie wie gdzie ten sklep jest i jak jej zacne baterie wyglądają. Wychodząc wzięliśmy ją więc do najbliższego 7Eleven i kupiliśmy odpowiednie baterie. Ale teraz czas na absurd. Nie omieszkała się zapytać mnie skąd jestem. No to powiedziałem: Poland, a ona taka radosna i krzyczy: „Ooo! Holland!” i nawija, że ma rodzinę w Amsterdamie. Ja na to, że Pppppppoland. Nawet po niemiecku próbuję, a ona nic. Nie wie gdzie jest Polska. Hmm… to się nazywa prozachodnia orientacja. Pewnie na Tajwan też przez Stany leciała…
Kolejnym przystankiem tego dnia był Monument Pamięci Chiang Kai-shek’a, znaczącej postaci w historii Tajwanu. Było to nie za duże miejsce, z wielkim pomnikiem pana prezydenta i kilkoma poziomami muzeum niżej. Dostaliśmy za to kilka pocztówek za darmo. Cenią sobie miłych klientów, cenią… Mili klienci przyprowadzają innych miłych klientów i się biznes kręci… Tam to wiedzą.
Po tym zwiedzaniu pojechaliśmy coś zjeść na Ximen – jedną z bardziej znanych dzielnic Taipei. Dużo młodych ludzi, dużo restauracji, dużo sklepów, dużo życia… Idąc do miejsca, w którym mieliśmy zjeść kupiliśmy coś do picia. Coś, jest tu właściwym sformułowaniem, bo to było słodko-słone, miało kolor brunatny i byliśmy chyba jedynymi, którzy po spróbowaniu mieli wypisane na twarzy coś innego niż: „Ale to dobre!”.
W restauracji, a właściwie barze, czy czymś takim, było równie ciekawie. Z tego co na razie opisałem kulinarne atrakcje Tajwanu są naprawdę interesujące, ale to nie koniec. Kolejną osobliwością tego miejsca jest „ żelowość”. Przekonaliśmy się o tym zmawiając obiad. Zamówiliśmy sobie zupy z: kałamarnicy, krewetek i wieprzowiny. Wszystko to miało postać żelową. To znaczy wyżej wymienione dobra pływały sobie w takiej, no powiedzmy, galaretce. Nie było złe, ale dość dziwne. Potem na deser zaserwowaliśmy sobie naleśniki z lodami ziemniaczanymi i orzeszkami. Koreańczycy by pewnie jeszcze fasole dorzucili, ale tu na szczęście nie było…
Po dziwnych deserach pojechaliśmy do portu zrobić sobie wycieczkę łódką. Po drodze furorę zrobiły jajka gotowane maczane w sosie sojowym, sprzedawane na sztuki na ulicy. Czarne jajo komuś? Acha, i to wcale nie były „bubbles do Bubble Milk Tea”… trochę za duże. Robiłem się trochę śpiący, więc poprosiłem Penny, żebyśmy weszli do sklepu na chwilę i pomogła mi wybrać coś a’la Red Bull. No było coś podobnego, nazywalo się Super Bizon, czy Super Byk… ja to ochrzciłem: „Super Krowa!”, i od tej pory, ku uciesze Penny, Super Cow stał się moim napojem flagowym ;)
Gdy dotarliśmy do portu daliśmy się jeszcze namówić na lody mango… Tak, tak… wróciłem większy niż wyjechałem, ale chyba pierwszy raz w życiu nie żałuje, bo nie wiadomo, czy będę miał okazję spróbować tych wszystkich rzeczy jeszcze raz. A lepiej żałować, że się spróbowało, niż, że się nie spróbowało.
Łódeczka zabrała nas na Fisherman’s Wharf, czyli przystań rybacką. Może z jednego delikwenta, który kij moczył widzieliśmy, za to była ładna i długa drewniana promenada, most nad kanałem, na którym sobie tajwańskie nastolatki tłumnie robiły zdjęcia i market rybny. Niezbyt szczególny. Bardziej turystyczny niż rybny i dlatego mało ciekawy. Ale, żeby nie było – byliśmy tam ;)
Już i tak super najedzeni zaczęliśmy się zastanawiać gdzie iść na kolację. Wybór był bardziej niż oczywisty – nocny rynek. Na Tajwanie nocne rynki są czymś więcej niż miejscem gdzie można coś kupić. Ludzie zbierają się razem i zamiast iść do kawiarni, baru czy pubu idą na nocny rynek, na rekonesans. Jedzą tam, piją, śmieją się… Nie mogliśmy tego przegapić. Podobno najbardziej znanym nocnym rynkiem jest Shilin. Tak się złożyło, że nawet daleko nie mieliśmy, bo kilka stacji metrem. Gdy wysiedliśmy już z daleka zobaczyliśmy dość spore kolejki. Okazało się, że to ludzie, którzy stoją w kolejce do straganów z jedzeniem. Mieliśmy przed sobą „żywieniową” część nocnego rynku. Kolejka, jak się okazało, szła dość szybko. Najpierw stanęliśmy po spory kawałek kurczaka. Przygotowywanie było tak masowe, że jeden gość stał i rozdawał papierowe torebki (albo foliowe worki, w zależności od ilości zamawianych porcji) ludziom, którzy stali w kolejce, drugi gość zbierał pieniądze, a do trzeciego pochodziło się i wrzucał taką panierowaną pierś/nóżkę, czy którakolwiek to była cześć kurczaka. KFC niech się schowa. Na kolejnym straganie próbowaliśmy kolejną, po Bubble Tea, specjalność Tajwanu a mianowicie stinky tofu. Stinky, czyli śmierdzące. Z Patrickiem robiliśmy zakłady, co było gorsze – stinky tofu, czy durian, bo on też miał wątpliwą przyjemność próbować obu. Stinky tofu naprawdę śmierdzi jakby gdzieś blisko wybiło z kanalizacji, ale to nie przeszkadza lokalnym zajadać się tym na umór. Można zjeść je dosłownie wszędzie, bo jeżeli jest już gdzieś jakiś stragan sprzedający jedzenie, to 99%, że będzie miał również stinky tofu. Nie da się też nie zauważyć, a właściwie - nie wyczuć, bo zapach rozprzestrzenia się w promieniu pewnie ok. 50m, a jak zawieje, to może nawet dalej. No to nam Penny zaserwowała ten specjał. Zjedliśmy. I tyle napiszę. Potem były jeszcze żelowe trójkąciki z świńskiej krwi na patyku, można było kupić truskawki w polewie, różniaste soki i te słodko-słone napoje… Ale my już najedzeni i po stinky tofu mieliśmy już dość. Zaczęliśmy więc przemarsz nie żywieniową częścią rynku. A było tam wszystko. Ciuchy, buty, zegarki, kolczyki, bransoletki, przywieszki, cuda na kiju. No wszystko. I nawet, w porównaniu do Malezji, wydawało się całkiem przyzwoitej jakości, a przynajmniej może dobrze w miarę wyglądało.
Było jeszcze trochę za wcześnie, żeby wracać do domu, więc wsiedliśmy w autobus i podjechaliśmy do centrum handlowego Miramar na… diabelskie koło. Zafundowaliśmy sobie wycieczkę na górę i widok na Taipei nocą. Rewelacja. Szkoda tylko, że było tak wilgotno na zewnątrz, że szyby parowały, i nie dało się zrobić ładnych ostrych zdjęć. No ale cóż – nie można mieć wszystkiego. Spod Miramar chcieliśmy wziąć autobus do domu do Penny, ale gdy zobaczyliśmy pewnie z siedemdziesiąt osób w kolejce i policzyliśmy ile przyjdzie nam czekać na naszą kolej, to zwątpiliśmy, a Penny zadzwoniła po tatę. Lubimy Pana Tatę, bo przyjechał po nas i zgarnął nas do domu.
Okazało się, że tajfun, który się zbliżał do Tajwanu skręcił nad Chiny (Tingna nabijała się, że za Patrickiem leci, bo wszędzie gdzie się Patrick pojawiał psuła się pogoda), tak więc mogliśmy jechać do Kaohsiung – drugiego największego miasta na Tajwanie, miasta Tingny. Gdyby nie skręcił, to w najlepszym wypadku czekałaby nas deszczowa pogoda, a niewykluczone, że zobaczylibyśmy latające dachy, itp.
Ale to oznaczało konieczność spakowania się. Musieliśmy wrócić z powrotem do Taipei, bo stąd mieliśmy samolot do Seulu, więc na kilka dni postanowiliśmy się wcisnąć w jedną walizkę, a drugą oddać Penny pod opiekę. Ekspresowo poszło nam przepakowanie i zwarci i gotowi do jutrzejszej wyprawy powiedzieliśmy dobranoc.
26. czerwca rano pobudka i śniadanie. Pani Mama Penny zrobiła nam znowu western style, czyli jakiegoś hamburgera z… herbatką. Wsiedliśmy do autobusu do Kaohsiung. Było to dość wypasiony autobusik. Trzy miejsca w rzędzie, wszystkie półleżące, spać i jeszcze raz spać. No więc trochę pospaliśmy. Penny na wszelki wypadek napisała nam kartkę, gdzie mamy wysiąść (po chińsku), pokazaliśmy kierowcy, coś tam powiedział, ale kiwnął głową, więc się zrelaksowaliśmy. W trakcie jazdy obejrzeliśmy jeszcze Harrego Pottera i kawałek Władcy Pierścieni, bo jechało się dość długo. Kilka dobrych godzin. Rewelacją autobusu była też toaleta. Miała mało metrów kwadratowych, ale chyba jeszcze mniej metrów sześciennych. W życiu tak skulony do żadnego pomieszczenia nie wchodziłem, a tam jeszcze trzeba było się pogimnastykować. W końcu zamiarem zwiedzenia toalety nie jest z reguły tylko pasja turystyczno-krajoznawcza, prawda?
Harrah's Cherokee Casino & Hotel - Mapyro
OdpowiedzUsuńHarrah's Cherokee Casino & Hotel - 화성 출장안마 Find 하남 출장샵 your way around the casino, 익산 출장안마 find where everything is located with these helpful 경산 출장샵 customer 속초 출장안마 reviews.