piątek, 24 kwietnia 2009

Osaka, Himeji, Kobe, Nara, Fushimi...

Sobota zaczęła się od podróży Shinkansenem z Tokio do Osaki. Niestety nie tym najszybszym, ale za to drugim w kolejności. 515 km w 2.5 godziny - nieźle. Na dworcu w Osace zostawiliśmy bagaże i udaliśmy się na zamek. Z bagażami mieliśmy niemałą przeprawę, bo po pierwsze dworzec w Osace, a dworzec w Osace na którym zatrzymują się Shinkanseny (Shin-Osaka), to jak się okazało dwa zupełnie różne dworce. Przy zostawianiu bagaży byliśmy święcie przekonani, że jesteśmy już we właściwej Osace, i w efekcie po odwiedzeniu zamku musieliśmy się trochę wracać, żeby odebrać bagaże. Mieliśmy też trochę problemów ze znalezieniem wystarczająco dużej szafki na nasze walizki, więc cała wyprawa do zamku stała nieco pod znakiem zapytania. Ale udało się. Gorzej było z pogodą, bo niestety zaczęło padać...

Zamek w Osace okazał się całkiem przyjemny. Pewnie byłby dużo przyjemniejszy, gdyby nie padało, ale nie można mieć przecież wszystkiego. Jedyną wadą tej fortecy był fakt, że została idealnie odrestaurowana, ale tylko od zewnątrz. W środku zamek przypomniał bardziej hotel - wszystko murowane, tynkowane, z windami itp. Trochę szkoda, bo klimat czuje się tylko do momentu wejścia do środka. Wewnątrz zamku było muzeum, które zwiedzało się dość śmiesznie, bo z góry do dołu. Najpierw trzeba było wyjechać windą na 8. piętro i potem schodzić w dół...



Po obejrzeniu zamku, nieco przemoczeni, wróciliśmy po nasze bagaże na dworzec i dotarliśmy do hotelu. Tu czekało na nas parę niespodzianek - miły i niemiłych. Miłe były osobne pokoje i wygodne łóżka (a wszystko to za $21 za noc), a nie miły był jeden prywatny prysznic na 4 pietra i publiczna łaźnia otwarta tylko w określonych godzinach. Super sprawa dla amatorów sauny, ale dla mnie nie koniecznie. Dostaliśmy tez ręczniki, szlafroki, a nawet kapcie. Jednym słowem: wypas. Z racji wspaniałej aury odwiedziliśmy tylko sklep "wszystko za 100 jenów" (czyli tzw. stojeniak) i zaopatrzywszy się w lokalne piwo urządziliśmy sobie wieczór przed telewizorem.

Rankiem dnia następnego udaliśmy się na objazdową wycieczkę Osaka-Himeji-Pearl Bridge-Kobe-Osaka. Normalnie, z racji odległości byłoby to średnio wykonalne, ale od czego są szybkie pociągi...

Do Himeji, które poza zamkiem o tej samej nazwie nie może się za bardzo niczym pochwalić, dotarliśmy po ok. 1,5 h. Warto było, bo najpiękniejszy zamek w Japonii rzeczywiście nie był przereklamowany. Już od samego wejście na teren zamku towarzyszyły nam kwitnące wiśnie i mnóstwo ludzi jedzących na trawnikach, a dokładnie na plastikowych matach położonych na trawnikach.

To, to jest piknik...

Robiąc standardowo milion zdjęć przemieślicliśmy się pod bramę wejściową, kupiliśmy bilet i weszliśmy do środka. Niestety nie załapaliśmy się na żadną angielską wycieczkę z przewodnikiem, ale wyposażyliśmy się w informatory.

Wiśnie i Himeji-jo..,

Przeszliśmy przez dolny zamek wchodząc tu i tam i oglądając m.in. plac, gdzie to samuraj jeden z drugim popełniali harakiri. Jak to na zamku była też studnia, do której kogoś wrzucili i teraz chodzi po nocach i straszy. Zdziwiło nas po drodze również kwitnące drzewko... pomarańczy. Po przejściu prawdziwego labiryntu ścieżek i podejść (podobno jest na tyle skomplikowany, że nigdy do tej pory nikt nie sporządził jego mapy) dotarliśmy na górny dziedziniec, gdzie ustawiła się kolejka do wejścia na górny zamek.

Wydaje mi się, że komentarz jest zbędny...

Brama, przejście, schody, zakręt...

Górny zamek...

Tu chwilę poczekaliśmy na swoją kolej, a gdy już nadeszła, to kazano nam zdjąć obuwie (tak! dlatego nie bierzcie dziurawych skarpetek do Japonii) i wpuszczono na kolejne schody. Himeji w przeciwieństwie do Osaki zachował się praktycznie niezmieniony od czasów budowy. Nawet bombardowania podczas II Wojny Światowej jakimś cudem go ominęły, choć całe miasto dookoła prawie doszczętnie pochłonął pożar. Drewniane skrzypiące podłogi i wąskie schody robiły dużo większe wrażenie niż szklane gabloty i winda. Z najwyższego piętra rozciągała się całkiem niezła panorama na całe miasto. Śmieszne też były małe wejścia na ścianach, które imitowały szafki. Jak się potem okazało, były to miejsca w których chowali się samurajowie, żeby w najbardziej nieoczekiwanym momencie wyjść i zaskoczyć wroga chcącego zaatakować pana zamku.

Dziwnie tak jakoś...

Po zejściu z górnego zamku zaliczylismy jeszcze zachodnie skrzydło, które było przeznaczone głównie dla kobiet. Tam znajdowały się również najbardziej luksusowe komnaty. Tylko prosze nie kojarzyć luksusu z poduszkami, sofami czy innymi takimi... Tutaj luksus, to po prostu trochę bardziej miękka mata na podłodze i ewentualnie cyprysowe ściany.

Czyż nie luksus? No przecież na pierwszy rzut oka widać...

Po wyjściu z zamku przyszedł czas na szybki obiadek (lunch box do pociągu). Taki nasz standard w Japonii. Można się całkiem przyzwoicie najeść, cena stosunkowo przystępna i nie jest to hamburger z McDonalda, tylko coś troszeczkę bardziej pożywnego... przynajmniej w założeniu.

Ooooooooobiadek!

Teraz czekał nas przejazd do miasteczka Akashi, gdzie znajduje się największy na świecie most wiszący - Pearl Bridge, który łączy dwie z japońskich wysp: Honshu i Shikoku. Przy okazji spotkaliśmy się tam w moją koreańską koleżanką z Laba, która właśnie w międzyczasie zwiedzała też Japonię ze swoją mamą...

No patrz - tylko trochę większy od Aśki... hmm...

Z początku wydawało nam się, że most jak most, dopóki nie weszliśmy na taras widokowy. Najprzyjemniejsze było chodzenie po szklanej podłodze widząc kilkadziesiąt metrów pod sobą morzę. Nie polecam osobom z chorobą morską ;) Oczywiście nie odpuściłem okazji przetestowania, czy aby na pewno szyba wytrzyma moje podskoki... ale wydaje mi się, że budowniczy przewidzieli, ze tacy jak ja mogą przyjechać.

I pomyśleć, że gdyby nie te kilka cm plastiku, to bym sobie popływał...

Takich testów wytrzymałościowych to nawet na Politechnice nie robią...

Ekipa zwiedzająca: (od lewej) Aśka, mama Yuny, Łukasz, Yuna, jakiś przybłęda...

Po kilku chwilach spędzonych na moście wsiedliśmy znowu w naszą kolejkę i pojechaliśmy do Kobe. Niestety nie spróbowaliśmy słynnego steku z Kobe, który podobno jest robiony z krów, które od małego pojone są sake, bo trzeba było za niego zapłacić bagatela 10,000 jenów ($100). Za to wybraliśmy się na nabrzeże. Dotarliśmy tam przechodząc przez stare magazyny przerobione na centra handlowe i Chinatown.

Shopping...

W samym porcie zobaczyliśmy pomnik upamiętniający trzęsienie ziemi w Kobe z 1995r., w którym zginęło ponad 6000 osób. Pomnik jest o tyle ciekawy, że jest to po prostu kawałek nabrzeża w stanie niezmienionym od trzęsienia ziemi - popękany asfalt, powyginane barierki i pochylone lampy uliczne. Wrażenie zrobiło na nas również muzeum morskie - niestety zamknięte po godzinie 17.00...

Muzeum morskie w porcie w Kobe...

Po wieczornym spacerze po Kobe wróciliśmy na noc do Osaki. Łukasz poszedł na saunę (albo łaźnię japońską, jak kto woli), a my z Aśką podjechaliśmy jeszcze kawałek do dzielnicy zwanej Dotonbori. Po drodze o godzinie 22.00 napotkaliśmy tłumek młodych ludzi, który ćwiczyli taniec na ulicy. Jakieś tutejsze piękności próbowały swoich sił w układzie tanecznym wykorzystując dobrze wypolerowane marmurowe ściany stacji jako lustro, inni ćwiczyli electro, a jeszcze inna grupka tańczyła breakdance. Najlepszy był jeden delikwent który tańczył breakdence... z ręką w gipsie. Miał może z 10 lat...

Kolorowe Dotonbori...

Dotonbori okazało się całkiem miły miejscem na kolację. Restauracje były w przystępnych cenach (w porównaniu z Tokio) i był całkiem duży wybór. Chcieliśmy znaleźć jedną z restauracji polecanych w naszym przewodniku, ale się nie udało, więc weszliśmy do pierwszej lepszej, która wydawała się przystępna - za równo cenowo jak i językowo (menu po angielsku). Okazało się, że mieliśmy szczęście, bo większość restauracji zamyka się tutaj ok. 22.30. Jakaś masakra. Po tej godzinie poluj człowieku na całodobowy, albo padaj z głodu. I żeby chociaż oni jeszcze jakoś wcześnie wstawali... Nie... sklepy otwierają się z reguły ok. 9-10 rano. Cóż... cenią sobie swój czas Japończycy. A... jedną dobrą rzeczą tamtego wieczoru, poza zamówionymi w knajpie Takoyiaki (coś a'la kluski śląskie z owocami morza jako nadzieniem) i Okonomyiaki, było to, że znaleźliśmy świetną knajpę sushi, którą przetestowaliśmy następnego dnia. Można było się najeść naprawdę dobrze i tanio.

Następnego dnia, a był to już 6. dzień naszej podróży, trafiliśmy do Nary - najstarszej stolicy Japonii. Później tą rolę pełniło Kyoto, a następnie Tokyo (czyli dawne Edo). W Narze najbardziej charakterystyczną rzeczą są... sarny. Tak, sarny. Po wejściu do ogromnego parku, w którym znajdują się prawie wszystkie pozostałości po starej stolicy, nie sposób nie spotkać sarny. Są wszędzie i wcale nie boją się ludzi. Są do tego stopnia atrakcją turystyczną, że lokalne emerytki sprzedają po 150 jenów coś w stylu sucharów, którymi można je karmić. Jak tak chwilę postaliśmy przy takim straganiku, to normalnie biznes pierwsza klasa. A co do saren, to można z nimi robić wszystko: zdjęcia, gonić, karmić, itd. Trzeba tylko uważać gdzie się zostawia plecak, bo mogą się zacząć do niego dobierać (hmm... ciekawe skąd to wiem ;) i trzeba uważać jak się stąpa... żeby się nie poślizgnąć.

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia...

Ale sarny to nie jedyna atrakcja Nary. Pierwszym z miejsc gdzie się zatrzymaliśmy była świątynia Todai-ji, a właściwie Todai, bo końcówka -ji oznacza właśnie świątynie (-jo to zamek, -dong to ulica, a -koen ogród). Todai-ji, czyli Hala Wielkiego Buddy (znajduje się tam najwyższy na świecie posąg buddy wykonany z brązu - 15m), jest największym drewnianym budynkiem na świecie oraz głównym obiektem kompleksu świątynnego Nary.

Sarny przed wejściem do Todai-ji...

Todai-ji...

Budda z Todai-ji...

Po wyjściu z Todai-ji po całym kompleksie świątynnym chodziliśmy prawie pół dnia. Było co zwiedzać, bo na stosunkowo niedużym terenie znajduje się pełno małych świątyń i kapliczek poświęconych rożnym bóstwom. Są również wytyczone specjalne ścieżki przez las wzdłuż których wierni chodzą i kłaniają się posążkom bogów wykonanym z kamienia. Najprzyjemniejsze jest to, że tu naprawdę na każdym rogu, za każdym zakrętem i za każdą górką coś jest i wszędzie można wejść i coś zobaczyć...

Ostatnią pozycją w planie dnia szóstego był dla odmiany... świątynia. Zdaje sobie sprawę, że trochę monotonnie, ale ta świątynia naprawdę była inna. Nazywała się Fushimi-Inari-Taisha i była świątynią zboża i sake. Wesoła świątynia jednym słowem. Co ciekawe z czasem została nazwana świątynia biznesu (kojarzonego myślę bardziej z dobrobytem, ale biznesu). Tak więc wycieczka z SGH dostała to po co przyjechała ;). Ale nie tylko przeznaczenie świątyni było inne niż zwykle, ale też sposób w jaki została wybudowana. Składała się z mnóstwa mniejszych i większych ołtarzy, do których prowadziły pomarańczowe tori (tori to charakterystyczna japońska brama prowadząca do świątyń bądź innych ważnych miejsc). A tych tori były tysiące, co dawało wrażenie, że idzie się jednym wielkim pomarańczowym korytarzem. Cały kompleks położony był na zboczu góry, tak więc, żeby dotrzeć od podnóża na sam szczyt trzeba był trochę schodów pokonać. "Trochę", to chyba nawet za mało, jak na taką ilość. W każdym razie na pewno pobiłem swój rekord w ilości schodów pokonanych w jednym dniu.

No i gdzie?

Tutaj nie... ;)


Mieliśmy troszeczkę szczęścia przy odwiedzaniu tej świątyni, ponieważ kiedy przyjechaliśmy na miejsce było jeszcze jasno. Praktycznie całą drogę na szczyt pokonaliśmy do zachodu słońca, a schodziliśmy już przy świetle lamp. I swoją drogą dobrze, że nie szliśmy całej trasy po ciemku, bo a pewno gdzieś byśmy się zgubili, gdyż co chwilę korytarze tori zakręcały i rozdzielały się w różnych kierunkach, a my jednak nie chcieliśmy spędzić nocy w lesie w towarzystwie kamiennych kotów (które ponoć miały być lisami) symbolizujących dobrobyt. Koty, to znaczy lisy, też były śmieszne, bo każdy z nich miał ubrany czerwony śliniaczek. Do tej pory nie wiem o co chodziło, ale podejrzewam, że coś związanego ze świętem, które miało odbywać się w tej świątyni dwa dni po naszej wizycie...

Ale o co chodzi z tymi lisami ?!

Droga powrotna...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz