wtorek, 19 maja 2009

Everland...

Na drugi dzień po wycieczce do pałacu postanowiliśmy zafundować sobie nieco rozrywki i wybraliśmy się do jednego z dwóch parków rozrywki w Seulu - Everland'u. Jako, że pogoda była ładne, my z Martą troszeczkę podpieczeni po zwiedzaniu Gyeongbokgung, to zaczęliśmy dzień od ostrego nasmarowania się olejkami do opalania itp. O godzinie 7.30 rano (!), zebrawszy uprzednio całkiem pokaźną ekipę siedmioosobową wyruszyliśmy w drogę. Tak wczesna pora jest z reguły nie do wykonania dla ludzi wstających ok. 10-11, ale widać rollercoaster'y czynią cuda.

Wycieczkę mieliśmy dość długą, bo dotarliśmy na miejsce ok. 10.30, jako że sam Everland znajduje się kilkanaście kilometrów poza Seulem (chociaż w zasadzie to dalej jest teren aglomeracji). Żeby się tam dostać najpierw musieliśmy przejechać pół miasta, żeby złapać szybki autobus do parku.

No, ale odespaliśmy w trakcie troszeczkę i po zapłaceniu swojego, z samopoczuciem jak u małego dziecka w okolicach gwiazdki, weszliśmy... Niestety na dzień dobry niemiła informacja - tylko jeden z 3 dużych rollercoasterów jest czynny. Pocieszające było, że "do odwołania", więc planowanie wycieczki na inny dzień nic i tak nie dałoby.


Zgarnęliśmy mapę, i po kolei zaliczaliśmy atrakcje. Najpierw statek, który wybujał nas w górę i w dół. Potem było strzelanie do maskotek, następnie rzucanie się kulkami z pianki i połączenie domu strachów z torem przeszkód... Ciekawostek sporo, czasu mało, a kolejki... średnio po 20-30 minut do każdej lepszej atrakcji.


Ale najfajniejsze zostawiliśmy sobie na nieco później. Po zejściu z wodnej kolejki, nieco przemoczeni, ale w sumie to zadowoleni, bo na zewnątrz +30 stopni, przeszliśmy... jeść ;) A jedzenie było w stylu amerykańskim, czyli burger i frytki. Szału nie było, ale czekał nas rollercoaster, więc konsumpcji dokonaliśmy w dość szybkim tempie i przeszliśmy pod samą atrakcję. Kolejka jak zwykle. Napisane nawet, że czas oczekiwania 60 min. Spodziewaliśmy się. Ale minęło szybko, bo cały czas się przesuwaliśmy, a momentami kolejka szła pod samym rollercoasterem, więc słyszeliśmy co nas czeka.


Wreszcie wsiedliśmy do kolejki. Wszyscy trochę zestresowani. Penny blada, Aśka niepewna, czy aby jest we właściwym miejscu, ja ze związanymi z tyłu okularami, żeby ich nie stracić... Zapięto nas, sprawdzono, dostaliśmy kilka niezbędnych informacji, m.in. że największy spadek ma bagatela 77 stopni w dół... I jazda!


Było super. Po rollercoasterze jeszcze szybkie safari z żyrafami, białymi tygrysami i... niedźwiedziami (?!) oraz spływ tratwą na orzeźwienie. Oczywiście nie mogłem sobie odpuścić kilku innych atrakcji, które porządnie mną wytrzęsły. Na koniec diabelskie koło i... do domu. Żal było kończyć przedwczesny dzień dziecka, ale niestety powoli już zamykali. Późno, a do domu daleko, więc szybciutko w autobus, potem w metro, akademik... i koniec dziecięcej przygody...

Zdjęcia tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz