Po Manili podróż przesunęła się z jednej wysepki na drugą. W sumie to z wysepki na wyspę, bo Borneo to trzecia co do wielkości wyspa na świecie. Naszym przystankiem na Borneo było Kota Kinabalu w malezyjskiej prowincji Sabah. Bo tak w ogóle to Borneo jest podzielone między Indonezję i Malezję, a znowu Malezja dzieli się na część kontynentalną i tą na Borneo. Zagmatwane, wiem. Nie wchodzę już dalej w podziały.
Do Kota Kinabalu dolecieliśmy 8. czerwca wieczorem. Trochę nam zajęło, zanim dotarliśmy i znaleźliśmy nocleg. Nie rezerwowaliśmy niczego z wyprzedzeniem, idąc za radą, że czasem lepiej zobaczyć na własne oczy co się bookuje, zanim się to zrobi. Na lotnisku poszło płynnie. Może poza faktem, że przy wybieraniu gotówki w bankomacie uratowała mnie karta Pekao, która do tej pory była zupełnie bezużyteczna, bo żaden bankomat w Korei jej nie czytał. A stan środków na koncie w Pekao, które z racji bycia bezużytecznym ładnie wyczyściłem, podratował mi … Urząd Skarbowy, zwracając podatek! Tak więc zaczęło się od cudu.
Nocleg znaleźliśmy bez wielkich problemów. Pierwszy, zachwalany przez Lonely Planet hostel, okazał się niewypałem – nie dość, że musieliśmy tachać nasze bagaże na 4 piętro to jeszcze pokój był bez okien i… śmierdział, przynajmniej tak mówiła Asia, bo ja miałem już dość wchodzenia kolejnych 2 pięter i zostałem z walizami. Ruszyliśmy dalej, czyli za róg do kolejnego miejsca – Asia poszła na zwiady, zbadała wszystko i stwierdziła, że może być… Interesującą osobą był chłopak na recepcji, który, jak stwierdziliśmy, albo miał problemy z identyfikacją własnej płci, albo coś brał… W każdym razie, czego nie powiedzieliśmy, to się zaśmiewał cieniutkim głosem i wywracał oczami. Ale grunt, że mieliśmy już dach nad głową, przyzwoity , do tego z klimatyzacją i bez współlokatorów mieszkających pod łóżkiem, którzy to podobno w Malezji są nierzadcy. Słyszeliśmy nawet, że należy spać w stopperach, bo niektóre robaczki wchodzą uszami do mózgu, kiedy się regenerujesz. Takie małe ciekawostki o Azji…
Szukanie hotelu nie obyło się bez niespodzianek, bo spotkaliśmy znajomego z Korei, który właśnie powoli kończył swój pobyt w Kota Kinabalu. Tak tylko to wspominam, jakby ktoś wciąż nie wierzył, że świat jest mały.
Nawet z niespodziankami, bo spotkaliśmy znajomego z Korei, który właśnie powoli kończył swój pobyt w Kota Kinabalu. Tak tylko to wspominam, jakby ktoś wciąż nie wierzył, że świat jest mały.
Pomimo, iż było już dość późno, po zregenerowaniu się nowo odkrytym cudem Malezji, czyli pycha soczkiem z mango, z kawałkami tegoż owocu w środku puszki, stwierdziliśmy, że wybierzemy się na nocny rynek, czyli coś, o czym się mówi w całej Azji, a czego jeszcze nie miałem okazji zobaczyć. Po drodze standardowe zdjęcie Merlina, czyli symbolu KK.
Sam rynek okazał się niesamowity. Mnóstwo straganów. Ze wszystkim od świeżych owoc ów i warzyw, przez pieczone ryby i kurczaka, do całej gamy różnego rodzaju owoców morza.
I oczywiście ludzie jedzący wszystko, co tam serwują. My też nie byliśmy gorsi i zaserwowaliśmy sobie pieczone krewetki, rybę i … kraba. Było pycha, bo wszystko świeże. Najśmieszniejsze było to, że: nie bardzo wiedzieliśmy jak jeść kraba, więc podpatrywaliśmy lokalnych oraz nie wiedzieliśmy, czy możemy sobie w tej wodzie, która stoi na stole umyć ręce, czy ona może jest do picia. Podglądanie jak zwykle pomaga, więc wyszliśmy z czystymi rękami. A… no bo sztućce?! Tutaj?! ;)
Wracając spotkaliśmy znowu naszego znajomego Olivera, który siedział w barze niedaleko nas ze swoim znajomym Brytyjczykiem, Jasonem. Ten to dopiero ma życie. Firma, w której pracował zbankrutowała, więc stwierdził, że wybierze się na … trzymiesięczne wakacje! Podróżuje już miesiąc, a za dwa ma spotkać się ze swoim bratem na Nowej Zelandii. Tez mógłbym być takim bezrobotnym. Dzięki niemu też dowiedziałem się czym jest Pimm’s … i że to całkiem dobre.
Kolejnego dnia (a był to już 9. czerwca) Jason wybrał się w dżunglę, a my na zwiedzanie miasta. Pogoda była straszna – prawie +40, ale czuliśmy się jakby było dwa razy więcej, bo dochodziłą do tego jeszcze wilgotność. Ale co poradzić. Przyzwyczajenie, że po każdym wyjściu z klimatyzowanego miejsca, czas w jakim Twój organizm w całości zaczyna się pocić wynosi kilkanaście sekund, pozwoliło nam się tym nie przejmować. Przeszliśmy dość spory kawałek polując na każdy cień w okolicy, aż dotarliśmy do muzeum. Wyglądało na nieco opuszczone. Stara, mała, żelazna brama na końcu małego mostku, dalej pusta budka sprzedającego bilety, lekko zapuszczone schody pod górę i odgłos prac remontowych. Już chcieliśmy wracać, gdy zobaczyliśmy ludzi krążących za rogiem budynku.
Okazało się, że muzeum działa. Ale szczerze mówiąc, byliśmy bardziej zainteresowani rekonstrukcją malajskiej wioski niż jakimś muzeum. Nie czekając długo, weszliśmy na mały, linowy mostek, prowadzący do sztucznej wioski. Kawałek ścieżki prowadził w górę, ale po chwili się kończył, więc zmieniliśmy kierunek marszu. Znaleźliśmy pierwszy zrekonstruowany dom, a za nim całą resztę.
Były niesamowite. Ze wszystkimi sprzętami w środku, wyglądały jak świeżo opuszczone. Weszliśmy do jednego, drugiego, trzeciego, gdy nagle, siedząc na werandzie, usłyszałem: „Auuuu #$%^&*!”. Gdy się poderwałem zauważyłem Aśkę siedzącą na podłodze z nogą… w podłodze! Okazało się, że bambusowa podłoga nie wytrzymała. Dokładnie końcówka za łączeniem i Aśka nabawiła się pięknego siniaka na całej łydce. Na szczęście skończyło się na siniaku, a nie na nodze skręconej w kolanie. Nie wiele brakowało, bo żeby wyjąc nogę musiałem odłamać kawałek bambusa. Jedno jest pewne – dla Aśki to była ostatnia bambusowa chatka tego dnia.
Ja zwiedziłem ich jeszcze kilka. Były całkiem fajne, gdyż każda z nic była chatą innej osoby (rybaka, stolarza, szamana, etc.). W niektórych można było znaleźć ludzkie czaszki, z czasów gdy w okolicy grasowali łowcy głów.
W ostatniej był standardowo sklepik z pamiątkami, żeby „biedni” turyści przypadkiem za mało pieniędzy nie zostawili. Ale, żeby tak nie smęcić, to mieliśmy trochę szczęścia. Po wyjściu z wioski zorientowaliśmy się, że… było płatne. I to całkiem nie mało, bo kilkanaście ringgitów (1RM = ok. 1zł). Miło. Byliśmy o obiad do przodu. Ale na obiad jeszcze było trochę za wcześnie, tym bardziej, że w takim upale średnio się chce jeść. Co niektórzy z obolałymi kończynami i inni umierający ze spiekoty, wybraliśmy się z wyprawą na meczet. Znowu polowanie na cień, ale na szczęście tym razem było nieco bliżej. Do meczetu oczywiście nie weszliśmy, bo po pierwsze nie trafiliśmy na godziny odwiedzin, a po drugie moje krótkie spodenki i Aśki koszulka na ramiączkach w obliczu braku strojów do pożyczenia, lekko nas dyskwalifikowały.
Chcieliśmy więc dotrzeć nad morze. Nie okazało się to łatwe. Na szczęście w międzyczasie napotkaliśmy centrum handlowe, gdzie mogliśmy kupić coś do picia oraz poużywać sobie z klimatyzacją. Miło było, ale się skończyło i trzeba było znowu się zderzyć z „zupą” za drzwiami.
Dalej w drodze nad morze dotarliśmy na rybny market, gdzie dookoła, tworząc kwadrat, poustawiane były stoiska z Twoim przyszłym obiadem, który jeszcze pływał. Nie zdecydowaliśmy się jednak, bo ceny też były ciekawe. Dzień wcześniej Jason polecił nam jedną restaurację (Sri Rahmat Restoran).
Dotarliśmy tam i zamówiliśmy: Mee Hoon Tom Yam razy dwa. MHTM, czyli bardzo ostrą zupę z makaronem i kawałkami owoców morza. Z pełnymi brzuchami udaliśmy się wolnym spacerowym krokiem do hotelu. Wieczorem, mając w pamięci dzień poprzedni, udaliśmy się do pobliskiego BBQ Baru na lokalną whisky z colą i snacki z ośmiornicy. Musze przyznać, ciekawe połączenie…
Kolejnego dnia, a nieubłaganie był to już 10. czerwca, czekała nas dość wczesna pobudka, bo chcąc coś jeszcze zobaczyć przed wyjazdem na lotnisko, trzeba było się zwlec o przyzwoitej porze. Po śniadaniu w pobliskiej sklepo-piekarni udaliśmy się na „punkt widokowy”. Nie za bardzo wiedzieliśmy jak on będzie wyglądał i jak daleko jest. Na mapie wyglądało, że powinniśmy dojść. Wiedzieliśmy jedno – droga kilkaset metrów za naszym hotelem gdzieś przecież musi mieć swój najwyższy punkt… No i rzeczywiście. Po kilkunastu minutach człapania pod górę dostrzegliśmy betonowy taras wystający nieco ze zbocza góry. Okazał się całkiem przyjemny. Można z niego zobaczyć naprawdę całe Kota Kinabalu, bo to w sumie nie za wielkie miasteczko. Widać też wyspę, na której znajduje się park narodowy, a w głąb lądu ponoć jest... dżungla. Szybkie kilka zdjęć, chwilę odpoczynku na ławeczce i schodzimy. Pokrążyliśmy jeszcze trochę po mieście, wróciliśmy do hotelu na szybki prysznic przed check-outem, zostawiliśmy nasze bagaże u doskonałego pana recepcjonisty i wybraliśmy się na lunch do restauracji, którą odwiedziliśmy wczoraj. Tym razem Aśka zamówiła jakieś kluchy, a ja coś, co w efekcie okazało się zupą. I nie powiem, żebym się takiej konsystencji spodziewał.
Najedzeni, a bagażami złapaliśmy taksówkę na lotnisko, targując się do tego stopnia, że gość już chciał odjeżdżać. Za zaoszczędzone pieniądze kupiliśmy sobie na lotnisku po małpie. Pluszowej. Żywych nie wiedzieliśmy, to przynajmniej weźmiemy pluszaka na własność! A co! Po standardowo stresowym check-inie bagażu (jak tu znowu ukryć te dodatkowe kilogramy…) razem z małpą strzeliliśmy sobie krótką drzemkę na lotnisku. Mieliśmy trochę czasu, a poprzednia noc do najdłuższych nie należała, więc czemu nie. Drzemka była krótka, ale treściwa. Teraz czekał nas samolot do Singapuru…
wypraszam sobie winę mojej bluzki na ramiączkach :P:P
OdpowiedzUsuńproszę sprawdzić, iż owego dnia przyadaptowałam się do kultury muzułmańskiej i przyodziałam bluzkę ze sprawiedliwej długości rękawkami :P:P:P
a wejść - nie weszliśmy, bo w sumie to nie wiedzieliśmy, czy możemy, hahahahaha....
Otóż mój drogi, Borneo okupowane jest nie tylko przez Malezję i Indonezję, ale także przez małe islamskie państewko w którym najgorszy jest zakaz sprzedaży alkoholu (co siłą rzeczy nie pozwala spędzić tam więcej czasu niż dwa dni), a nazywane jest Sułtanatem Brunei :)
OdpowiedzUsuńPo drugie, proszę nie burżuić, że Wam było źle w Summer Lodge, bo brzydko i śmierdzi... Nas tam wprawdzie okradziono... :) ale poza tym to rewelka :) A i cena najlepsza!
Pozdro z wawy!