Następnego dnia (22.06) czekała nas dość wczesna pobudka, bo wykupiliśmy zorganizowaną wycieczkę do Ayutthai (starej stolicy Tajlandii) i mieliśmy zostać odebrani z hotelu o 7 rano. Tak też się stało, aczkolwiek na początku panowie nie chcieli nas zabrać i sądzili, że ktoś inny ma po nas przyjechać, bo biedakom się pomylił nr faktury z numerem pokoju… i sądzili, że my to nie my. Ale po kilku minutach zrewidowali swoje opinie i kazali nam wsiadać do busa. Zgarnęliśmy jeszcze kilka innych osób: paru Holendrów, Izraelczyka, Anglika, Nowozelandkę… i trzy Koreanki, które chcieliśmy potem zatłuc bo robiły sobie zdjęcia zawsze i wszędzie nie patrząc na innych.
Po półtorej godziny jazdy dotarliśmy do pierwszej świątyni. Minęło szybko, bo spałem. Pierwszy był jakiś Wat, którego nazwy nie pamiętam, bo była chyba czteroczłonowa. W każdym razie zatrzymaliśmy się w środku pola, przy wielkiej kamiennej budowli przypominającej trochę świątynie majów (taka piramida ze schodami na górę na każdej ze ścian). Dookoła hasały sobie krówki, biegały kurczaki, psy, czasami jakiś mnich w pomarańczowym… Sielski wiejski krajobraz. Przewodnik powiedział nam kilka słów o tym cudzie architektury i dał 20 min. na zwiedzanie. Z góry świątyni był całkiem przyjemny widok. Zrobiliśmy kilak zdjęć, wszedłem do środka, do czegoś, co przypominało małą kotłownię, a w efekcie było tylko tak okopcone od kadzideł itp… Zeszliśmy z „inkaskiej” piramidy i, między krowami, poszwendaliśmy się jeszcze po okolicy. Znaleźliśmy wielkiego złotego buddę, przyglądaliśmy się jak mnich zapala kadzidełka, zobaczyliśmy też jego hamak… Całkiem interesująco, ale, szczerze mówiąc, jak na jeden z ważniejszych zabytków kulturowych Tajlandii, to tak troszkę biednie utrzymany…




Wsiedliśmy do naszego minivana, zapięliśmy pasy i dalej to kolejnych świątyń. Kolejny Wat był chyba najładniejszym jaki przyszło nam zobaczyć. Tak właściwie to był cały kompleks świątyń, a nie jedna. Pierwszą rzeczą jaka rzucała się w oczy po wejściu do świątyni, był wielki budda. Podobny do tego w Bangkoku, ale kamienny, niezadaszony i … ubrany w tradycyjne buddyjskie szaty. Z resztą jak wszystkie posągi buddy w tamtym miejscu. Czy oni za każdym razem zmieniają buddom ubranka jak popada? (a przecież był sezon deszczowy) – nie wiem. Ale pytanie dobre ;)

Weszliśmy do najwyższego budynku w kompleksie. Znowu było dość stromo i znowu lekko rozczarowywało na samej górze, bo była jakaś studnia życzeń, facet z kadzidełkami i nic wiele więcej. Tak więc szybciutko zeszliśmy zrobić kilka zdjęć szeregom buddów otaczającym cały plac świątynny.
Po sesji przeszliśmy w cześć kogucią. Kogucią, ponieważ z do tej pory nieznanego mi powodu, był tam mnóstwo... kogutów. I to wszelakich rozmiarów. Do malutkich aż do takich, którym się pod ogon zmieścić mogłem. Bez skojarzeń proszę. Po drodze do kogutów minęliśmy jeszcze mały staw/rzeczkę, w której pływały sobie żółwie, oraz świątynię z najbardziej obłożonym szkłem buddą jakiego widziałem. Może ważny był, ale ludzi tam za wiele nie było więc… pewnie go po prostu kiepsko wykonali i się teraz sypie biedak…




Godzina zbiórki zbliżała się nieubłaganie, więc z żalem wyszliśmy kurom spod ogona i z powrotem usadowiliśmy się w minivaniku, który tym razem miał nas zabrać do Wat Maha That. O ile dobrze pamiętam, był to najstarszy kompleks świątynny w Ayutthai, a przynajmniej na najstarszy wyglądał, bo wszystkie pagody były zniszczone. Zniszczone i z reguły miały dość spory problem z trzymaniem pionu, tak więc proszę się nie dziwić zdjęciom – to nie wina aparatu, że wszystko tak jakoś krzywo wygląda. Powód dlaczego wszystko jest takie poniszczone, a prawie każdy budda jest pozbawiony głowy albo ramion jest jak zwykle taki sam… wojna. Podczas gdy Tajlandia była najeżdżana przez królestwo Birmy, Birmańczycy niszczyli wszystko, a już w szczególności najwspanialszy kompleks świątynny w ówczesnej Tajlandii…

Wat Maha That ma jeszcze jedną ciekawostkę. I to chyba dość sławną. Jest nią mianowicie drzewny budda, czyli twarz buddy, która została wyrzeźbiona pośród korzeni drzew. Ciekawa sprawa, a już na pewno niepowtarzalna. Buddów się trochę naoglądałem, ale to był pierwszy drzewny… I w sumie chyba ostatni ;)


Po tej świątyni mieliśmy udać się na lunch. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o wielkiego leżącego buddę. Jakimś cudem udało się mu ocaleć i całkiem nieźle się prezentował. To właśnie kopia tego buddy znajdowała się w Wat Pho w Bangkoku. Oryginał robił oczywiście wrażenie, bo był ogromny. Tak dla wyobrażenia: paznokieć buddy był wielkości ludzkiej głowy. No duży. Aczkolwiek muszę przyznać, że to albo +35 stopni i pełne słońce, albo przywiązanie do tego co się świeci, bo ta złota kopia z Bangkoku podobała mi się bardziej. Może głodny już byłem…

Po lunchu przyszedł czas na główny pałac. Niestety w większości zniszczony. Do tego stopni, że bez opisu czasem trudno było rozróżnić co to. Sposób zwiedzania pałacu też był ciekawy, bo tak naprawdę biegaliśmy od cienia do cienia, a miejsca gdzie trzeba było przejść w pełnym słońcu były ciężkie do zniesienia. Obeszliśmy jednak cały pałac dookoła, a wychodząc weszliśmy jeszcze na chwilę do świątyni buddyjskiej i to chyba bardziej, żeby się nieco ochłodzić niż, żeby zobaczyć kolejnego pozłacanego pana B.




Po wyjściu ze świątyni dostaliśmy chwilę wolnego, więc podeszliśmy jeszcze obejrzeć tradycyjne tajskie chaty i ich wystrój. Fajnie było, bo chatka był an wysokich palach, a w środku miała izby dookoła atrium. Taki trochę rzymski domus tylko w drewnie, na palach i trochę bardziej ubogi ;)

Na zewnątrz chatki czekały… słonie. No bo oczywiście dla turystów wszystko. Nam już za bardzo w głowę przygrzało i bez słoni, więc na przejażdżkę się nie targnęliśmy. Za to pooglądaliśmy biedna stworzenia. Biedne, bo przywiązane do barierek i czekające na turystów, żeby móc się ruszyć. Zszokował nas też jeden z ludzi dosiadających słonia, który przywalił swojemu podopiecznemu w czoło tak, że aż kurz poszedł. Może i słonie mają mocną czaszkę i zrogowaciały naskórek w tej części, ale wtedy to aż nas zabolało. Z drugiej strony to te słonie wydawały się być na emeryturze, ponieważ miały dziwnie wytartą trąbę i czaszkę, a przecież w Tajlandii wciąż wykorzystuje się je jako siłę pociągową przy ścince drewna itp.. Możliwe, że nasze słoniki robiące za taksówki były po prostu na zasłużonej emeryturze. Tak czy inaczej, mam nadzieję, że ja na emeryturze tak nie skończę…


Po słonikach czekał nas już powrót do Bangkoku. Oczywiście po takiej ilości atrakcji w klimatyzowanym vanie można było zrobić tylko jedno. Przyciąć komara. No to jak posnęliśmy tak panowie obudzili nas w Bangkoku, że wysiadamy.
Wcześniej umówiliśmy się z nimi, że nie chcemy wracać do hotelu i żeby wyrzucili nas na południowym dworcu autobusowym, bo stamtąd odchodziły autobusy na… pływający rynek – kolejną atrakcję, którą mięliśmy w planie. Ponieważ znajdowała się ona kolejne kilka godzin drogi od stolicy, to postanowiliśmy udać się tego samego dnia, przenocować na miejscu i pójść na pływający market z samego rana dnia kolejnego.
No więc wysiedliśmy. Idziemy przez kładkę nad 6-cio pasmową ulicą, przechodzimy na druga stronę i szukamy dworca, a dworca nie ma. Pytamy ludzi, to jedni nas chcą władować do taksówki (tak, tak.. standard w Bangkoku), więc dziękujemy. Inni wysyłają nas gdzieś autobusem, ale nam przecież powiedzieli, że ten dworzec to gdzieś tu za rogiem. Róg był, ale dworca ani trochę. No więc idziemy dalej. Widzimy jakieś autobusy. Ale zajezdnia wygląda na opuszczoną. Stoją dwa autobusy na krzyż, no więc podchodzimy do jednego i pytamy gdzie można kupić bilety na pływający rynek, a oni, że to nie ten dworzec, ale… nas wezmą na właściwy. No i zonk. Wierzyć, czy nie wierzyć? Tłumaczą nam, że tu był kiedyś dworzec, ale teraz go przenieśli i tu jest tylko techniczny przystanek dla autobusów, dlatego stoją tu dwa na krzyż. Z drugiej strony widzieliśmy już takich pseudo przewodników, którzy pokazywali zamkniętą bramę do świątyni tylko po to, żeby zabrać turystów gdzie indziej, gdzie mogą wyciągnąć od nich kasę (a druga brama do świątyni była otwarta oczywiście;). Więc znowu: wierzyć, czy nie wierzyć. Nikogo za bardzo więcej na tym dworcu, robi się powoli późno, a my jeszcze musimy na ten market dotrzeć. No to wsiadamy. Jedziemy autobusem, rozmawiamy z kierowcą i jego pomocnikami (bileterką i jakimś dzieciakiem), próbujemy rozpoznać drogę jaką jedziemy, ale w Bangkoku to takie trochę żarty… Po 10-15 minutach jest dworzec. Uff… ulga. Nie wywieźli nas nigdzie. Chcemy zapłacić, ale nie chcę. Więc miło – trafiliśmy na normalnych ludzi. Dziękujemy, wysiadamy i biegniemy na autobus na pływający market. Znaleźliśmy i dowiadujemy się, że odjeżdża za 3 minuty, a my wściekle głodni. Pytamy kiedy następny – nie wiadomo. No więc zrobiliśmy minę jak zbite psy, że kolejne kilka godzin bez jedzenia, ale musiała być na tyle znacząca, że aż tajska pani bileterka zrozumiała i powiedziała, żebyśmy podbiegli i kupili sobie coś do jedzenia a oni poczekają. Raaaadość. Nakupiliśmy badziewia i jedziemy. Jakieś 2-3h później wołają nas, że to tu. Wysiadamy.
Jakieś małe tajskie miasteczko. Bloki są, szeroka ulica, jakieś kanały mijaliśmy po drodze… Hmmm. Szukamy hotelu. Znaleźliśmy. Prawdopodobnie jedyny w mieście, z resztą chyba tak nawet było napisane w przewodniku. Little Bird Hotel. Jak się szybko okazał wcale nie taki Little, bo wyglądał jak przerobiony a jakiejś starej fabryki. No ale był, w gorszych już spaliśmy, więc ok. Zostajemy. Przewodnikiem mądrzy, powiedzieliśmy facetowi na recepcji, ze jutro rano chcemy jechać na pływający market i zaczęliśmy negocjować cenę. Zbiliśmy trochę, ale nie za wiele, ale powiedział, że wychodzimy o 7.00 i, że będzie nas budził o 6.30. Może być. Trochę znowu zgłodnieliśmy, więc po zakwaterowaniu (polegającym na rzuceniu naszego jednego plecaka na łóżko) poszliśmy zwiedzać miasteczko. No i się trochę zdziwiliśmy. Niby ten pływający rynek to taka atrakcja turystyczna, a tu robimy furorę na ulicy. Biali ludzi, z aparatem, chodzą, patrzą… A my szukaliśmy czegoś do jedzenia po prostu. Przeszliśmy miasteczko w jedną i druga stronę. Nie zajęło nam to więcej niż pół godziny, bo duże ono nie było. Widzieliśmy za to parę tajskich dziwów, typu kapliczka między pólkami z proszkiem i artykułami higienicznymi, kot śpiący na pralce w sklepie z artykułami AGD, itp. Zatrzymaliśmy się przy jednej budzie na kółkach sprzedającej coś co wyglądało na nadające się do jedzenia, więc wzięliśmy. Obsłużyło nas chyba 5 osób, tacy wszyscy prze szczęśliwi, że obsługują obcokrajowców. No fajnie. Nawet zjadliwe było, więc my ucieszeni, oni ucieszeni… sama radość. Weszliśmy jeszcze do spożywczaka, żeby kupić coś na deser i wróciliśmy do hotelu. Nie było za późno, ale hmm… nie ma tu co robić, więc po prysznicu i obejrzeniu dwóch tajskich telenowel poszliśmy spać. Przydał nam się sen po całym dniu w Ayutthai i przygodach z autobusem, a poza tym przecież jutro pobudka o 6.30…




Po półtorej godziny jazdy dotarliśmy do pierwszej świątyni. Minęło szybko, bo spałem. Pierwszy był jakiś Wat, którego nazwy nie pamiętam, bo była chyba czteroczłonowa. W każdym razie zatrzymaliśmy się w środku pola, przy wielkiej kamiennej budowli przypominającej trochę świątynie majów (taka piramida ze schodami na górę na każdej ze ścian). Dookoła hasały sobie krówki, biegały kurczaki, psy, czasami jakiś mnich w pomarańczowym… Sielski wiejski krajobraz. Przewodnik powiedział nam kilka słów o tym cudzie architektury i dał 20 min. na zwiedzanie. Z góry świątyni był całkiem przyjemny widok. Zrobiliśmy kilak zdjęć, wszedłem do środka, do czegoś, co przypominało małą kotłownię, a w efekcie było tylko tak okopcone od kadzideł itp… Zeszliśmy z „inkaskiej” piramidy i, między krowami, poszwendaliśmy się jeszcze po okolicy. Znaleźliśmy wielkiego złotego buddę, przyglądaliśmy się jak mnich zapala kadzidełka, zobaczyliśmy też jego hamak… Całkiem interesująco, ale, szczerze mówiąc, jak na jeden z ważniejszych zabytków kulturowych Tajlandii, to tak troszkę biednie utrzymany…
Wsiedliśmy do naszego minivana, zapięliśmy pasy i dalej to kolejnych świątyń. Kolejny Wat był chyba najładniejszym jaki przyszło nam zobaczyć. Tak właściwie to był cały kompleks świątyń, a nie jedna. Pierwszą rzeczą jaka rzucała się w oczy po wejściu do świątyni, był wielki budda. Podobny do tego w Bangkoku, ale kamienny, niezadaszony i … ubrany w tradycyjne buddyjskie szaty. Z resztą jak wszystkie posągi buddy w tamtym miejscu. Czy oni za każdym razem zmieniają buddom ubranka jak popada? (a przecież był sezon deszczowy) – nie wiem. Ale pytanie dobre ;)
Weszliśmy do najwyższego budynku w kompleksie. Znowu było dość stromo i znowu lekko rozczarowywało na samej górze, bo była jakaś studnia życzeń, facet z kadzidełkami i nic wiele więcej. Tak więc szybciutko zeszliśmy zrobić kilka zdjęć szeregom buddów otaczającym cały plac świątynny.
Po sesji przeszliśmy w cześć kogucią. Kogucią, ponieważ z do tej pory nieznanego mi powodu, był tam mnóstwo... kogutów. I to wszelakich rozmiarów. Do malutkich aż do takich, którym się pod ogon zmieścić mogłem. Bez skojarzeń proszę. Po drodze do kogutów minęliśmy jeszcze mały staw/rzeczkę, w której pływały sobie żółwie, oraz świątynię z najbardziej obłożonym szkłem buddą jakiego widziałem. Może ważny był, ale ludzi tam za wiele nie było więc… pewnie go po prostu kiepsko wykonali i się teraz sypie biedak…
Godzina zbiórki zbliżała się nieubłaganie, więc z żalem wyszliśmy kurom spod ogona i z powrotem usadowiliśmy się w minivaniku, który tym razem miał nas zabrać do Wat Maha That. O ile dobrze pamiętam, był to najstarszy kompleks świątynny w Ayutthai, a przynajmniej na najstarszy wyglądał, bo wszystkie pagody były zniszczone. Zniszczone i z reguły miały dość spory problem z trzymaniem pionu, tak więc proszę się nie dziwić zdjęciom – to nie wina aparatu, że wszystko tak jakoś krzywo wygląda. Powód dlaczego wszystko jest takie poniszczone, a prawie każdy budda jest pozbawiony głowy albo ramion jest jak zwykle taki sam… wojna. Podczas gdy Tajlandia była najeżdżana przez królestwo Birmy, Birmańczycy niszczyli wszystko, a już w szczególności najwspanialszy kompleks świątynny w ówczesnej Tajlandii…
Wat Maha That ma jeszcze jedną ciekawostkę. I to chyba dość sławną. Jest nią mianowicie drzewny budda, czyli twarz buddy, która została wyrzeźbiona pośród korzeni drzew. Ciekawa sprawa, a już na pewno niepowtarzalna. Buddów się trochę naoglądałem, ale to był pierwszy drzewny… I w sumie chyba ostatni ;)
Po tej świątyni mieliśmy udać się na lunch. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o wielkiego leżącego buddę. Jakimś cudem udało się mu ocaleć i całkiem nieźle się prezentował. To właśnie kopia tego buddy znajdowała się w Wat Pho w Bangkoku. Oryginał robił oczywiście wrażenie, bo był ogromny. Tak dla wyobrażenia: paznokieć buddy był wielkości ludzkiej głowy. No duży. Aczkolwiek muszę przyznać, że to albo +35 stopni i pełne słońce, albo przywiązanie do tego co się świeci, bo ta złota kopia z Bangkoku podobała mi się bardziej. Może głodny już byłem…
Po lunchu przyszedł czas na główny pałac. Niestety w większości zniszczony. Do tego stopni, że bez opisu czasem trudno było rozróżnić co to. Sposób zwiedzania pałacu też był ciekawy, bo tak naprawdę biegaliśmy od cienia do cienia, a miejsca gdzie trzeba było przejść w pełnym słońcu były ciężkie do zniesienia. Obeszliśmy jednak cały pałac dookoła, a wychodząc weszliśmy jeszcze na chwilę do świątyni buddyjskiej i to chyba bardziej, żeby się nieco ochłodzić niż, żeby zobaczyć kolejnego pozłacanego pana B.
Po wyjściu ze świątyni dostaliśmy chwilę wolnego, więc podeszliśmy jeszcze obejrzeć tradycyjne tajskie chaty i ich wystrój. Fajnie było, bo chatka był an wysokich palach, a w środku miała izby dookoła atrium. Taki trochę rzymski domus tylko w drewnie, na palach i trochę bardziej ubogi ;)
Na zewnątrz chatki czekały… słonie. No bo oczywiście dla turystów wszystko. Nam już za bardzo w głowę przygrzało i bez słoni, więc na przejażdżkę się nie targnęliśmy. Za to pooglądaliśmy biedna stworzenia. Biedne, bo przywiązane do barierek i czekające na turystów, żeby móc się ruszyć. Zszokował nas też jeden z ludzi dosiadających słonia, który przywalił swojemu podopiecznemu w czoło tak, że aż kurz poszedł. Może i słonie mają mocną czaszkę i zrogowaciały naskórek w tej części, ale wtedy to aż nas zabolało. Z drugiej strony to te słonie wydawały się być na emeryturze, ponieważ miały dziwnie wytartą trąbę i czaszkę, a przecież w Tajlandii wciąż wykorzystuje się je jako siłę pociągową przy ścince drewna itp.. Możliwe, że nasze słoniki robiące za taksówki były po prostu na zasłużonej emeryturze. Tak czy inaczej, mam nadzieję, że ja na emeryturze tak nie skończę…
Po słonikach czekał nas już powrót do Bangkoku. Oczywiście po takiej ilości atrakcji w klimatyzowanym vanie można było zrobić tylko jedno. Przyciąć komara. No to jak posnęliśmy tak panowie obudzili nas w Bangkoku, że wysiadamy.
Wcześniej umówiliśmy się z nimi, że nie chcemy wracać do hotelu i żeby wyrzucili nas na południowym dworcu autobusowym, bo stamtąd odchodziły autobusy na… pływający rynek – kolejną atrakcję, którą mięliśmy w planie. Ponieważ znajdowała się ona kolejne kilka godzin drogi od stolicy, to postanowiliśmy udać się tego samego dnia, przenocować na miejscu i pójść na pływający market z samego rana dnia kolejnego.
No więc wysiedliśmy. Idziemy przez kładkę nad 6-cio pasmową ulicą, przechodzimy na druga stronę i szukamy dworca, a dworca nie ma. Pytamy ludzi, to jedni nas chcą władować do taksówki (tak, tak.. standard w Bangkoku), więc dziękujemy. Inni wysyłają nas gdzieś autobusem, ale nam przecież powiedzieli, że ten dworzec to gdzieś tu za rogiem. Róg był, ale dworca ani trochę. No więc idziemy dalej. Widzimy jakieś autobusy. Ale zajezdnia wygląda na opuszczoną. Stoją dwa autobusy na krzyż, no więc podchodzimy do jednego i pytamy gdzie można kupić bilety na pływający rynek, a oni, że to nie ten dworzec, ale… nas wezmą na właściwy. No i zonk. Wierzyć, czy nie wierzyć? Tłumaczą nam, że tu był kiedyś dworzec, ale teraz go przenieśli i tu jest tylko techniczny przystanek dla autobusów, dlatego stoją tu dwa na krzyż. Z drugiej strony widzieliśmy już takich pseudo przewodników, którzy pokazywali zamkniętą bramę do świątyni tylko po to, żeby zabrać turystów gdzie indziej, gdzie mogą wyciągnąć od nich kasę (a druga brama do świątyni była otwarta oczywiście;). Więc znowu: wierzyć, czy nie wierzyć. Nikogo za bardzo więcej na tym dworcu, robi się powoli późno, a my jeszcze musimy na ten market dotrzeć. No to wsiadamy. Jedziemy autobusem, rozmawiamy z kierowcą i jego pomocnikami (bileterką i jakimś dzieciakiem), próbujemy rozpoznać drogę jaką jedziemy, ale w Bangkoku to takie trochę żarty… Po 10-15 minutach jest dworzec. Uff… ulga. Nie wywieźli nas nigdzie. Chcemy zapłacić, ale nie chcę. Więc miło – trafiliśmy na normalnych ludzi. Dziękujemy, wysiadamy i biegniemy na autobus na pływający market. Znaleźliśmy i dowiadujemy się, że odjeżdża za 3 minuty, a my wściekle głodni. Pytamy kiedy następny – nie wiadomo. No więc zrobiliśmy minę jak zbite psy, że kolejne kilka godzin bez jedzenia, ale musiała być na tyle znacząca, że aż tajska pani bileterka zrozumiała i powiedziała, żebyśmy podbiegli i kupili sobie coś do jedzenia a oni poczekają. Raaaadość. Nakupiliśmy badziewia i jedziemy. Jakieś 2-3h później wołają nas, że to tu. Wysiadamy.
Jakieś małe tajskie miasteczko. Bloki są, szeroka ulica, jakieś kanały mijaliśmy po drodze… Hmmm. Szukamy hotelu. Znaleźliśmy. Prawdopodobnie jedyny w mieście, z resztą chyba tak nawet było napisane w przewodniku. Little Bird Hotel. Jak się szybko okazał wcale nie taki Little, bo wyglądał jak przerobiony a jakiejś starej fabryki. No ale był, w gorszych już spaliśmy, więc ok. Zostajemy. Przewodnikiem mądrzy, powiedzieliśmy facetowi na recepcji, ze jutro rano chcemy jechać na pływający market i zaczęliśmy negocjować cenę. Zbiliśmy trochę, ale nie za wiele, ale powiedział, że wychodzimy o 7.00 i, że będzie nas budził o 6.30. Może być. Trochę znowu zgłodnieliśmy, więc po zakwaterowaniu (polegającym na rzuceniu naszego jednego plecaka na łóżko) poszliśmy zwiedzać miasteczko. No i się trochę zdziwiliśmy. Niby ten pływający rynek to taka atrakcja turystyczna, a tu robimy furorę na ulicy. Biali ludzi, z aparatem, chodzą, patrzą… A my szukaliśmy czegoś do jedzenia po prostu. Przeszliśmy miasteczko w jedną i druga stronę. Nie zajęło nam to więcej niż pół godziny, bo duże ono nie było. Widzieliśmy za to parę tajskich dziwów, typu kapliczka między pólkami z proszkiem i artykułami higienicznymi, kot śpiący na pralce w sklepie z artykułami AGD, itp. Zatrzymaliśmy się przy jednej budzie na kółkach sprzedającej coś co wyglądało na nadające się do jedzenia, więc wzięliśmy. Obsłużyło nas chyba 5 osób, tacy wszyscy prze szczęśliwi, że obsługują obcokrajowców. No fajnie. Nawet zjadliwe było, więc my ucieszeni, oni ucieszeni… sama radość. Weszliśmy jeszcze do spożywczaka, żeby kupić coś na deser i wróciliśmy do hotelu. Nie było za późno, ale hmm… nie ma tu co robić, więc po prysznicu i obejrzeniu dwóch tajskich telenowel poszliśmy spać. Przydał nam się sen po całym dniu w Ayutthai i przygodach z autobusem, a poza tym przecież jutro pobudka o 6.30…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz