środa, 6 maja 2009

Busan...

Trochę spóźniony post... ale lepiej późno niż wcale ;)

Busan to drugie największe miasto w Korei, dlatego też grzechem byłoby się tam nie wybrać. Udało mi się to w pierwszy majowy weekend, który dla Koreańczyków też jest specjalny. Nie mają co prawda 3 maja, ale za to mają dzień dziecka 5. maja, który tutaj jest świętem narodowym.

Korzystając z długiego weekendu wybraliśmy się tam z Łukaszem i czwórką naszych znajomych. I była to chyba najlepszy pomysł na spędzenie majowego weekendu.

Dotarliśmy tam w piątek rano. Nawet bardzo rano, bo musieliśmy wstać o 4.30, żeby zdążyć na autobus do Busan odchodzący o 6.00. Ale odespaliśmy swoje w autobusie, bo był to Excellent Bus. Nie żebyśmy byli jakimiś burżujami, ale wszystkie inne były już zarezerwowane, a poza tym wychodził on i tak taniej niż pociąg. Trasę liczącą ok. 400km pokonaliśmy w 4,5h, a jeszcze mieliśmy 15min postój. Łatwo sobie policzyć z jaką prędkością poginał pan kierowca ;)

Oczywiście, z racji pory, drogę do Busan przespaliśmy. Było bardzo wygodnie. Siedzenia były wielkie, miały oparcia na nogi, a gdy się je opuściło do pozycji leżącej, to można było spokojnie spać na boku i to prawie tak komfortowo jak we własnym łóżku.

Dzięki szybkiej drzemce mieliśmy w Busan energię na dalsze wojaże. Z dworca odebrał nas Koreańczyk, który był znajomym znajomego Aśki z Pusan. Acha. Przepraszam, jeżeli czasem będę pisał Pusan, a czasem Busan. Sami Koreańczycy z resztą tak piszą, ponieważ dla nich litera P i B to jedna i ta sama litera, więc tylko od tłumaczącego zależy, której użyje. Jest to czasem śmieszne, bo można zobaczyć napisy "Pusan Elementary School in Busan", czy coś w tym stylu, ale im to wyraźnie nie przeszkadza. Ale wracam już do naszego przyjazdu...

Min Kyu, bo tak się zwał nasz koreański nowy przyjaciel, zabrał nas do motelu, który prowadził wraz ze swoją rodziną. Szału nie było. Nawet bardzo go nie było i w dodatku okazało się, że będziemy musieli z Łukaszem podzielić się jednym łóżkiem, ale za to było bardzo tanio, a na tym nam przede wszystkim zależało.

Zaraz po przyjeździe to motelu i wypakowaniu rzeczy poszliśmy na najlepszą plażę w Pusan: Hae-undae. Była od nas tylko jakieś... 17 przystanków autobusem. Co, wbrew temu jak wygląda, było naprawdę niewielkim dystansem, gdyż miasto, w porównaniu do Seulu, jest bardzo rozległe. Gdy już dotarliśmy na plażę, to nie żałowaliśmy przejechanych przystanków. Warto było. Rozłożyliśmy się na kocyku i, stanowiąc niemałą atrakcję dla lokalnych, postanowiliśmy upolować trochę słońca. Ja oczywiście musiałem jeszcze pobiec do sklepu i kupić sobie nieco kremu do opalania, bo moja zacna łysinka mogłaby ciężko znieść pobyt na plaży.

Plaża, acha plaża...

... i dobry człowiek na skuterku, któremu zimno nie było.

Stary człowiek i morze ;)

Po około godzinie leżenia i moczenia nóg w wodzie poszliśmy sobie wzdłuż brzegu. Zaraz przy plaży znajdował się mały park, o którego zahaczyliśmy po drodze. Niestety nie przeszliśmy go w całości, ponieważ chcieliśmy jeszcze coś zjeść zanim udaliśmy się na... mecz baseballa!

I to była chyba największa atrakcja dnia, o ile nie największa atrakcja wyjazdu. Zaplanowaliśmy to już wcześniej, ale nie wiedzieliśmy, czy uda nam się dostać bilety. Były one śmiesznie tanie w porównaniu z biletami na jakiekolwiek mecze w Polsce, bo najtańszy można było dostać już za 7,000 Wonów, czyli ok. 18 zł. Na szczęście w drodze na stadion spotkaliśmy Koreańczyka, który nie dość, że mówił biegle po angielsku to jeszcze wybierał się na ten sam mecz! Poprosiliśmy więc, żeby nam kupił bilety, co było dobrym posunięciem biorąc pod uwagę głośność i poziom emocji przy rozmowie przy kasie.

Udało nam się dostać naprawdę dobre bilety. Gdy weszliśmy na stadion było jeszcze ok. 40 min. do rozpoczęcia gry i ludzie się dopiero schodzili. A przychodzili z całymi rodzinami i z zapasami jak na wojnę. Przed stadionem można było kupić gotowe zestawy kurczaka, piwo w zgrzewkach i kartonach, mnóstwo różnych słodyczy i napojów, etc. Gdy mecz się zaczął trybuny były wypełnione po same brzegi. Lotte Giants, czyli drużyna z Pusan, do najlepszych nie należy. Właściwie to zajmuje ostatnie miejsce w tabeli ligowej, ale charakteryzuje się jednym - ma najlepszych kibiców w Korei. Z prostej przyczyny. Pusan to drugie największe miasto w Korei, a ma tylko jedną drużynę baseballową, podczas, gdy taki Seoul ma ich cztery, albo więcej.

Na atmosferę nie mogliśmy narzekać. Wszyscy od lat 2 do 102, a w takim wieku byli ludzie na stadionie razem śpiewali drużynowe pieśni i zagrzewali zawodników do walki. Każdy zawodnik ma z resztą swoją własny temat muzyczny, który z reguły składa się z jego imienia i kilku słów po koreańsku. Pozwoliło to nam dość szybko nauczyć się ich wszystkich i zostać uznanymi za 100% kibiców.

Mecz był trochę długawy (trwał ponad 3h), ale ekscytujący. W przerwach to publiczność przejmowała inicjatywę i zaczynała falę meksykańską albo drużynowe pieśni. Niemałą rolę odgrywał też człowiek zagrzewający publikę do walki, który wręcz skakał z radości na małej scenie pomiędzy cheerleaderkami. Przerwy tez wykorzystywaliśmy, żeby pójść po coś do jedzenia (np. pyszne ciasteczka z budyniem) albo po ciepłą kawę, bo ja z racji, że zapomniałem spakować swetra, trochę przymarzałem do krzesełka.

Nauczyliśmy się tez przy okazji zasad baseballa, ponieważ siedział koło nas zapalony kibic, który co dobre odbicie, ale przechwyt piłki prawie skakał na swoim siedzeniu. A że dobrze mówił po angielsku, to się do co nieco wypytywaliśmy.

Podczas ostatniej rundy, gdy wynik był już przesądzony - Lotte Giants vs. Doosan Bears 5:9, kibice z Pusan ubrali na głowy rozdane wcześniej, nadmuchane ... reklamówki foliowe. Miało to symbolizować kurczaki na stadionie, które niestety przegrywają. My też dostaliśmy swoje i upodobniliśmy się do reszty drobiu, padając przy tym ze śmiechu.


Po skończonym meczu i już bez reklamówek na głowie, pojechaliśmy spotkać się z pozostałą czwórką naszych znajomych, co zajęło nam trochę czasu. Jak się okazało, nasz przewodnik jest z 2001 roku, a Pusan to nie Warszawa, gdzie merto buduje się 25 lat. Stacja na której mieliśmy się spotkać wydawała się dość blisko (wg naszej mapy: 4 stacje od stadionu). I wszystko byłoby OK, gdyby nie dobudowali w międzyczasie ok. 6 innych stacji. No ale wreszcie z kilkudziesięciominutowym opóźnieniem dotarliśmy na miejsce. Posiedzieliśmy chwilę w jednym z lokalnych barów, a potem przenieśliśmy się w okolicę naszej plaży Hae-undae...

Kolejnego dnia w planie były świątynie, a konkretnie Beoemosa - jedna ze starszych świątyń buddyjskich w Pusan. Dotarliśmy tam z lekkim opóźnieniem, ponieważ wcześniej podjechaliśmy jeszcze kupić bilet powrotny. W sumie ważna rzecz, biorąc pod uwagę, że wybrany przez nas weekend to prawdopodobnie jeden z bardziej "turystycznych" w Korei. Ale wracając do Beomeosy. Mieliśmy trochę szczęścia w nieszczęściu, bo gdy już dotarliśmy na właściwą stację metra, to nie mogliśmy znaleźć autobusu jadącego do świątyni. Były wszystkie inne, tylko nie ten, a ponieważ mieliśmy przewodnik z 2001 roku, to uznaliśmy, że w sumie przez 8 lat mogło się coś zmienić... i wzięliśmy taksówkę. Taksówkarz od razu po usłyszeniu nazwy krzyknął, że chce 5000 wonów i nie włącza taksometru. Z początku nie wydawał się to jakiś super deal dla nas, ale nie chcieliśmy już zwlekać. I dobrze zrobiliśmy. Okazało się, że do świątyni jest... korek i ponad 20 minut staliśmy. Koreańskie taksówki normalnie kasują podróżnych podczas postoju, więc od pewnego momentu to taksówkarz zaczął żałować swojej propozycji.

Świątynia i góry...
Jakby ktoś wąptił w ilość lampionów...

Sama Beomeosa była dość ciekawa. Po pierwsze kilkupiętrowa, gdyż szło się cały czas pod górę, przechodząc przez kolejne bramy. Główny dziedziniec był cały pokryty lampionami - trafiliśmy na urodziny buddy, co też sprawiało, że chodziliśmy jako część wielkiej masy ludzi migrujących tu w ten weekend. Po obejrzeniu wszystkich zabudowań świątynnych, zobaczyliśmy zdradliwą tabliczkę, że niedaleko od świątyni i trochę po górkę po kamieniach jest forteca. O starej, rozległej fortecy czytałem już wcześniej, więc nas skusiło.

Kamyczki, hehe...

Po ok. 45 szybkiego skakania po kamieniach dotarliśmy do północnej bramy fortecy w Pusan. Łukasz żałował, ja nie. W sumie on jest ze Szczecina, a ja z Nowego Sącza, więc to co nie co tłumaczy. Zrobiłem sobie standardowe zdjęcie z lokalnym żołnierzykiem, chwilę przerwy i ruszyliśmy dalej. Po kilku kolejnych pagórkach Łukasz zwątpił i stwierdził, że wraca. Mi się za bardzo spodobały widoczki, więc poszedłem naprzód wzdłuż muru chcąc dotrzeć do wschodniej bramy. I była to najlepsza decyzja jaką mogłem podjąć. Widoki mi wszystko wynagrodziły. Żałowałem tylko, że nie mam lepszego aparatu, który mógłby uchwycić białe, nowoczesne miasto, wcinające się w zielone górskie doliny, rozdzielone na pół wzgórzami i rzekami...

Północna brama i człowiek w tradycyjnym stroju w środku... niczego...

Miałem niesamowitą radochę. Do tego stopnia, że czasami zdarzało mi się podbiegać na wzniesienia i wspinać się na okoliczne skałki, żeby zrobić zdjęcia. Odkryłem przez to nawet jakąś starą warownię, której zwykły turysta nie ma szans zobaczyć. Szedłem tez dokładnie wzdłuż muru, co dawało dużo więcej frajdy i pięknych widoków, niż wydeptana, szeroka ścieżka kilkadziesiąt metrów obok.

Prawie jak w Chinach... ;)

Jedno z kilkudziesięciu takich samych zdjęć, jakie zrobiłem,
które i tak nie pokaże jak tam naprawdę było ładnie... Ehh...

Odkrycie podróżnika...

Wschodnia brama...

Wschodnia brama, do której dotarłem po dość długiej przechadzce okazała się być całkiem nieźle odrestaurowana, w przeciwieństwie do bramy północnej. Łatwiej tam dojść, to ją odstrzelili. Schodząc do metra zgarnąłem autobus, bo już miałem lekko dość - trekking w jeansach, adidasach i bez grama wody jest dość ciekawą opcją. Autobus nr 203 postawił mnie na nogi, bo nie był to zwykły autobus. Po pierwsze zgarnął mnie z połowy drogi między przystankami (miło z jego strony). Po drugie, zaraz gdy wsiadłem zauważyłem, że siedzenia ma tak jak w autokarze, a nie jak w miejskim. Po trzecie, wszyscy ludzie byli jakoś bardziej bladzi niż zwykle, a kierowca jedną ręką kurczowo trzymał się rurki koło kierownicy. Po pierwszej minucie jazdy zrozumiałem wszystko. Kierowcy w Pusan do ostrożnych i wolnych nie należą, ale ten dawał czadu znacznie ponad średnią. Co tam, że było stromo i mnóstwo zakrętów po drodze. Tak długo jak trzymał swoją rurkę, noga mu z gazu nie spadała, to sunęliśmy w dół na złamanie karku. Nakręciłem nawet film, z myślą, że przynajmniej ktoś będzie wiedział, jak zginąłem...

Niestety znów ku nieszczęściu niektórych udało mi się przeżyć ;) I powiem nawet, że to była najtańsza kolejka górska na której byłem. Jednym słowem: Pusan, autobus #203 - polecam!

Na kolację dotarłem do reszty znajomych i wyświeżonego Łukasza na sashimi, czyli surową rybę. Coś a'la sushi. Niektórzy mówią nawet, że lepsze, ale ja jakoś tego zdania nie podzielam. Tym bardziej, że miejsce, w który jedliśmy, to największy targ ryby w Pusan, a może nawet w Korei - Jagalchi, więc gdzie jeść rybę jak nie tam? Większe wrażenie niż smak ryby zrobił na mnie jej widok, a właściwie to widok tych ryb, które naszym sashimi jeszcze nie były. Piętro niżej niż restauracja były stoiska ze świeżymi rybami i owocami morza. Trochę powtórka z Tsujiki z Tokio, z tym, że tutaj więcej cudów żyło, ruszało się, a nawet próbowało dać dyla z akwarium...

Dziwy małe...

Dziwy duże... mniej więcej metrowe...

... i przystawki do tego, gdzie kończą ;)

Kolejny dzień w Pusan i kolejna świątynia - Yonggungsa, czyli po polsku - świątynia smoka. Strasznie fajnie położona, bo na skalistym wybrzeżu i do tego stopnia blisko morze, że wcina się okno w zabudowania świątynne. Inna niż poprzednia, bo weselsza, o czym może świadczyć chociażby ogromny, złoty, uśmiechnięty budda w jej centrum. Poza tym były też złote świnie, smok i oczywiście mnóstwo ludzi. Swoją drogą, żeby tu dotrzeć spędziliśmy ok. 1,5h(!) w autobusie miejskim, a dystans nie był powalający. Korki. Droga powrotna była identyczna. Cudem też udało nam się wepchnąć do autobusu. Jakby to była Ulica Sezamkowa, to możnaby napisać, że odcinek z Yonggunsą sponsorowało słowo: "transport publiczny".

Prawie tyle samo lampionów co ludzi...

I z drugiej strony...

Wielki, złoty, uśmiechnięty...

Popsuło nam to trochę plany, ponieważ chcieliśmy z Łukaszem jeszcze dotrzeć do parku Taejongdae, który podobno jest najładniejszym w Pusan. Co prawda nam się to udało po kolejnej godzinie spędzonej najpierw w metrze, a potem w kolejnym autobusie, ale widzieliśmy park nocą. Też było ładnie, bo widać z niego wejście do portu w Pusan i mnóstwo zakotwiczonych tam statków. Aczkolwiek gdyby nie te korki, to mielibyśmy park i w dzień i w nocy. A tak, nie dość, że wzięliśmy kolejkę, która obwiozła nas między najciekawszymi miejscami, to jeszcze musieliśmy się spieszyć na ostatnią. Ja oczywiście nie zdążyłem, bo poszedłem robić zdjęcia i Łukasz musiał na mnie trochę czekać na dole...

Te jasne kropki, to statki... naprawdę!

Ostatniego dnia stwierdziliśmy, że jak tak ma wyglądać poruszanie się gdziekolwiek... to my idziemy na plażę! Co też wprowadziliśmy w czyn. Wzięliśmy kocyk sponsorowany przez United Airlines i wyłożyliśmy się plackiem. Łukasz nawet robił za lokalnego Davida Beckhama z tłumem nastolatek. Nie wiedzieć czemu w Pusan biały człowiek robi furorę na ulicy. Wszyscy mówią "hello", uśmiechają się, machają, chcą sobie zrobić zdjęcie... naprawdę można sobie ego podbudować. Co prawda ego Łukasza zostało nieco zdruzgotane, jak po sesji zdjęciowej z jedną z klas w pusańskim liceum, odwiedzającą właśnie plażę, podeszła do niego Amerykanka i poprosiła o zdjęcie... Ja patrze, a on wstaje i dawaj... Cóż... Nie zczaił chłopak kawału koleżanki ze Stanów, ale za to mi zafundował 15 minut śmiechu do rozpuku.

Po tej porcji ćwiczeń nie chciałem ryzykować kolejnego spotkania z wycieczką, więc zwinąłem się z kocyka i nieco podsmażony postanowiłem pochodzić po okolicy. Niestety, chociaż mi do Beckhama daleko, też mnie dorwały jakieś Koreanki, tym razem na szczęście w grupie 4 a nie 20, i strzeliły sobie zdjęcie. Swoją drogą tylko patrzyć, kiedy na jakimś koreańskim portalu pojawi się moje zdjęcie z komentarzem w stylu: "Kosmici na plaży w Pusan!". Hmm... ryzyko zawodowe ;)

Wycieczka po okolicy była udana. Przeszedłem się kawałek plażą, potem skalistym wybrzeżem, dotarłem do jakiejś małej świątyni, która została postawiona na tym miejscu na cześć jednego z władców Korei, a w końcu doszedłem do APEC House, gdzie zbierali się i debatowali wielcy tego świata. Wracając już, chciałem też zahaczyć o lokalną rybkę, ale gdy bardzo miła pani przed jedną restauracją powiedziała mi, że trzeba czekać ok. 1h na wejście, to skończyłem w Lotterii (lokalnej odmianie McDonald's), gdzie swoją drogą też odstałem swoje.

Wybrzeże i hotelowa część Hae-undae...

APEC (Asia-Pacific Economic Cooperation) House...

Świątynia...Parki, morze i drapacze chmur...

Kilka chwil później zwinęliśmy się z Łukaszem na autobus i tak się skończyło nasze wojażowanie w Pusan. Pod znakiem kurczaka, baseballa i środka publicznego ;)

Aha. Więcej zdjęć na: http://picasaweb.google.com/ad.musial, jeżeli ktoś zapomniał ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz