Stolica Filipin, a dla nas kolejne miejsce, które postanowiliśmy odwiedzić, tym bardziej, że to główny hub przesiadkowy na loty gdzieś dalej. Wszyscy nam mówili, że nie ma tu co oglądać, chociaż to trochę dziwi, po przeczytaniu pierwszego zdania w przewodniku: „Filipiny zamieszkuje od 80 do 90 milionów osób, z czego około ćwierć skoncentrowana jest w okolicach Manili”. Profilaktycznie zarezerwowaliśmy sobie na Manilę i okolicę 2 dni, a właściwie 2 noce, bo mieliśmy tak naprawdę jeden pełny dzień i dwie połówki (przylot i wylot). Okazało się wystarczająco, a nawet aż za dość. Spotkaliśmy jeszcze jednego naszego znajomego z Korei, Andy’iego. Pierwszego dnia po wyjściu z lotniska przywitał nas deszcz. W sumie to taka bardziej mżawka, typowa dla końca sezonu turystycznego i początku pory deszczowej. Z lotniska taksówka do hotelu. Nie pierwsza, bo za 500 peso. Nie druga, bo za 250 peso, ale trzecia, za 150 peso już tak ;) Hotel: Malate Pensionne, polecany przez Maćka (swoją drogą „Our Pick” w Lonely Planet tłumaczy trochę dlaczego go wybrał). Kierowcy trzeba było trochę podpowiadać bo nie do końca wiedział gdzie jedziemy. Dałem mu namiary na Hyatt Hotel, bo to wiedział, a stamtąd stwierdziłem, że poprowadzę go na „prawo, lewo, prosto”. Pomimo, iż pokazywałem mu miejsce na mapie, to biedak nie kojarzył. Nieczytaty był… chyba.
Dotarliśmy. Były wolne pokoje, wzięliśmy po taniości pokój z wiatrakiem, dlatego teraz cały czas się pocę, jak to piszę, ale pensjonat jest bajkowy. Stary kolonialny wystrój, w drewnie i cegle tworzą niezapomniany klimat. No i jest Starbucks za rogiem.
Pierwszego dnia zgarnęliśmy Andiego, przeszliśmy przez Rizal Park i poszliśmy zwiedzać Intramuros, czyli najstarszą dzielnicę Manili, z fortem, katedrą, kościołem, kolonialnymi budynkami, etc. Aczkolwiek nie jest to tak kolorowe jak się wydaję. Dużo rzeczy jest zniszczonych. Wszędzie dookoła ludzie siedzący na schodach, dzieci biegające po ulicach boso i w deszczu oraz śmieszne przedłużane jeepy (jeepney’je) służące za autobus. Dobrze ktoś powiedział, że Manila jest taka jaka byłą 20 lat temu i pewnie za 20 lat też taka będzie.
Pierwszą atrakcja Intramuros był kościół św. Augustyna – najstarszy murowany kościół na Filipinach. Dość okazały z zewnątrz, bo duży i różowo-pomarańczowy. Do środka niestety nie weszliśmy, ponieważ właśnie ktoś brał ślub, ale pozaglądaliśmy przez drzwi. Następna była katedra w Manili, do której już nam się udało wejść. Co ciekawe, katedra była niszczona i odbudowywana siedem razy! Huragan, trzęsienie ziemi, pożar, bitwa o Manilę, coś jeszcze… Generalnie nie miała szczęścia. Po szybkim zwiedzaniu, kilku zdjęciach ruszyliśmy w stronę fortu. Fort Santiago to najstarszy i jedyny fort w Manili. Pochodzi jeszcze z czasów kolonialnych. Wykorzystywany był m.in. w bitwie o Manilę oraz jako więzienie podczas II Wojny Światowej. Pogodę na jego zwiedzanie mieliśmy idealną – zachmurzone niebo i bujna zielona roślinność pokryta kroplami deszczu idealnie pasowały do starych, sczerniałych i zniszczonych murów, pozarastanych chodników i przerdzewiałych krat. Niezłe wrażenie zrobiła też na nas rzeka Pasig i przepływające po niej statki. Co prawda widok bosego Filipińczyka łowiącego ryby w rzece, w której pływa więcej śmieci niż żywych istot przypominał obrazek z kraju trzeciego świata… ale tu tak po prostu jest. A… i był jeszcze ochroniarz z długa ostrą bronią. Nie wiem do końca po co, bo w samym forcie nie było niczego wartościowego, ale widać jakiś cel w tym musiał być. Po wyjściu z fortu przemknęliśmy uliczkami Intramuros w kierunku zatoki w Manili. Trochę to trwało, ponieważ dystans był nieco dłuższy niż przypuszczaliśmy, a w dodatku ulice Manili są ewidentnie nieprzystosowane dla pieszych. W życiu tyle razy nie przebiegałem między samochodami i nie skakałem przez kałuże. Zanim zdążyliśmy dotrzeć do portu, mijając po kolei setki ludzi, którzy albo chcieli nas gdzieś podwieźć, albo coś sprzedać, albo chcieli, żebym i po prostu rzucić jakieś peso, zrobiło się ciemno. Ciemno i trochę strasznie, bo w sumie większość lokalnych to nie zachęca nawet w dzień, a co dopiero po zmroku. Na szczęście w Manili, jak z resztą na całych Filipinach, policjant jest na każdym rogu, co daje takim szalonym turystom jak my nieco większe poczucie bezpieczeństwa. Atmosferę tez podkręcał nam Andy, który właściwie to boi się własnego cienia i specjalnie kupił drugą kartę na zdjęcia do aparatu, bo stwierdził, że: „ Jak mi aparat w Manili ukradną, a na pewno to zrobią, to przynajmniej zachowam zdjęcia z Chin, które zrobiłem wcześniej.” Stwierdził też, że gdyby nie my, to pewnie bałby się spacerować po mieście. Taki pocieszny Niemiec.
Dotarliśmy wreszcie do portu, po przeskoczeniu 100 kałuż, przejściu 40 razy przez ulicę, powiedzeniu 20 razy na minutę „No thank you” do kogoś, kto próbuje Ci coś sprzedać. Najgorsze było to, że może nawet dotarliśmy do tego portu, tylko po co. Ciemno, kawałek nabrzeża, gdzieniegdzie rozwalony, bo albo cos wybuchło, albo ktoś potrzebował cegieł. Chcieliśmy zobaczyć oceanarium, ale nie dość, że było stosunkowo drogie (400 peso czyli jakieś 28 zł), to jeszcze puste. Prawie nikogo w środku. Zawróciliśmy na pięcie i przeszliśmy w stronę naszych hosteli. Po chwili poszukiwań znaleźliśmy knajpę w której można coś zjeść. Bardzo filipińskie jedzenie pt. pizza. Stosunkowo tanie i dużo, więc zostaliśmy. Potem chcieliśmy iść na lokalnego San Miguela, ale pierwszy bar, do którego chcieliśmy wejść, okazał się za bardzo „czerwony”, więc szybko zmięliśmy lokal na jakiś mały piano bar. I tu kolejna ciekawostka. Nie wiem ile zarabiają ludzie na Filipinach, ale skoro przez pół wieczoru łącznie z nami przez bar przewinęło się 5, a może 7 osób, czyli tyle samo ile było obsługi, to znaczy że musza zarabiać bardzo śmieszne pieniądze. O ile w instytucjach państwowych w Manili to jeszcze rozumiem, że rząd woli zlecić pracę dla trzech ludzi dziecięciu ludziom, żeby przynajmniej mieli zajęcie, o tyle w prywatnych restauracjach trochę nie mogę znaleźć przyczyny…
Kolejnego dnia w planie miały być ryżowe tarasy pod Manilą, bo wszystko co to ponoć 20 milionowe miast miało do zaoferowania zobaczyliśmy w kilka godzin. Ale okazało się, że podróż do tych tarasów trwa bagatela 8h i w dodatku trzeba wziąć nocny autobus, tak więc sobie odpuściliśmy. Postanowiliśmy się pobłąkać jeszcze po Manili. I było to dosłownie błąkanie się. Najpier jakiś park w okolicy, potem nadmorski bulwar, gdzie ludzie spali na ławkach, wybierali sobie wszy z włosów, pływali między śmieciami w zatoce, łapali robale biegające po chodniku. Lokalny obrazek. Po zderzeniu się z biedą postawiliśmy poobcować z czymś bardziej cywilizowanym. Odwiedziliśmy centrum handlowe, a ja poszedłem do dentysty… Nie, nie – nie żeby zabić czas. Po prostu moje ząbki zaczęły bardziej niż zwykle dawać znać, że je mam. Tak czy inaczej, wiele nie straciłem. Zara w Manili jest pewnie taka sama jak Zara w Seulu czy w Warszawie. Pamiątki przynajmniej kupiliśmy, a Andy przebookował sobie bilet, bo stwierdził, że ani dnia dłużej w tym mieście nie wytrzyma. Wróciliśmy taksówką do naszego Malate Pensionne, a potem umówiliśmy się z Andym na kolację. I to była chyba najprzyjemniejsza część pobytu w Manili. Nie dość, że zjedliśmy trzy smaczne filipińskie dania, wypiliśmy trochę lokalnego piwa, poznaliśmy filipińskiego „biznesmena” od instalacji gazowych, który w odpowiedzi na to, że jesteśmy z Polski zapytał, czy mamy niedźwiedzie polarne, to jeszcze zapłaciliśmy za to wszystko jakieś śmieszne pieniądze. Poznaliśmy też kolejnego lokalnego businessmana od naprawiania telefonów komórkowych, który co prawda nie pytał się o białe misie, ale za to wręczył nam swoją wizytówkę, że jak będziemy potrzebować telefonu w Manili, to musimy się udać tylko do niego. Nawet nie wzruszyło go, że następnego dnia mieliśmy wyjeżdżać, ale cóż…
Ostatni dzień upłynął nam w sumie na pakowaniu się, gdyż o 14 musieliśmy już być na lotnisku. Szybkie śniadanie w 7Eleven za ostatnie peso, kilka maili, dopóki jest jeszcze Internet, taksówka na lotnisko, odprawa i … goodbye Manila, Phillipines. Wątpię, że szybko tu wrócę…
Zdjęcia na: http://picasaweb.google.com/azja.pld.wsch/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz