wtorek, 9 czerwca 2009

12 stopni od równika

Podróże z prawdziwego zdarzenia czas zacząć! Post lekko opóźniony, bo azjatycki internet wolny... Poza tym szkoda czasu na siedzenie przed komputerem :)

A podróżowanie zaczyna się od Filipin, bo tam akurat były najtańsze bilety lotnicze z Seulu. Seul, 2. czerwca 2009, lotnisko Incheon, lot do Manili godzina 21.40. Cztery godziny w samolocie i przylot do Manili o 00.30. Tak, pomiędzy 21.40 a 00.30 są cztery godziny. My się też zdziwiliśmy jak po trzech nie było żadnego znaku wskazującego na lądowanie. Dopiero potem dzieci sobie uświadomiły, że jest jeszcze coś takiego jak strefy czasowe i że Manila jest 1h do tyłu w stosunku do Seulu. Po przylocie czekał nas krótki nocleg na lotnisku, bo przelot z Manili do Caticlanu (skąd mieliśmy się finalnie przetransportować na małą wysepkę zwaną Boracay ) mieliśmy dopiero o 5.30 rano. Nastąpiło wiec szybkie poszukiwanie ławki, jako tymczasowego miejsca noclegowego. Ale niestety, na całym lotnisku ławki były już… zajęte. Na szczęście zapobiegliwa Asia, w ramach przygotowania do leżenia plackiem na plaży, wzięła kocyk, który pożyczyliśmy z United Airlines , kiedy wracaliśmy z Japonii… i rozłożyliśmy się wygodnie na podłodze między jedną ławką, szklaną barierką, panem, który już okupował 2 metry kwadratowe posadzki i egotyczną roślinką w doniczce. Hmm.. ciekawe kto pisał to jedno ostatnie zdanie… ;)

Tak czy inaczej, czekał nas kocyk i podłoga. Złapaliśmy kilkadziesiąt minut snu, na zmianę pilnując czy nasze bagaż są ciągle nasze, po czym poszliśmy na check-in. Zważyli nasze bagaże, bagaże podręczne, nas z bagażami, itd. we wszystkich prawie kombinacjach, skasowali za nadbagaż, bo w końcu na czymś muszą zarobić (limit bagażu na Boracay = 10kg! i w dodatku podręczny ważą!). Zapłaciliśmy 800 peso, czyli jakieś 56 zł. Przyzwoicie jak na 8kg ponad limit. Po kontroli wsiedliśmy do lekko rozpadającego autobusu, z którego wymontowano chyba wszystko można było, żeby dalej jeździł, który podrzucił nas pod naszego ATRa. ATRa czyli mały samolocik ze śmigłami zamiast silników odrzutowych.

Ale nawet z takiego samolociku widok wschodu słońca jest przyjemny, nieprawdaż?

Takie latają na lotach lokalnych – małe, ale za to często. Ale to nie samolot był najlepszy… Lepsze było lotnisko w środku… niczego. Mały pas, zaraz obok pasa domki z kurnikami, na końcu kilka słupków i droga oraz nasuwające się niemiłosiernie: „Boże, gdzie my jesteśmy!”. Krajobraz jak ze starych wojennych filmów o amerykańskich żołnierzach w Wietnamie – zielono, drewniano, gorąco…

Caticlan, Terminal 1... i ostatni ;)

Co robi zszokowany turysta zaraz po tym jak dozna nadmienionego szoku? Zdjęcia. I tu kolejna ciekawostka. Zakupiony z bólem, za ciężkie pieniądze aparacik… zaparował! Wilgotność prawie 100%, temperatura pod 30 stopni i co z tego, że była 6.30 rano… Nieważne. Kilka zamglonych zdjeć zrobione. Idziemy na odprawę. I kolejny szok (dla tych co lubią przepisy bezpieczeństwa, to już w ogóle dramat). Hala odpraw, jeżeli coś a’la dworzec kolejowy w polskiej 5-cio tysięcznej mieścine, można nazwać halą odpraw. Bagaże zacni panowie z obsługi wrzucają przez spore okno prawie proste z samolotu, a obsługa w „terminalu” liczy… 2 osoby. Wychodzimy i od razu łapie nas sympatyczny pulchniutki pan zielona koszulka. Niestety imienia nie pamiętam, więc będzie pan zielona koszulka, albo ewentualnie pan przewodnik.

Zaproponował nas, że w sumie to jedzie na Boracay do siebie, to możemy jechać z nim, a on nam pokaże swój pensjonat. Jak się spodoba to weźmiemy, jak nie to nie. Cóż – propozycja całkiem całkiem i to szczególnie jak na 6.30 rano po nieprzespanej nocy. Tym bardziej, że niezobowiązująca. No to kiwnęliśmy głową i wzięliśmy trycykla. To było coś. Motocykl, do którego z boku domontowano blaszaną budę z miejscem dla dwóch osób z przodu i miejscem na bagaże (+ewentualnego przewodnika) z tyłu. Trycykl 100 peso, wrażenia bezcenne. Dotarliśmy do portu w Caticlanie i rozpoczęliśmy polowanie na „prom”. „Prom” był drewnianą łódką, zabierającą ok. 30 osób na raz z przymocowanymi na bokach drewnianymi belkami, żeby lepiej się trzymać na wodzie. Taki prehistoryczny katamaran. Ci, co się na żeglarstwie znają niech mnie poprawią ;) 150 peso za 2 osoby, a wrażenia chyba jeszcze lepsze. Szczególnie gdy w połowie drogi człowiek orientuje się, że bagaż jest niczym nie przymocowany, na dachu łódki, która skacze na falach jak piłeczka pingpongowa. Fajnie jest.

"Prom" ;)

Po dotarciu do portu (wskoczeniu z łódki na plażę), bierzemy kolejnego trycykla i w drogę do hotelu za naszym panem zielona koszulka. Nie wiemy gdzie jesteśmy, nie wiemy kto to jest ten nasz pan zielona koszulka, gość od trycykla jedzie taką drogą, że dzieci z psami i kurami biegają na zmianę przez ulicę, od czasu do czasu trzeba zjechać z drogi, bo kałuża (bo wcześniej trochę ulało), albo górski potoczek płynie środkiem. Dziwne? No pewnie tak, ale nie tutaj. Na szczęście, albo nieszczęście zatrzymuje my się w połowie większej wioski. Droga asfaltowa, Coca-Colę mają –przeżyjemy. Wchodzimy za naszym panem przewodnikiem w jakąś uliczkę, gdzie dwie osoby mogą mieć problem, żeby się minąć, ale ponoć prowadzi nas do hotelu. Może to i lepiej, że byliśmy chyba jacyś zaspani i nie za bardzo kojarzyliśmy, co w sumie może nas czekać za rogiem, bo pan przewodnik okazał się… mówić prawdę. No ok, półprawdę. Zabrał nas do pensjonatu, gdzie zaproponowano nam bungalowa. Szału nie było, ale jak pan zielony to zauważył, to od razu powiedział, że może nam pokazać inne miejsce. Zostawiliśmy bagaże, co prawda same ciuchy, bo i aparaty i laptopa mieliśmy ze sobą, ale do szczytu ostrożności to nie należało. Zielony pokazał nam jeden, drugi, trzeci pensjonat, zapytał się czego oczekujemy, żeby wiedzieć gdzie nas prowadzić. Wtedy się też dowiedzieliśmy, że pracuje dla lokalnego stowarzyszenia hoteli, które odpala mu jakiś procent za każdego znalezionego gościa. Poopowiadał nam trochę o Boracay i o Filipinach. W końcu po 1,5h kręcenia nosem zdecydowaliśmy się na La Isla Bonita. Całkiem przyjemny pensjonat, gdzie z balkonu między palmami było widać turkusowe morze, a pokój miał klimatyzację. Stwierdziliśmy, że na 3 noce to zaszalejemy i zafundujemy sobie więcej niż wiatrak. I tak zaczęło się beztroskie opalanie pod palmami. Palmy, kokosy, białe plaże, turkusowy kolor wody, łódeczki, surferzy, ludzie w klapkach, raj.

Witamy w raju ;)

Pierwsza rzecz – kąpiel. Właściwie zabawa z falami, bo przez to, że dla lokalnych czerwiec to początek zimy, to strasznie tu wiało. Dla nas super, bo przynajmniej dało się dzięki wiatrowi wytrzymać trzydzieści kilka stopni plus wilgotność. Popluskaliśmy się, potem szybki prysznic , spacer wzdłuż plaży, lokalne danie na obiad (Sisig Sizzling - coś a’la jajecznica z mięsem, a właściwie to kawałki mięsa z cebulką połączone za pomocą jajka, podawane na gorącym półmisku z dodatkiem ryżu, danie dla dwóch osób za 120 peso, czyli jakieś 8,40 ;)). Potem koktajl z mango, bananem i papają, a na wieczór mango ze straganu, lokalne chipsy o bliżej nieokreślonym smaku (ale dobre!) i pieczone banany w karmelu. Mówiłem już, że po prostu: żyć, nie umierać? I tak kolejne 3 dni. Złaziliśmy plażę wzdłuż i w szerz. Ja nawet poszedłem dalej po jakichś ostrych kamieniach zobaczyć małą zatoczkę i skały chyba we wszystkich kolorach tęczy. Super. Ostatniego dnia chcieliśmy wziąć łódkę i opłynąć Boracay, bo ponoć zajmuję to ok. 1,5h, ale tak wiało, że wszyscy panowie, którzy nas non stop wcześniej nagabywali w stylu „Weź pan łódkę…” zniknęli. Co do nagabywania: normalka. Każdy coś do Ciebie, biały jak syn młynarza turysto, coś krzyczy. Kup pan okulary, rejs, surfing, korale, zegarek , jeszcze raz okulary i zegarek, a nawet dewocjonalia, bo Filipiny przecież katolicki kraj. A, i wszyscy wołają per Sir/Madam, co trochę człowieka może podbudować…

W sielski sposób, na pieczeniu się na raka (oczywiście o sobie mówię), piciu drinków z palemką podczas happy hours (drinki, 5zł!) i odpoczywaniu pełną piersią upłynęły nam 3 dni… Żal było wracać, ale cóż… Ostatniego ranka zjedliśmy nasze mango, wzięliśmy trycykla, potem łódkę z 15 minutami stresu o bagaże wliczonymi w cenę i odlecieliśmy z lotniska pośrodku niczego do Manili…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz