poniedziałek, 27 lipca 2009

Singapur

[... z pamiętnika podróżnika, czyli ciąg dalszy...]

Dziesiątego po południu dotarliśmy do Singapuru. Spieszyło nam się trochę, bo mieliśmy się spotkać ze znajomym Aśki – Hoonem, który podobnie jak my, wojażował sobie po Azji i właśnie wracał do Seulu, z krótką przerwą w Singapurze. Ponieważ dogadaliśmy się wcześniej, to zostawaliśmy nawet w jednym hotelu. Po przylocie, jak na przyzwoitych świrów przystało, daliśmy czadu po lotnisku wyprzedzając kogo się dało, żeby być pierwszymi na odprawie. Odprawa poszła szybko (nawet szybciej niż się spodziewaliśmy, biorąc pod uwagę, że Singapur ma więcej przepisów niż metrów kwadratowych powierzchni). Odebraliśmy nasz bagaż, szybko wrzuciliśmy go na obowiązkowy rentgen, czy przypadkiem nie ma w nim kawałka skrzydła, śmigła, czy czegokolwiek innego, odebraliśmy wszystko z taśmy, hop na wózek i wyjeżdżamy. Hmm… wszystko? Nie. Gdzie mój plecak? Cholera. Został na taśmie. W ogólnym zamieszaniu zapomniałem go wrzucić na wózek. No to biegiem, bo przecież nam się spieszy. Wszystko ok – widzę go przez szybę. Stoi biedak oparty o ściankę rentgena, ale nie mogę wejść, bo stoi ochrona. No to bieżę do Działu Rzeczy Zagubionych, wyjaśniam zacnej pani jaka ze mnie pierdoła i czekam na pana bagażowego, który to ma po mój plecak pójść. Jest i pan bagażowy, ale niestety nie tak spostrzegawczy jak ja i plecaka nie widzi. No to mu macham przez szybę, robie pajacyki, żeby zwrócił na mnie uwagę… Sukces. Niesie do ochroniarzy, jeszcze szybkie pytanie, co mam w środku i … uff. Mam swój dobytek.

Gdyby nie plecak, to byłby rekord w szybkości opuszczania lotniska. Tak było ok. 25-30 min. I tak jeszcze przyzwoicie. Wsiedliśmy w metro i szybko do hotelu. Standardowo nierezerwowany, ale Hoon miał tam czekać i zająć jakiś pokój, albo dwa. Wysiedliśmy, znaleźliśmy kierunek, potem ulicę, potem coś co się nazywa Summer Tavern, więc pytamy o Hoona. A pan z recepcji do nas, że nikogo takiego nie ma. Trochę nas to zdziwiło. Ale na szczęście pan był lotny i się pyta, czy my zostajemy w hotelu czy hostelu? Bo jak w hotelu, to na drugą stronę ulicy. I rzeczywiście. Gdy tylko weszliśmy Hoon już na nas czekał. Swoją droga tez mieliśmy szczęście, bo miał wychodzić już na kolacje. Więc szybko wrzuciliśmy bagaże do naszego czteroosobowego pokoju za „jedyne” 120 SGD, czyli jakieś 240 zł za noc. Warunki – lekki dramat, bo dwa łóżka piętrowe, miejsca na podłodze tyle, ze się 3 walizki nie zmieściły i ja miałem swoją „garderobę” na drugim górnym łóżku, zaciek na ścianie, w łazience jedne drzwi lekko odpadały, no ale cóż… Witamy w Singapurze ;)

Na kolacje wybraliśmy się do chińskiej dzielnicy. Znaleźliśmy uliczkę z mnóstwem stolików i baro/restauracji. Zamówiliśmy królewską kolację, bo okazało się, że … Hoon ma urodziny! No więc łącznie mieliśmy chyba z 5 potraw w tym specjalność singapurskiego Chinatown – Black Pepper Crab. Było pycha. Mieliśmy już kończyć, kiedy podszedł do nas właściciel restauracji i powiedział, że musimy się zwijać, bo już 22 i … ulicę otwierają. A nasz stolik stał na jej środku. No to my w śmiech, resztka kraba w łapkę i się zmywamy.


Ale, że dla nas wieczór jeszcze młody postanowiliśmy sobie zrobić Singapore by Night. Przechodząc przez most zobaczyliśmy singapurskie City w pełnej krasie. Naprawdę robi wrażenie. Hmm… mógłbym tan nawet pracować ;) Pod wrażeniem widoku, przeszliśmy dalej, na Esplanade, czyli miejsce skąd widać, jak panowie architekci dawali upust swoim fantazjom w Singapurze. Chcieliśmy przejść po drodze przez coś a’la centrum handlowo wystawowe, ponieważ stamtąd ponoć miał być najlepszy widok, ale … zabłądziliśmy. Hoon też się pogubił, więc musieliśmy zasięgnąć pomocy. I znów pomogła nam klasa pracująca, czy mega-wypas-wszystko-wiedzący zespół sprzątający. Ok., może trochę przesadziłem, bo oni też mieli trochę problemów z określeniem, które drzwi z tego w czym jesteśmy są jeszcze otwarte, a które nie, ale suma sumarum dotarliśmy do wyjścia i na owy taras widokowy. No i znowu warto było. Co prawda umordowani bieganiem po schodach i okołorównikowym ciepełkiem, ale szczęśliwi przesiedzieliśmy dobrą chwilę podziwiając co to architekcie budujący City nawymyślali w tej starej angielskiej kolonii…


Następnego dnia czekał nas pełny dzień „zwiedzaniowy". Ustaliliśmy harmonogram z Hoonem i wyruszyliśmy względnie wcześnie. Żeby nie tracić czasu na jedzenie chwyciliśmy po kilka specjałów od pani z budki na ulicy i pomaszerowaliśmy dalej. Oczywiście lokalnych specjałów, tj. pasztecików z curry, sardynkami i yamem. Jeść też nie mogliśmy za szybo bo trzeba było skończyć przed metrem, bo w środku już nie wolno. Jak ktoś bardzo chce to proszę, ale niech się liczy, że może to być jego najdroższy posiłek w życiu, bo kara za jedzenie w metrze to bodajże S$500, czyli jakiś 1000zł. Po drodze oddaliśmy się również nowoodkrytej pasji ornitologicznej i zaczęliśmy robić zdjęcia ptakom, które ochrzciliśmy jako gołębie tubylcy. Oj śmiesznie było…


Dojechaliśmy na Orchard Street, jedną z główniejszych ulic główniejszej części Singapuru, na której to znaleźć można wszystko. Oczywiście wszystko za jedyne $100 i więcej, bo butiki Prady, Gucci i innych takich były wszędzie. Ale nam wystarczy zdjęcie butiku, a nie koniecznie buty czy torebka, więc po chwili window-shopping poczłapaliśmy dalej w kierunku ogrodów botanicznych – naszego dzisiejszego celu. Singapore Botanic Graden okazał się całkiem pokaźny. Sama część ogrodu poświęcona orchideom zawierała ponad 600 tys. różnych gatunków. Na szczęście poza różnobarwnością miały też inne kształty. W przeciwnym wypadku, jak na przeciętnego przedstawiciela płci odmiennej, potrafiłbym rozróżnić jedynie 16…

Najfajniejsze były gatunki, które były przywiezione z obcych krajów, bo specjalnie dla nich wybudowano klimatyzowane pomieszczenia. Nie trudno zgadnąć, że cieszyły się one ponadprzeciętną popularnością wśród zwiedzających. Hmm, ciekawe czy upał ok. +40 i charakterystyczna dla równika wilgotność miały coś z tym wspólnego?


Na pewno miał fakt, że był tam cień, a tego dnia było to dobro ewidentnie rzadkie i pożądane. W pewnym momencie stał się nawet kryterium wyboru drogi, gdyż tak naprawdę przebiegaliśmy od jednego do drugiego… Raz nawet mijaliśmy jakiś pomnik, i już myśleliśmy, ze słońce za mocno nam w głowę przyświeciło, ale nie – napis na pomniku widniał jak byk: Frycek Chopin. Tak nam się miło i patriotycznie zrobiło. Okazało się, że to jakiś dar Polaków dla Singapuru. Tak czy inaczej miło, tym bardziej, że żadnych Dalajlamów, Fidelów czy innych Lincolnów z Franklinami na pomnikach nie było. Wychodząc chcieliśmy sobie kupić jakieś pamiątki. Aśka magnes na lodówkę, a ja kwiatka w szkiełku. Proszę nie pytać o powody – po prostu. No i kupiliśmy. Tylko po powrocie do hotelu okazało się, że zostały na ladzie. Cóż. Wsparliśmy, pewnie i tak ja bogatszy na świecie, ogród botaniczny kolejnymi kilkunastoma złotymi. Po wyjściu z ogrodu poszliśmy do Coffe Bean & Tea Leaf. Szczerze mówić, to bardziej chcieliśmy usiąść w czymś klimatyzowanym niż mieliśmy ochotę na kawę. Po szybkim zbiciu temperatury przeszliśmy kawałek w stronę metra, gdzie pożegnaliśmy się z Hoonem, który miał samolot do Seulu tego wieczora, a my pojechaliśmy na do indyjskiej dzielnicy…


Little India, wcale nie było takie little. Jednym z pierwszych miejsc jakie odwiedziliśmy była hinduska pagoda. Aśce się podobało, ale dla mnie ewidentnie szału nie było. Jakieś rozkładające się kawałki jedzenia, jakieś kwiatki an ścianach, brudno… ale cóż – tolerancja religijna musi być. No i do tego ciapaci. Ciapaci, czyli hindusi… (określenie kolegi niejakiego Łukasza, nieobraźliwe ;) A to naród specyficzny. Ktokolwiek widział Ganges, hinduskie jedzenie, itp. ten zrozumie o co mi chodzi. Co do jedzenia, to jak już wyszliśmy z tej „świątyni”, to pora byłą żeby coś zjeść. No to poszliśmy na naan’a i jakieś lokalne paszteciki. Naan, to po prostu kawałek placka – coś na skrzyżowaniu macy z naleśnikiem, do którego podają kilka sosów, w tym obowiązkowo curry. Całkiem to nawet dobre było. Dla mojego żołądka, jak się później okazało, może mniej, ale i tak nie był to ostatni naan podczas mojej podróży. Po smakowitym posiłku poszliśmy dalej w kierunku meczetu, bo ponoć niedaleko Little India jest jeden wart zobaczenia. Idziemy, drogę remontują, młoty pneumatyczne, telefon… Z SK Telecom do Aśki – rozmowa kwalifikacyjna! Ha… w środku Little India, gdzie każdy hindus puszcza ze swojego boombox’a co mu przyjaciele z Dehli podesłali, gdzie ulice właśnie przerabiają… No ciekawie, naprawdę. Po kilkunastu minutach rozmowa skończona. Wynik? Kto wie.
No to idziemy dalej, mijamy McDonalda, zachodzimy, w celach takich samych jak wszyscy turyści w Krakowie na Floriańskiej i potem dalej do meczetu. Znaleźć trudno nie było, bo okazał się całkiem… niebieski. Obok niego znajdował się nawet jakiś mały cmentarz. Ja oczywiście poszedłem, bo jakżeby inaczej. Kilka nagrobków, trochę tak jakby po nich jakiś czołg przejechał, jeden odnowiony. Szału nie ma. Wracam. Kierunek na następny meczet. Ten to już był przyzwoitych rozmiarów, z salami wykładowymi w środku. Chcieliśmy nawet wejść, ale okazało się, że godziny odwiedzin dla turystów już minęły. Trudno. Za to weszliśmy do sklepu Nikona, żeby sprawdzić ceny naszego sprzętu. O dziwo były dobre… Bardzo dobre. Samo body naszych aparatów było tańsze niż w Seulu. Sprzedawca oczywiście pokazał nam swój obiektyw, nakładkę na obiektyw, dokręcił do mojego aparatu, zrobił zdjęcie… no wszystko co biedak mógł, a ja mu an to: I am sorry panie sprzedawco, ale ja dziecko z biednej gminy górskiej i co miałem to wydałem. Zmartwił się, ale pomachał na do widzenia.


Do domu wracaliśmy przez Bugis, czyli dzielnicę sklepowo-rekreacyjną. Właściwie to ulice ze straganami. Na każdym rogu serwowali soki i shake’i owocowe, to sobie strzeliliśmy po jednym. Najpierw z dragon fruit’a, czyli czegoś z wyglądu przypominającego skrzyżowanie lichee z granatem, ale całkiem smaczne i buble tea, czyli herbatki z żelkami na spodzie. Maciek jest pewnie znawcą gatunku, bo na Tajwanie to piją to na umór. Bezalkoholowe, żeby nie było ;) Było dość gorąco, jak na miasto o jeden stopień od równika oddalone przystało, więc na jednym soczku na głowę się nie skończyło. Zaserwowaliśmy sobie drugi i to był błąd. Przynajmniej w moim przypadku. Aśka wzięła bananowy, a ja z… duriana (tutaj Ci, którzy wiedzą co to pewnie umierają już ze śmiechu). Najlepszy opis duriana jaki znalazłem pochodzi z Wikipedii i brzmi:
„Ma kształt owalny, do 40 cm długości i wadze do 4 kg, pokryty zieloną grubą skórką z kolcami. Charakterystyczny jest niezwykle intensywny (nieprzyjemny) zapach i wykwintny smak. […]Durian wykorzystywany jest przede wszystkim w kuchni, gdzie oprócz spożywania na surowo jest również gotowany i smażony. Przyrządza się z niego pastę, lody, a także rodzaj koktajlu przygotowywanego na bazie mleczka kokosowego. Mimo nieprzyjemnego zapachu w krajach Azji uchodzi za wyjątkowy przysmak. Jego smak można określić jako mieszaninę smażonego czosnku czy cebuli, śmietankowego sera i migdałów. Sprzedawany jest na ulicznych bazarach, gdzie jest również najczęściej na miejscu zjadany. W przypadku pobrudzenia ubrania jego ostry, odurzający zapach utrzymuje się jeszcze przez wiele godzin i z tego powodu nie wolno go spożywać w pomieszczeniach publicznych czy środkach komunikacji miejskiej. Nie wolno także przechowywać go w niektórych hotelach i zabierać na pokład samolotów niektórych linii lotniczych.”
Cyż nie smakołyk? No to po takim „soczku” miałem dość na cały dzień ;).


Minęliśmy Bugis i przechodziliśmy koło hinduskiej pagody, więc wstąpiliśmy. Półnadzy mnisi biegali od jednego ołtarzyka i okadzali jakieś owoce, jakiś ktoś się modlił i biegał za jednym mnichem od jednej statuetki do drugiej, inny ktoś spał w rogu, a zapach kadzidła unosił się wszędzie. Posiedzieliśmy chwile, poobcowaliśmy z inną religią i zmyliśmy się, bo tego samego dnia chcieliśmy zdążyć jeszcze na pokaz przy największej pojedynczej fontannie na świecie. Minęliśmy Singapore Management University, gdzie chwile temu studiował nasz kolega z SGH, też Maciek i dotarliśmy pod Katedrę Dobrego Pasterza. Jak widać Singapur to miasto kulturowo i religijnie… zmiksowane. Wszystko od meczetu, przez pagodę do katedry. Niestety było zamknięte na cztery spusty, więc szybko zahaczyliśmy tylko o nasz hostel, wzięliśmy małe dobre buteleczki, w które nas niejaki pan-którego-imienia-w-związku-z-buteleczkami-nie-mogę-wymówić (dzię-ku-ję;) zaopatrzył i poszliśmy pod fontannę…



Spóźniliśmy się. Okazało się że ostatni pokaz był o 20.00, a nie tak jak nam powiedział Hoon o 21.00. Szkoda, bo nie dość, że nic nie zobaczyliśmy to nabiegaliśmy się jak bure osły. No ale przynajmniej mieliśmy czarodziejskie buteleczki, więc wybraliśmy się na Esplanade, żeby posiedzieć i pocieszyć oko widokiem City w nocy…

tak w nocy...

... a tak w dzień ;)

Następnego dnia (12. czerwca) mieliśmy jechać autobusem do Melaki. Ale, że mieliśmy niedosyt Singapuru, to zostaliśmy jeszcze jeden dzień. Rano jak zwykle szybkie śniadania – Mee Goreng, czyli makaron zmiksowany z jajecznicą i dodatkami, Hong Kong noodles (inny makaron) i kilka ciastek z kawę. To było chyba moje najsmaczniejsze śniadanie do tej pory. Pycha i względnie tanio. Konsumpcji ciastek i kawy znowu musieliśmy dokonać dość szybko bo trzeba było wsiadać do metra z jedzeniem przecież nie wolno…

Pojechaliśmy na Santosę. Santosa jest najbardziej wysuniętą na południe częścią Singapuru, oddzieloną od reszty wyspy niewielkim kanałem. Dojechaliśmy do Stacji HarbourFront, skąd wiezliśmy kolejkę… linową, z dachu wieżowca obok.


Widok z wagonika...

Przejażdżka super. Jaworzyna Krynicka nie daje rady ;);). Santosa jest jednym wielkim parkiem rozrywki z muzeami, kawiarniami, plażami, kolejkami, rollercoasterami, oceanariami, hotelami, etc. Wszystko, czego dusza zapragnie… za odpowiednią cenę. My najpierw wybraliśmy się na plażę Silosa. Chciałem sobie stamtąd wzięć przejażdżkę na linie – ponoć 400m w 55 sekund. No to ja już taki ucieszony, a tu pan budkowy mi mówi, że za trzy tygodnie dopiero otwierają… No to się najeździłem ;(. No to poleźliśmy pod delfinarium i na kolejną plażę. Tam znaleźliśmy dwie wieże widokowe znajdujące się w najbardziej wysuniętym na południe miejscu kontynentu azjatyckiego, więc poszliśmy parę zdjęć porobić… Wracając kupiliśmy parę pamiątek w tym orchideę w szkle, której Aśka nie była jakoś za specjalnym zwolennikiem, ale ja nie będę się wypowiadał o jej przywieszkach do telefonów i innych takich ;).


Po powrocie linowym z Santosy poszliśmy do Asian Civilisation Museum, zobaczyć jak to nasi wschodni przyjaciele się rozwijali. Fajnie było, nie dość, że ciekawe eksponaty mieli, to jeszcze można było sobie arabskie literki porysować, na bębnach pograć, no i filmiki o tym jak się robi papier, atrament, jedwab pooglądać. Kolację tego dnia, w przeciwieństwie do śniadania mieliśmy niezmiernie obrzydliwą. Było napisane „pork”, czyli wieprzowina. Ale nikt nie napisał jakie czesci tego porka. No to dostali podsmażone flaczki, skórki, itp. I nie żebym był wybredny, ale to było po prostu niedobre. Dla zmiany smaku zafundowało sobie Roti John’a. Roti to po malajsku bułka, a kiedyś w Singapurze byli europejczycy, którzy kazali sobie do tej buły wrzucać omlet z serem i szynką. A, że każdy biały dla lokalnych był John’em, to buła się dorobiła nazwy Roti John. Było zdecydowanie lepsze od poprzedniego, chociaż, w tych okolicznościach, trudno to nazwać specjalnym osiągnięciem. A… no i przed kolacją byliśmy an fontannie. Skoro o niej zapomniałem, to pewnie domyślacie się dlaczego. Była… beznadziejna. Jakaś nieregularnie posikująca woda. Jakiś koncert życzeń się na niej wyświetlał, a my siedzieliśmy i zastanawialiśmy się czy ten pokaz to już się zaczął, czy może nie… No jak na największą fontannę na świecie, to się koledzy z miasta Singapur ewidentnie nie postarali.

Na kolejny dzień zarezerwowaliśmy sobie autobus do Kuala Lumpur. Fajny, z wygodnymi, półleżącymi siedzeniami – żyć, nie umierać. Wstaliśmy bez problemów, prysznic, pakowanie… tylko nam się jeszcze śniadania zachciało. I nie spodziewaliśmy się, że będziemy na nie (łącznie z jedzeniem) czekać 45 minut! Gdy zostało nam kilkadziesiąt minut do autobusu, to podziękowaliśmy panu za resztę śniadania i… biegiem! Z walizkami, aparatami, laptopem… Cali ciepli, mokrzy, nie do końca pamiętający ja się nazywamy dotarliśmy pod autobus na całe… 3 minuty przed odjazdem ;) To się nazywa timing ;). Okazało się, że nasz wydrukowany bilet nie wystarczy, więc jeszcze musiałem odbiec do kasy i wymienić go na inny, ale przynajmniej wiedziałem, że już nie odjadą bez nas. Potem jeszcze problem z bagażami, bo chyba nikt nie przewidział, że pasażerowie mogą jechać z torbami podróżnymi i na nasze już brakło miejsca w luku bagażowym. No pan kierowca wpadł na genialny pomysł: „Wciśnijmy je pod klimatyzator”… Tylko chyba zapomniał, że ja tam stoję i widzę jak wyciąga wiadro, do którego kapie woda z klimatyzatora i chce wcisnąć tam nasze walizki. Jak to zobaczyłem, to będąc już w stanie lekkiego wyczerpania i osiągnąwszy stan wyższego tu-mi-wisi-zmu, najłagodniej jak potrafiłem wyraziłem po angielsku swoją dezaprobatę. Nie było to „Czyś ty się człowieku z osłem na rozumy pozamieniał”, ale coś w tym klimacie. Pan się chyba nieco przestraszył, że ma do czynienia ze zmęczonym, zdesperowanym i chwilowo lekko nieobliczalnym obcokrajowcem, któremu próbuje przemoczyć cały dobytek, więc się zreflektował. Po minucie okazało się przecież jest kilka wolnych miejsc w środku, więc dlaczego tam nie wrzucić bagażu. Genialne w swojej prostocie, nieprawdaż?. No i jak to „dyplomacja” pomaga? ;)

... no i to by było na tyle z Miasta Kar ;)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz