wtorek, 28 lipca 2009

Tuk tuki, ping pong... i Bangkok!

Dwudziestego nadszedł czas żeby pożegnać się z Ao Nang i zacząć podbijać stolicę. Czekała nas wczesna podbudka, bo chcąc zdążyć na 13.00 na minivana, zaliczając jeszcze „smażenie naleśnika” na plaży, musieliśmy nieco nasze spanie skrócić. Ale warto było, bo ostatniego dnia w Ao Nang słoneczko nam dopisało. Opiekliśmy boki, pożegnaliśmy się z plażą, pozbieraliśmy ostatnie muszelki (niektóre same się pozbierały przylepiając do nas, bo część plaży była po prostu wysypana małymi muszelkami). Generalnie w dechę. Bagaże mieliśmy już zostawione w hallu, więc tylko wzięliśmy szybki prysznic zmywając z siebie resztki tajskiej soli morskiej i poszliśmy… jeść. Dzień wcześniej, dzięki poradom przypadkowo napotkanej, nieco zawieszonej pary Portugalczyków, odkryliśmy bardzo dobre jedzenie na straganie niedaleko lokalnego McDonalda. Oczywiście tajskie. Chcieliśmy sobie zrobić powtórkę z dnia wczorajszego czyli Pad Thai (makaron z warzywami i kurczakiem/wieprzowiną/wołowiną/owocami morza), ale po 12 było dla pani straganowej jeszcze za wcześnie. W skrócie – pani jeszcze nie było. No to wzięliśmy sobie po shake’u z mango i ananasa oraz kanapkę z tuńczykiem. Za te dwa cuda zapłaciliśmy zawrotne 7 zł, co i tak jak na lokalne warunki to drożyzna, bo Pad Thai’a można zjeść za 35 bahtów, czyli 3,5 zł. A to danie obiadowe. Cóż… ryżyk tańszy niż buła. Nic dziwnego, Tajlandia to przecież chyba jeden z największych, o ile nie największy eksporter ryżu na świecie. Ale znowu odpływam od tematu.

Wzięliśmy kanapkę w łapkę, wróciliśmy do hotelu… [kryptoreklama: J Hotel w Ao Nang – po 20 zł/os. za pokój full wypas; kto nie weźmie, ten jeleń… nie Jeleń ;) ]. Pan za 5zł ponad bilet autobusowy zabrał nas swoim vanem na lotnisko, a było całkiem daleko bo jechaliśmy jakieś 45 min. Na lotnisku, jak to na lotnisku. Nuda i oczekiwanie na check-in. Urozmaiciliśmy sobie ją czytając gdzie się zatrzymać w Bangkoku i co zrobić po przyjeździe do hotelu.

Padło na Lamphu House w dzielnicy Banglamphu. Jak się wkrótce okazało, była to jedna z najgłośniejszych dzielnic Bangkoku. Turystyczny raj. My mieliśmy nocleg przy ul. Rambuttri, a przecznicę dalej znajdowała się Khao Sang żyjąca 24h na dobę. Zapraszamy fanów jedzenia, picia, pamiątek, zakupów wszelakich, salonów tatuażu, żądnych spotkania dziwnych ludzi etc. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że lokalni Tajowie byli, uprzejmie to ujmując, nachalni. Po kilkudziesięciu minutach chodzenia naprawdę chce się napisać i powiesić na szyi karteczkę z napisem: „No, thank you!”. No i na dodatek Bangkok to miasto, gdzie każdy chce Cię zrobić na szaro. Kierowca tuk-tuka, czyli lokalnej taksówki, wyglądającej jak połączenie wózka z motocyklem, weźmie Cię wszędzie za 10 bahtów… Tylko czasem zapomni wspomnieć, że zrobi przystanek na oglądanie biżuterii w innej części miasta, gdzie wypadałoby (!) coś kupić, albo pokaże Ci jakiś ciekawy klub, lub inne cudo. Na szczęście, wiedzieliśmy o takich zagrywkach, więc nie dawaliśmy się nabrać za taksówkę za złotówkę, ale łatwowiernych było nie mało. Już na samym lotnisku przywitał nas ciekawy widok ludzi, stojących w wyznaczonych strefach i próbujących zwerbować podróżnych. Wyglądało to o tyle śmiesznie, że kilkunastu z nich gniotło się na ok. 30 metrach kwadratowych i jak daleko mogli, nie przekraczając przerywanej linii, wystawiali rękę z ulotką, a nawet łapali podróżnych za rękaw. Nie fajnie. Znaleźliśmy informacje turystyczną, dowiedzieliśmy się, który autobus wziąć, ufając, że pan w okienku nie jest przepłacony przez jakąś organizacje taksówkarsko-autobusową i wskaże nam rzeczywiście autobus, który nas dowiezie tam, gdzie chcemy. Po drodze zaczepił nas oczywiście jakiś taksówkarz podający się sprzedawcę biletów autobusowych. Po tym jak powiedział, że w sumie autobus jest wolny i lepiej wziąć taksówkę załapaliśmy o co chodzi. Jakaś tragedia. W ciągu pierwszych kilkudziesięciu minut Bangkok potrafi tak zniechęcić, że ma się ochotę kupić bilet i wsiąść powrotem do samolotu. Tylko pytanie kto ten bilet sprzedaje, i czy samolot leci tam gdzie trzeba… ;)

Pierwszego wieczora obeszliśmy wkoło naszą dzielnicę. Było za późno na odwiedzanie czegokolwiek, a za wcześnie, żeby iść spać, więc padło na spacer. Zobaczyliśmy zamknięty park, imprezową Khao San, jakąś ładnie podświetloną starą basztę, zamknięte nabrzeże… i wróciliśmy do hotelu. Umieraliśmy przy tym z gorąca, bo ciepły i wilgotny klimat, a w dodatku w wielkim i czasami nie za miło podjeżdżającym mieście, jest dość wymagający.


Następny dzień (21. czerwca) zaczęliśmy standardowo dość wcześnie. O 10 byliśmy już w biurze podróży, gdyż udało nam się znaleźć bilety przez Tajwan do Seulu taniej, niż w Internecie. [ …trochę się zdziwiłem, ale pisząc tego posta na brudno byłem w samolocie do Taipei, więc nas nie zrobili na szaro ;)] Niestety o 10 rano pani jeszcze nie było, więc musieliśmy wrócić do biura później. Ponieważ nasze Banglamphu znajduje się w najstarszej dzielnicy Bangkoku, to do zabytków daleko nie mieliśmy. Piechotą doszliśmy pod Pałac Królewski i najokazalszą chyba świątynie: Wat … . Trochę nas zaskoczyła cena wejściówki (350 bahtów, czyli ok. .35 zł), ale szybko okazało się, że warto było zapłacić. Cała świątynia było przyozdobiona złotem i mieniącymi się kawałkami szkła. W słoneczny dzień, a taki właśnie mieliśmy, wszystko błyszczało. Mnóstwo zdobień, rzeźb itp. sprawiało wrażenie, że świątynia jest dość mała. Nie było tam pustych przestrzeni, a wręcz przeciwnie – schody, krużganki, wolno stojące rzeźby, małe budynki o bardzo różnych kształtach. Było super, aczkolwiek polowania na kawałki cienia nie dało się uniknąć. 5 minut w słońcu i człowiek się topi. Jak ser (a nawet ser topiony :).


Przy wejściu Aśka dostała „stylową” koszulinę, bo miała na sobie bluzkę na ramiączkach, a tak do świątyni nie wpuszczają. Ja na szczęście miałem długie spodnie, które z reguły podwijałem na krótkie, ale to pozwoliło mi uniknąć pożyczanych dresów, które w tej temperaturze robiłby za woreczek od serka topionego – w środku się topi i nie wypływa na zewnątrz :). Jedno, co nas zdziwiło, to fakt, że główny posąg buddy był trochę … mały. Niby jakiś super mega turbo, ale mały. Cóż, cała reszta ekstra.



Po Wat … przyszła kolej na kolejny Wat – Wat Pho. Tuż obok, ale trzeba było przejść dookoła murów pałacowych przez targ z różnego rodzaju amuletami. Jak się przekonaliśmy „amuletem” tu było wszystko od starego telefonu komórkowego, przez broszkę do posążka buddy. Tak ja napisane w przewodniku, byli tam sami turyści i… mnisi. A Ci to dopiero ciekawe stworzenia, bo chodzili od straganu do straganu (uwaga: stragan = kocyk, parę dupereli na kocyku typu stara moneta, budzik, komórka, dwóch glinianych buddów i złoty kot machający łapą + sprzedający) i oglądali przez lupę gliniane posążki. Jak stwierdziliśmy po krótkiej przechadzce straganiarzom przyświecało motto: „co mam w domu sprzedam, szybko”. Niewiele kupiliśmy. Właściwie nic nie kupiliśmy.

Mijając zagłębie sklepów z suszonymi rybami, od których jechało niemiłosiernie, weszliśmy do Wat Pho zobaczyć leżącego buddę. I to nas trochę zaskoczyło. Budda chyba trochę mniejszy rangą, jeżeli tak można powiedzieć, od swojego małego zielonego poprzednika z poprzedniej świątyni, ale dla nas ignorantów fajniejszy… bo duży. Duuuuuuuuży. Taki duży, że aż się musiał położyć, bo świątynia była za mała. Nie, no. Są siedzący buddowie, leżący, a nawet stojący. Ten już był Budda Nirvana, więc leżał. Okazało się potem, że była to tylko kopia posągu z Ayutthai, ale całkiem przyjemna. No i, w przeciwieństwie do oryginału, złota. Swoją droga tak wielkiej złotej stopy jeszcze nie widziałem. Paznokieć małego palca wielkości Aśki głowy tez robił wrażenie. Obeszliśmy świątynie i z mozołem przetransportowaliśmy się kilkadziesiąt metrów do przystani, żeby wziąć prom na druga stronę rzeki. Z mozołem, bo po drodze był targ rybny i słońce przy plus czterdziestu.


Wat Arun, czyli świątynia wschodu słońca, była trochę w innym klimacie. Przypominała trochę świątynie majów, bo można było się na nią wspiąć po stromych schodkach. Bardzo stromych. Ale za to widok był przedni. Zrobiliśmy zdjęcia i przeWATowani już tym łażeniem, udaliśmy się na zasłużoną mrożoną kawę. No i to też było przeżycie. Pan z okolicznej budy wziął dwie szklanki po kawie (nie mył, bo po co jak ciągle w nich kawę robi), sypnął dwie łyżeczki kawy, dwa razy tyle cukru, zalał skondensowanym, słodzonym mlekiem, pomieszał, zalał tymże ulepkiem kostki oldu w półlitrowym kubeczku i zażyczył sobie 20 bahtów. Najlepsze, to to, że to dobre było. Nawet bardzo, a sposób przygotowania – niezapomniany.




Wsiedliśmy z powrotem w tramwaj wodny i wróciliśmy do naszego hotelu. Czekała nas kolejna wycieczka do biura podróży po bilet na Tajwan. Postanowiliśmy zarezerwować też jednodniową wycieczkę do Ayutthai, starej stolicy Tajlandii, co jak się potem okazało, było zbawienne w skutkach, bo przy tym upale i bez klimatyzowanego miniavana padlibyśmy jak muchy.
Z biletem było trochę problemów. Dokładnie z odbiorem. Po najdłużej drukujący się bilet świata chodziliśmy chyba ze trzy razy. Ale w końcu udało się i dostaliśmy co chcieliśmy. Nawet wycieczkę do Ayttuhai dostaliśmy z pięciozłotowy rabatem! Szał, przy zakupie biletów za 1300 zł/os.

Wieczór spędziliśmy na Patapong Market. , czyli nocnym rynku. Nocny to on może i był, bo późno było, ale taki bez szału, jak na to co słyszeliśmy o nocnych marketach. Za to dzielnica była szałowa. Czerwone latarnie w skrócie oraz mnóstwo Tajów z cennikami z bardzo ciekawą zawartością, krzyczących „Sir! Look! Show!”. Panom za taki szoł dziękujemy. Do hotelu wróciliśmy tuk-tukiem, co było nie lada przeżyciem biorąc pod uwagę, jak oni tutaj jeżdżą. Ale wynegocjowaliśmy dobrą cenę (zaczęło się od 150, a skończyło na 80), wiec było fajnie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz