Nadszedł czas najwyższy na porcję wieści z Kraju Kwitnącej Wiśni. Trochę mi się zeszło z relacją, ale aura w Seulu nie dawała moralnego przyzwolenia na siedzenie przed komputerem. Tak więc podróż czas zacząć...

W samej Japonii spędziliśmy 12 dni - od 1. do 12. kwietnia... Daty dobraliśmy nie przypadkowo - 1. kwietnia był 1. dniem podróży itd., żeby było łatwo liczyć, który dzień podróży właśnie mamy... Ok, bez takich żartów bo mnie jeszcze ktoś posądzi, że naprawdę taki był zamysł. Początek kwietnia wybraliśmy dlatego, że jest to dokładnie okres, w którym rozkwitają wiśnie i jest to najprawdopodobniej najlepszy czas na odwiedzenie Japonii. O tym, jakie te drzewka robią wrażenia na turyście, można się przekonać oglądając zdjęcia z wyprawy - co drugie ma kwitnącą wiśnie w tle...
Jak dało się zauważyć: wybraliśmy, pojechaliśmy, itd. -my, ponieważ sam Japonii nie zwiedzałem - dzielnie towarzyszyli mi Asia i Łukasz. I dobrze, że ich miałem pod ręką, bo czasem nie było łatwo znaleźć miejsca, które chcieliśmy odwiedzić, a co trzy głowy to nie jedna. Poza tym nie musiałem się bać, że jak zjem źle przyrządzoną rybę Fugu, to nie będzie mnie miał kto ratować. Chociaż chyba i tak wiele to by mi nie pomogło ;)
Ale do rzeczy. Do Japonii podrzuciły nas linie United Airlines za jedyne $180. Za "jedyne", ponieważ inni nasi znajomi, bookujący bilety do Tokio czy Osaki nie mieli szczęścia znaleźć biletów w tej cenie, a loty do Japonii są generalnie drogie. Cała Japonia z resztą jest droga, o czym przekonaliśmy się jeszcze przed wyjazdem. Chcąc podróżować koleją po kraju (ale proszę kolei z PKP naszym nie utożsamiać) musieliśmy kupić sobie siedmiodniowy bilet kolejowy (tzw. Rail Pass), który w rzeczywistości uszczuplił nasze portfele prawie dwukrotnie bardziej niż bilet lotniczy...
Szczęśliwi, z biletami, paszportami i nadzieją na znalezienie międzynarodowego bankomatu wylądowaliśmy na lotnisku Narita. Powiedzenie Narita, Tokio byłoby trochę przekłamaniem, bo chociaż to lotnisko jest jednym z głównych lotnisk Tokio, to jest ono oddalone o ponad godzinę drogi (szybkim!) pociągiem od samego miasta. Ale na szczęście dotarliśmy bez problemu do stacji kolejowej, gdzie za "symboliczną" opłatą w wysokości 1000 jenów (ok. $10) mogliśmy się przetransporotwać do miasta. Chciałbym w tym miejscu zdementować jedną pogłoskę. A właściwie dwie. Po pierwsze, Japonia i wszystkie jej dworce, przystanki i stacje nie są wcale źle oznaczone. Fakt, że czasem trzeba się na chwilę zatrzymac i pomyśleć, gdzie się jedzie, aczkolwiek przeciętny turysta najprawdopodobniej dużo łatwiej wydostałby się z Narity do Tokio niż z Okęcia do centrum Warszawy. Po drugie, z dwunastodniowego doświadczenia wynika, że stereotypem jest japońska nieznajomość angielskiego. Przjeżdząjąc tu i tam dookoła Japonii czesto pytaliśmy się np. o której mamy pociag, lub upewnialiśmy się czy na pewno dobrze jedziemy i zawsze dziwnym trafem pojawiał się ktoś mówiący po angielsku. Fakt faktem, że trzeba wiedzieć kogo pytać, bo np. dziewczynki ze szkoły średniej w mundurkach wcale niekoniecznie są w stanie udzielić odpowiedzi na pytanie po angielsku. Za to starszy pan w graniturze a w szczególności policjant albo strażnik w metrze, jak najbardziej...
Gdy już dotarliśmy do stacji, na której mieliśmy wyściąc w Tokio (Nippori) i przemieśliciliśmy się metrem do naszej dzielnicy (Minami-Senju) zaczęły się lekkie schody. Mięliśmy co prawda opis jak dojść do miejca, w którym nocujemy, ale ilość przejśc podziemnych i naziemnych, zakrętów, schodów ruchomych, uliczek i pasaży trochę nas przerosła. Dodatkowo zaufaliśmy (tzn. ja zaufałem) Google Maps, co może niebyłoby takie złe, gdyby nie fakt, że zamiast skręcić w prawo wychodząc z metra, skreciliśmy w lewo... Ale na szczescie napotkaliśmy jakąś lokalną emerytkę, która opuszczając trasę swoje regularnego spaceru podprowadziła nas na właściwą drogę. Oczywiście jak to japońska emerytka - była wyposażona w odstawiony telefon komórkowy, a którego zadzwoniłą do znajomych, czy przypadkiem nie wiedzą, gdzie nasz hostel się znajduje, a na końcu narysowała nam mapkę jak dojść. Generalnie rzecz ujmując - lubimy japońskiej emerytki ;)
Po drodze do hostelu mieliśmy już kolejną przygodę, bo walizka Aśki zaniemogła. Chiński plastik nie wytrzymał i kółeczka się oderwały pod ciężarem kosmetyczki. Na szczęście nie było daleko, więc chwycilismy z Łukaszem za walizkę (a wtedy było jeszcze za co chwycić) i ponieśliśmy do hostelu.
Hostel Tokyo Backpackers okazał się całkiem przyjemny. Osmio- i sześcioosobowe pokoje, ale na patrerze było ponad 10 kabin prysznicowych, więc kolejka po prysznic nie wchodziła w grę. Mała kuchnia, na dole telewizor i kilka komputerów z darmowym internetem. Początkowo nie zrobiło to na nas jakiegoś piorunującego wrażenia, ale gdy potem kończąc nasz pobyt wracaliśmy do tego samego hostelu, to docenilismy wszystkie udogodnienia. W szczególności prysznic i poduszkę wypchaną malymi plastikowymi rureczkami.
Pierwszy dzień, z racji podróży, przemieszczania się, noszenia i ciągania walizek nie nalezał do szczególnie owocnych. Gdy już się rozpakowaliśmy i ulokowalismy w pokojach było ok. godz. 18, a niestety w Japonii wszystkie atrakcje dla zwiedzający są zamykane ok. 16.30-17.00. Dlatego postanowilismy odiwedzić lokalny supermarket, zobaczyć co jedzą twórcy Toyoty i Playstation, a potem przejść się po okolicy. W dodatku na mapie wypatrzyliśmy jakąś mała światynie, więc uznaliśmy, że jak na dzisiaj to wystarczy. I pomimo tego, że z obecnej perspektywy nie było to coś specjalnego, wtedy zrobiliśmy "Wow!"...
W samej Japonii spędziliśmy 12 dni - od 1. do 12. kwietnia... Daty dobraliśmy nie przypadkowo - 1. kwietnia był 1. dniem podróży itd., żeby było łatwo liczyć, który dzień podróży właśnie mamy... Ok, bez takich żartów bo mnie jeszcze ktoś posądzi, że naprawdę taki był zamysł. Początek kwietnia wybraliśmy dlatego, że jest to dokładnie okres, w którym rozkwitają wiśnie i jest to najprawdopodobniej najlepszy czas na odwiedzenie Japonii. O tym, jakie te drzewka robią wrażenia na turyście, można się przekonać oglądając zdjęcia z wyprawy - co drugie ma kwitnącą wiśnie w tle...
Jak dało się zauważyć: wybraliśmy, pojechaliśmy, itd. -my, ponieważ sam Japonii nie zwiedzałem - dzielnie towarzyszyli mi Asia i Łukasz. I dobrze, że ich miałem pod ręką, bo czasem nie było łatwo znaleźć miejsca, które chcieliśmy odwiedzić, a co trzy głowy to nie jedna. Poza tym nie musiałem się bać, że jak zjem źle przyrządzoną rybę Fugu, to nie będzie mnie miał kto ratować. Chociaż chyba i tak wiele to by mi nie pomogło ;)
Ale do rzeczy. Do Japonii podrzuciły nas linie United Airlines za jedyne $180. Za "jedyne", ponieważ inni nasi znajomi, bookujący bilety do Tokio czy Osaki nie mieli szczęścia znaleźć biletów w tej cenie, a loty do Japonii są generalnie drogie. Cała Japonia z resztą jest droga, o czym przekonaliśmy się jeszcze przed wyjazdem. Chcąc podróżować koleją po kraju (ale proszę kolei z PKP naszym nie utożsamiać) musieliśmy kupić sobie siedmiodniowy bilet kolejowy (tzw. Rail Pass), który w rzeczywistości uszczuplił nasze portfele prawie dwukrotnie bardziej niż bilet lotniczy...
Szczęśliwi, z biletami, paszportami i nadzieją na znalezienie międzynarodowego bankomatu wylądowaliśmy na lotnisku Narita. Powiedzenie Narita, Tokio byłoby trochę przekłamaniem, bo chociaż to lotnisko jest jednym z głównych lotnisk Tokio, to jest ono oddalone o ponad godzinę drogi (szybkim!) pociągiem od samego miasta. Ale na szczęście dotarliśmy bez problemu do stacji kolejowej, gdzie za "symboliczną" opłatą w wysokości 1000 jenów (ok. $10) mogliśmy się przetransporotwać do miasta. Chciałbym w tym miejscu zdementować jedną pogłoskę. A właściwie dwie. Po pierwsze, Japonia i wszystkie jej dworce, przystanki i stacje nie są wcale źle oznaczone. Fakt, że czasem trzeba się na chwilę zatrzymac i pomyśleć, gdzie się jedzie, aczkolwiek przeciętny turysta najprawdopodobniej dużo łatwiej wydostałby się z Narity do Tokio niż z Okęcia do centrum Warszawy. Po drugie, z dwunastodniowego doświadczenia wynika, że stereotypem jest japońska nieznajomość angielskiego. Przjeżdząjąc tu i tam dookoła Japonii czesto pytaliśmy się np. o której mamy pociag, lub upewnialiśmy się czy na pewno dobrze jedziemy i zawsze dziwnym trafem pojawiał się ktoś mówiący po angielsku. Fakt faktem, że trzeba wiedzieć kogo pytać, bo np. dziewczynki ze szkoły średniej w mundurkach wcale niekoniecznie są w stanie udzielić odpowiedzi na pytanie po angielsku. Za to starszy pan w graniturze a w szczególności policjant albo strażnik w metrze, jak najbardziej...
Gdy już dotarliśmy do stacji, na której mieliśmy wyściąc w Tokio (Nippori) i przemieśliciliśmy się metrem do naszej dzielnicy (Minami-Senju) zaczęły się lekkie schody. Mięliśmy co prawda opis jak dojść do miejca, w którym nocujemy, ale ilość przejśc podziemnych i naziemnych, zakrętów, schodów ruchomych, uliczek i pasaży trochę nas przerosła. Dodatkowo zaufaliśmy (tzn. ja zaufałem) Google Maps, co może niebyłoby takie złe, gdyby nie fakt, że zamiast skręcić w prawo wychodząc z metra, skreciliśmy w lewo... Ale na szczescie napotkaliśmy jakąś lokalną emerytkę, która opuszczając trasę swoje regularnego spaceru podprowadziła nas na właściwą drogę. Oczywiście jak to japońska emerytka - była wyposażona w odstawiony telefon komórkowy, a którego zadzwoniłą do znajomych, czy przypadkiem nie wiedzą, gdzie nasz hostel się znajduje, a na końcu narysowała nam mapkę jak dojść. Generalnie rzecz ujmując - lubimy japońskiej emerytki ;)
Po drodze do hostelu mieliśmy już kolejną przygodę, bo walizka Aśki zaniemogła. Chiński plastik nie wytrzymał i kółeczka się oderwały pod ciężarem kosmetyczki. Na szczęście nie było daleko, więc chwycilismy z Łukaszem za walizkę (a wtedy było jeszcze za co chwycić) i ponieśliśmy do hostelu.
Hostel Tokyo Backpackers okazał się całkiem przyjemny. Osmio- i sześcioosobowe pokoje, ale na patrerze było ponad 10 kabin prysznicowych, więc kolejka po prysznic nie wchodziła w grę. Mała kuchnia, na dole telewizor i kilka komputerów z darmowym internetem. Początkowo nie zrobiło to na nas jakiegoś piorunującego wrażenia, ale gdy potem kończąc nasz pobyt wracaliśmy do tego samego hostelu, to docenilismy wszystkie udogodnienia. W szczególności prysznic i poduszkę wypchaną malymi plastikowymi rureczkami.
Pierwszy dzień, z racji podróży, przemieszczania się, noszenia i ciągania walizek nie nalezał do szczególnie owocnych. Gdy już się rozpakowaliśmy i ulokowalismy w pokojach było ok. godz. 18, a niestety w Japonii wszystkie atrakcje dla zwiedzający są zamykane ok. 16.30-17.00. Dlatego postanowilismy odiwedzić lokalny supermarket, zobaczyć co jedzą twórcy Toyoty i Playstation, a potem przejść się po okolicy. W dodatku na mapie wypatrzyliśmy jakąś mała światynie, więc uznaliśmy, że jak na dzisiaj to wystarczy. I pomimo tego, że z obecnej perspektywy nie było to coś specjalnego, wtedy zrobiliśmy "Wow!"...
zapowiada się powieść :P
OdpowiedzUsuńwytrwale czekam na kolejną część :)