sobota, 25 kwietnia 2009

Yokohama i raz jeszcze Tokyo...

Po świątynno-ogrodowym krajobrazie Kyoto, Yokohama zafundowała nam zupełnie inne wrażenia. Oczywiście zanim wrażenia zafundowało nam miasto, atrakcje zapewniła Aśka... gubiąc buta. Ale, żeby to tak normalnie buta zgubić, to nie... jak gubić to z klasą i na torach kolejowych...

Ale od początku. Na dworcu w Yokohamie przechodziliśmy z jednego peronu na drugi, żeby podjechać jedną stację bliżej nabrzeża. I tak się złożyło, że akurat podjechał nasz pociąg. No więc nie zastanawiając się długo pobiegliśmy, żeby się załapać. Ja wsiadłem do jednego wejścia, Aśka do drugiego, a Łukasz, żeby było śmiesznie - do trzeciego, bo nie mogliśmy się przepchać przez tłum wysiadający ludzi. Wskoczyliśmy do pociągu, rozglądamy się, czy wszyscy są i... patrzę Aśka coś macha głową, żeby wysiadać. No to nie czekając długo wysiadłem. Pierwsze skojarzenie, to że wzięliśmy zły pociąg i Aśka na szczęście zauważyła. Zdarzyło nam się już, więc nie byłoby to nic dziwnego. Tylko hmm... dlaczego stoi na jednej nodze? Jak się okazało, wbiegając do pociągu zgubiła buta, który wpadł w szczelinę między wagonem a peronem. Ponoć jak biedni Japończycy to zobaczyli to tylko jęknęli robiąc wielkie: "Ooooooooooch". W każdym razie teraz buta trzeba było wyciągnąć. Łukasz chciał skakać w dól na tory, ale jak mu powiedzieliśmy, że skończy jak mucha na szybie samochodu jak przyjedzie Shinkansen, to mu się odechciało. Na szczęście po chwili pojawił się pan z długą lancą z chwytakiem na końcu... i odzyskaliśmy buta ;)

Zguba...

... i właścicielka ;)

Ale wracam do Yokohamy. Z bolącymi od śmiechu brzuchami podjechaliśmy dwie stacje, po czym wysiedliśmy i dotarliśmy na nabrzeże. Ja sobie kupiłem jeszcze po drodze małą ośmiornicę z zamiarem zjedzenia jej w porcie, bo umierałem już z głodu.

W porcie mieliśmy wyjść na jakiś dach, z którego ponoć jest piękny widok. Dach na początu pomyliliśmy i chcieliśmy wejśc do jakiegos biura sprzedającego bilety na rejsy, ale tam przynajmniej nas poinformowano, że to nie tu, i że z tym dachem to chodzi po prostu o terminal portowy. Gdy doszlismy na miejsce widok był niesamowity.

Yokohama nocą...

Nie dość że w porcie stały zacumowane dwa ogromne statki pasażerskie, to jeszcze widok na Yokohamę naprawde zapierał dech w piersi. Kobe nie miało startu... W ogóle całą Yokohama wydała nam się całkiem przyjemnym miastem - bardzo czystym, nowocześnie zbudowany, a z drugiej strony zielonym i przyjaznym. W drodze powrotnej minęlismy jeszcze stadion baseballowy, bo jakby ktoś nie wiedział , to baseball jest jedną z popularniejszych dyscyplina sportu zarówno w Japonii jak i w Korei. Z tą różnicą, że Japonia ma lepszą drużynę.


Station baseballowy...

Po takich atrakcjach wrócilismy do naszego starego hostelu w Tokyo, a następnego dnia wyruszyliśmy na Odaibę. Po drodzę tam wpadliśmy na chwilę na Shibuyę na sushi. Specjalnie tam, gdyż Yuna bardzo polecała to miejsce. Na początku nie za bardzo mogliśmy je znaleźć, bo z zewnątrz wygladało na całkiem drogie. Weszliśmy nawet na chwile do innego baru, gdzie jadło się na stojąco, ale tam to już w ogóle był jakiś kosmos - 300 jenów za kawałek! Wróciliśmy więc do tego poprzedniego i wszeliśmy do środka. Mieliśmy szczęście, bo było miejsce, a był to typowy sushi bar, czyli talerzyki z kawałkami sushi jeżdżące dookoła stołu. Każdy brał co chciał, a potem podchodził do kasy z talerzykami i płacił w zależności od ilości tychże. Najdałem się tam niesamowicie. Razem z Aśką spałaszowaliśmy 20 talerzyków, próbując oczywiście najdziwniejszych rzeczy. Najsmaczniejszy był łosoś z cebulką i pieczony węgorz, ale generalnie wszystko było pycha. Przypuszczam, że nawet lepsze niż na Tsukiji, a w dodatku prawie o połowę tańsze (120 jenów za 2 kawałki)!

Pan kucharz, wielka ryba i pycha sushi...

Najedzeni wsiedliśmy w metro i podjechalismy na Odaibę. Jest to zupełnie sztuczna wyspa, na której mieszczą się niesamowicie nowoczesne budynki wielu znanych firm. Jest m.in. siedziba firmy Fuji, czy Toyota Mega Web - wielki salon Toyoty, gdzie nie tylko można wsiąść do każdego z modeli dostępnych do sprzedaży, ale można też usiąść w symulatorze, zobaczyć bolid F1, czy przejechać się malutkim eco-carem.

Budynek Fuji...

Symulant...

Mamo, taki Ci chciałem przywieźć... naprawdę, tylko się do walizki nie zmieścił! ;)


Cała Odaiba jest tez wypełniona centrami rozrywki. Jak przechodzi się przez takie zagłębie automatów do gry wszelakiego rodzaju, kręgielni, miejsc do gry w rzutki, bilard czy nawet masażu stóp, to na prawdę można zwariować. Można tez odnieść wrażenie, że Japończycy są niezmiernie dziecinni, bo potrafią przy takiej maszynie spędzać całe dnie. No ale cóż - my takich w Polsce nie mamy, to całych dni nie spędzamy...

Maszyna do masażu nóg...

Po Odaibie podjechaliśmy jeszcze na stację metra Korakuen, gdzie znajduje się centrum handlowe i 5. co do wielkości rollercoaster na świecie. Oczywiście nie muszę pisać co robiliśmy przez najbliząszą godzinę :). Biedna była tylko Aśka, która musiała na nas czekać na dole podczas gdy stalismy w kolejce...

Rollercoaster...

... i my gdzieś tam w wagoniku.

Z takimi wrażeniami na zakończenie wrócilismy do hostelu, a następnego dnia rano, zaopatrzywszy się w lunch boxa na śniadanie wyruszyliśmy na dworzec. Z dworca przy stacji Ueno odchodził pociąg bezpośrednio na lotnisko. Na samym lotnisku zrobilismy jeszcze pare zakupów a'la pamiątki - moim zdaniem fajniejsze rzeczy niż można było kupić gdzie indziej. Nie polecam za to strefy bezcłowej, bo jest chyba najdroższą bezcłówką jaką widziałem. I w ten sposób, pełni wrażeń i zmęczenia dotarliśmy do Seulu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz