wtorek, 28 lipca 2009

Plaża, deszcz i ostre jedzenie…

Na lotnisku w Kuala Lumpur jak to na lotnisku… Cyrk. Na check-ine standardowe ukrywanie dodatkowych kilogramów w bagażu podręcznym, maślane oczy do pani… uff udało się. Ale, ale… czemu nie ma naszego samolotu w rozpisce? Hmm… jest tylko opóźniony. No ale cóż, za dużo szczęścia by było, gdyby na tyle przelotów nic nie zawiodło. Ale poczekamy. Air Asia przyleci… kiedyś.

Nie czekaliśmy nawet strasznie długo. A może po prostu czas szybko minął, bo weszliśmy do ogromnego sklepu z różnymi rodzajami żelek, bakalii , przekąsek z wszystkiego od owocó1) zaczynając na rybach i owocach morze kończąc. Tylko próbując tak się najedliśmy, że w efekcie nie chciało nam się już nic kupować (jakie to Polskie, prawda? ;).


Samolot przyleciał, wsiedliśmy, fajnie, miło skórzane czarne siedzenia… Lecimy. Nie za długo bo bodajże 1h45min. Dla tych którzy zapomną o różnicy czasu, to nawet krócej, bo 45 min ;) Dolecieliśmy do Krabi. Lądujemy. Leje. Strasznie leje. No i co teraz? Gdzie plaża? No, ale po co nam w ogóle plaża jak tak leje… Pytamy: „Przejdzie?”, słyszymy: „Kiedyś tak…”. No nie powiem, że mnie to ucieszyło. Ale była jeszcze jedna gorsza rzecz. Zaczęliśmy czytać przewodnik i wybierać zakwaterowanie. Tacy szczęśliwi że tak kosmicznie tanio i w ogóle… A potem się okazało, że odejmowaliśmy zawsze o jedno zero za dużo… Wiecie jakie to uczucie, gdy z sekundy na sekundę coś staje się dziesięć razy droższe? I wymarzone wakacje, przestają być już takie wymarzone a stają się całkiem rzeczywiste… Eh…

Na lotnisku podeszliśmy do pań oferujących zakwaterowanie, żeby przekonać się jakie są ceny teraz, poza sezonem. I okazało się, że wcale nie takie kolorowe. Szczególnie na Ko Phi Phi, gdzie chcieliśmy się wybrać. Nic dziwnego. Pewnie jedno z najbardziej znanych miejsc turystycznych w Tajlandii – mała wysepka tylko i wyłącznie z hotelami, lazurowym morzem i jasnymi szerokimi plażami… No ale nie tym razem. Raz, że trochę za drogo, dwa, że jak ma nam padać, to po co płacić tyle. Doradzono nam, żeby się przenieść do Ao Nang – niewielkiego miasteczka, niedaleko Krabi z plażą i wycieczkami na Ko Phi Phi organizowanymi codziennie. Wydawało się ok., więc tak też zrobiliśmy.

Czasami brak przesadnego planowania jest dobry. Wyszliśmy z lotniska, od razu zaczęły nas łapać jakieś panie oferujące taksówkę w dowolne miejsce. Na szczęście nasz zacny przewodnik poinformował nas, że autobus jest 3 razy tańszy, a wcale jakoś strasznie dłużej nie jedzie. Kupiliśmy bilety, wsiedliśmy, jedziemy. Krajobraz trochę Filipiński, tylko ziemia bardziej czerwona i leje. Dojechaliśmy do Ao Nang. Kierowca się pyta, gdzie chcemy wysiadać, a my, że w sumie to nie wiemy. Zobaczyliśmy na mapie McDonalda. Jest Mac, to to musi być centrum wioski. I się nie pomyliśmy. Wysiedliśmy naprzeciw. Cały czas pada. Schowaliśmy się pod dachem, Aśka została z bagażami, a ja poszedłem się rozglądać za pokojami. Najpierw sprawdzamy co blisko. Jedno, w miarę ok., ale to pierwsze – pasuje sprawdzić resztę. Drugie, beznadziejne. No to otwieramy przewodnik i patrzymy co polecają. Przeszliśmy kawałek i nagle zerwał się niesamowity deszcz. Jedyne co mogliśmy zrobić, to wrzuciliśmy bagaż pod małą bambusową wiatkę. Aśka nie zdążyła się wdrapać, więc w ciągu kilku sekund nie została na niej sucha nitka. Jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Nawet te deszcze na Filipinach nie były tak obfite. Ja pobiegłem do tego naszego hotelu. J Hotel się nazywał. Nazwa wiele nie wskazuje, ale ponoć dobry. Wchodzę, pytam pani, czy ma pokoje, są. Pokazuje mi i mówi, że 400 bahtów (ok. 40zł). No to po wyglądzie pokoju ja się pytam, czy za osobę, a ona nie, że ze pokój. To mi szczęka opadła, bo ten, który wcześniej wdziałem był za 600 i w dodatku w dużo gorszym stanie. A ona mi jeszcze do tego, że jak za kiepska jakość, to ona ma większy. Idziemy, patrzymy, no rewelka. Okno, balkon, nowa łazienka, ręczniki, telewizor, lodówka… Żyć nie umierać, czekam na cenę: 450 :) Biorę. Wracam po Aśkę, ona w międzyczasie zdążyła nawiązać kontakt z lokalnymi kierowcami tuk tuków, którzy jak ona schronili się przed deszczem. Nawet nauczyła się jakiegoś słowa po tajsku (chyba dziękuje), ale brzmiało kaputt, czy coś takiego, więc stwierdziłem, że albo chłopcy mają kłopoty z wymową, albo ją wkręcają, bo myślą, że z Niemiec. Rzeczywiście było inaczej. Coś a’la kapin kap. Ale nie ważne. Idziemy do hotelu. Aśka trochę przerażona, bo przemoczona, nie w tym mieście co miało być, z noclegami nie kolorowo, ja jej jeszcze powiedziałem, że: „Syf, ale tani”, więc już w ogóle. Ale musiałem być za bardzo podekscytowany jak to mówiłem, bo zaczęła wietrzyć jakiś podstęp. Jak zobaczyła pokój, to już jej nawet deszcz na zewnątrz i mokre ciuchy przestały przeszkadzać ;) A serio – jak ktoś będzie w Ao Nang – brać J Hotel! Re-we-lac-ja! I z 20zł/os. ?!

No to jak się wysuszyliśmy to poszliśmy coś wrzucić na ruszt. Procedura standardowa. Wyczytaliśmy co chcemy zjeść i gdzie. Dotarliśmy na miejsce. Okazało się, że to restauracja hotelowa. W dodatku byliśmy jedynymi gośćmi. Biały obrus na stole, bajeczna sceneria, ale (będę brutalny) scenerią się nie najemy… Menu! No i znowu szału nie ma. Są te potrawy, które chcieliśmy. No to zamówiliśmy. Aśka dostała jakieś mięso z ryżem, bez szału. Ja jeszcze bardziej byłem zaskoczony, bo dostałem zupę. Hmm… nie jest to wymarzony posiłek kogoś wymęczonego, przemoczonego i wściekle głodnego. No ale co poradzić. Widocznie mit o taniej Tajlandii był rzeczywiście tylko mitem.

Zjedliśmy. Ilość była taka, że długo nie trwało. Pewnie z trzy razu dłużej czekaliśmy, bo chyba dla nas musieli piec rozpalać i na to mięso w zupie polować. No to trzeba umoczyć nogę w morzu. Umoczyliśmy dużego palucha i zwiewamy, bo deszcz idzie. Kupiliśmy sobie jakiegoś lokalnego drinka, bo na trzeźwo to taka Tajlandia nie przejdzie. Pierwszy raz przyszło mi pić pod… bankomatem. I to nie dlatego, że się staczam. To było najbliższe zadaszone miejsce, do którego trzeba było zwiewać przed deszczem. Ok. Przeszło. No to przeszliśmy kawałek dalej uliczką i weszliśmy do jakiegoś baru. No cóż. Barowa pogoda no to co mamy robić. Najśmieszniejsze było to, że w sezonie deszczowym to każdy turysta to jest chodząca gotówka, więc wszyscy się o nich biją. Tak samo było z nami. Jak nas tylko dwie kelnerki z konkurencyjnych barów wypatrzyły, to rozpoczął się sprint do nas, która pierwsza wręczy ulotkę. Nie zdziwiło nas, że oferty są takie same. No ale coś trzeba wybrać. Ale jak, kiedy dwie dziewczynki stoją, robią do Ciebie maślane oczy, a Ty wiesz, że jak jednej odmówisz, to Cię zagryzie. No to wybrałem rozwiązanie dyplomatyczne. Losowanie. Prawa, lewa i… bar wybrany. Dziewczynka obok tylko powiedziała, że w takim wypadku jutro musimy przyjść do niej i odpuściła grzecznie. My za to pograliśmy w Jenga, billard, piliśmy drinka z … wiaderka do piasku, takiego dla dzieci. Ciekawie było. Aśce się jeszcze spodobał jaszczur na lodówce, przypinany na magnesy i już prawie była gotowa zmienić pasję kolekcjonowania magnesów na kolekcjonowanie magnesów i jaszczurek, ale niestety delikwent a lodówki nie był na sprzedaż ;(

Kolejnego dnia rano… leje. Gdzie moja piękna Tajlandia!? *&^%*&^%! Nic, wracam spać. Pobudka po chwili – ok. przestało. No to chodźmy coś zjeść! Standardowo coś lokalnego. No to znaleźliśmy jedną restaurację, tym razem nie z polecanych, sprawdziliśmy ceny… wchodzimy. No i było warto. Aśka zamówiła sobie smażony ryżyk z krewetkami , który podano w połówce ananasa (!?), a ja miałem ośmiornicę z grzybami i młoda kukurydzą w sosie ostrygowym. Wszystko za ok. 100 bahtów. Miło. Ten posiłek przekonał nas, że może jednak w Tajlandii da się tanio i dobrze zjeść.


Wybraliśmy się na spacer, ale długo to nie trwało, bo… znowu się pogoda zaczęła psuć. Aśkę dorwała kobiecina od masażu, których tam w sezonie jest pewnie ze sto. Poza sezonem może z 20, ale z racji niedoboru towaru do masażu łapią dosłownie wszystko co się rusza. Nawet mnie. Aśka uległa i zafundowała sobie pedicure i coś tam jeszcze, czego nazwy jako przeciętny przedstawiciel płci odmiennej nie muszę pamiętać. Ja za to w deszczu bo w deszczu, ale poszedłem na zwiady po okolicy. Znalazłem jakiś mostek, który prowadził w górę klifu. Nie do końca wiedziałem gdzie prowadzi, więc tylko powiedziałem Aśce, żeby czekała na mnie do oporu i pani masażystki. Po lekko śliskawych drewnianych schodkach wdrapałem się na klif. Okazało się, że ścieżka prowadzi do … resortu. Jakiś 5-cio gwiazdkowy hotel, do którego nie da się dostać inaczej niż łódką, albo tą małą ścieżyną. Gdy tam doszedłem, od razu złapał mnie pan ochroniarz, kazał się wpisać na listę wchodzących na teren resortu i poprosił, żeby nie wchodzić w głąb, tylko pozostać na plaży. Cóż, i tak plaża mnie najbardziej interesowała. Ale było coś jeszcze. Żeby łódki mogły dopływać to trzeba im zrobić jakiś mostek/przystań/molo, no cokolwiek, żeby mogły sobie zacumować. No i zrobili… tylko, że pływające. Pierwszy pływający mostek, który unosił się na falach. Ekstra. Co prawda nie można było za daleko wyjść nim w morze, bo od razu pan ratownik gwizdał, ale nawet kilka pierwszych metrów dawało radochę, gdy mostek się ruszał pod wpływem fal…



Na obiad zafundowaliśmy sobie Pad Thai (czyli tradycyjne tajskie danie, w którego skład wchodzi mniej więcej: makaron, ośmiornica i przyprawy) i tajską sałatkę na ostro z kurczakiem. Znowu było dobre i naprawdę zacząłem się przekonywać do tajskiego jedzenia. Niektórzy mówią, że jest ostre. No tak. Może troszkę, ale to jest ten rodzaj ostrego, który mi akurat odpowiada. Gdy się bierze kęs do ust, to aż pali, ale po przełknięciu ostrość ustaje, a nie tak jak z koreańskimi ostrymi przyprawami, które zjedzone na lunch dają się odczuć do obiadu.

Siedemnastego dzień był dość monotonny. Z racji zaistnienia dobra rzadkiego, jakim było słońce, pospieszyliśmy topić słoninę. Poszliśmy na mostek jeszcze raz, pobawić się z falami. Aśka zaliczyła glebę do wody… Przepraszam: bliskie spotkanie trzeciego stopnia z morskim dnem. Równie niespodziewane co mokre. Na tyle niespodziewane, że nie zdążyłem zdjęcia zrobić, ale ubaw był nieziemski, bo woda do której wpadła była… hmm… do pół łydki? :) Na obiad zaserwowaliśmy sobie Green curry coco nut milk soup, czyli zupę kokosową z zielonym curry. Była pycha. Trochę ostra, ze względu na curry, ale pyszna. Reszta leniwego dnia upłynęła nam na delektowaniu się resztkami słońca i braku deszczu. A, no i zamówiliśmy sobie jeszcze wycieczkę na Ko Phi Phi. „Ko” po tajsku to wyspa, więc powiedzenie na wyspę Ko Phi Phi brzmi trochę jakby się ktoś jąkał (na wyspę wyspę Phi Phi;). To tam mieliśmy jechać zaraz po wylądowaniu w Krabi, ale okazała się za droga, nawet pomimo sezonu deszczowego. Tak więc, stwierdziliśmy, że przynajmniej wycieczkę sobie tam zafundujemy. Nie byliśmy co prawda do końca pewni pogody, ale nasza kochana pani w hotelu powiedziała, że jak będzie padać rano, to nie jedziemy i oddaje nam pieniądze, więc super.

Nie padało. Ok. 8.00 rano spod hotelu zabrał nas minibus. Zgarnął jeszcze kilka osób po dordze i zawiózł nas na przystań, gdzie wsiedliśmy na motorówkę, z trzema Tajami: Szefem, Grubym i Śmiesznym. Przydomki robocze, bo panowie się nie przedstawiali. Gruby był kierowcą, Śmieszny zapewniał rozrywki, a Szef… siedział i szefował. Z takimi przewodnikami, garstką niczego nieświadomych, w większości japońskich i koreańskich turystów wybraliśmy się na rejs.

Full-wypas pani kierowca mini vana obok jeżdżącej stacji benzynowej...

Po krótkiej chwili Gruby pokazał na co go stać. Dał czadu łódeczką i zaczęliśmy skakać na falach. Co niektórzy zaczęli robić się nieco zieloni i powolni zmieniali miejsca na te bardziej z tyłu, gdzie mniej trzęsie. Mnie śmieszny wypuścił… i poszedłem na dziób. I tutaj się przekonałem, że coś takiego jak grawitacja na motorówce to nie do końca istnieje. Czy siedziesz, czy już latasz zależy w dużej mierze od tego ile masz człowieku siły w rękach, żeby Cię utrzymały. Jak napływaliśmy z pełną prędkością na falę, wyskakiwaliśmy dziobem w górę, to mnie podrzucało na jakieś 30 cm w górę. A lekki piórko przecież nie jestem. No to się trzymałem, do tego stopnia, że po powrocie spostrzegłem, że od tego kurczowego trzymania się barierki i ciągłego podskakiwania i upadania nabawiłem się siniaków na przedramieniu. Ale był czad. Co prawda tak mnie wytrzęsło, że nawet nie dałem rady zdjęcia zrobić, ale przynajmniej po tym jestem już pewien, że choroby morskiej nie mam, a mój żołądek jest mocno przymocowany od innych części ciała.


Po ok. 40 minutach takiej zabawy dopłynęliśmy do pierwszej wysepki, a w zasadzie była to zatoczka, z której kręcili jakiś film z DiCaprio. Jakiś taki dość logiczny miał tytuł „Wyspa” czy coś, ale nie pamiętam. Potem przyszedł czas na lunch. Podpłynęliśmy na Ko Phi Phi. Wysiedliśmy… rzeczywiście ślicznie. Dookoła mnóstwo łódek, piaszczysta plaża, turkusowa woda, zielone skaliste wysepki dookoła. Zjedliśmy lunch, na który zaserwowano nam kilka różnych potraw, do wyboru do koloru nakładaj bracie co chcesz…

Aśka i Śmieszny...


Wypełnieni po brzegi postanowiliśmy poturlać się nieco po wysepce. Oczywiście im bardziej w głąb wchodziliśmy tym było gorzej, ale i tak ładnie. Co prawda nie wiem czy na tyle ładnie, żeby zapłacić min. 200zł/pokój, ale z gustami się nie dyskutuje. My tam mieliśmy Ao Nang pięć razy taniej.


Kolejną wysepką po Ko Phi Phi była Bamboo Island. Wyszliśmy an brzeg… plaża, piasek, krabiki małe biegają wszędzie, ludzi prawie nie ma… krajobraz jak z Robinsona Cruzoe. Tylko Piętaszek wziął urlop. Poszliśmy na przechadzkę. Doszliśmy do krańca wyspy i musieliśmy wracać, bo wielka granatowa chmura mówiła do nas: „Uciekajcie!” (chciałem napisać, że „Jak pan Prezydent”, ale nie napisałem, bo będę politycznie poprawny, prawda? ;).

No do wzięliśmy nogi za pas i w ostatniej chwili zdążyliśmy się schować pod daszek. Lunęło z sobie właściwą intensywnością. Normalnie nie mam nic przeciwko łażeniu w deszczu i byciu mokrym (tym bardziej, że w planie był snorkelling), ale myślę, że mój aparat, który akurat miałem przy sobie miał być coś przeciwko. Popadało, łódki podpłynęły z powrotem, wsiedliśmy i popłynęliśmy oglądać rybki i inne koralowce z rurą, czyli snorkelling czas zacząć.



Było w dechę. A nawet w dwie dechy. Co prawda pierwsze kilka oddechów z rurką prawie przypłaciłbym życiem, bo nie zauważyłem, że ona jest aż tak krótka, ale się nauczyłem i potem jakoś szło. Koralowce były super. Milion kolorów i kształtów. No i mnóstwo ryb. I w dodatku takich, które ja do tej pory tylko w zoologicznym widziałem. Naprawdę można było poczuć się jak w dużym akwarium. Bajka. Śmieszny w dodatku wrzucał od czasu do czasu kawałki jedzenia do wody i wszystkie okoliczne stworzenia pływające się zbiegały. Śmieszne uczucie jak Cię tak coś opływa ze wszech stron.


Po ok. 20 minutach pływania zmieniliśmy lokalizację i dalej poszliśmy pływać. Po skończonym seansie zwinęliśmy się na łódkę i konsumując serwowane nam ananasy, banany i inne arbuzy popłynęliśmy powrotem do Ao Nang. Tym razem znowu na dziobie ;)

Kolejnego dnia czekała nas następna wyprawa łódką. Tym razem nie motorówką full-wypas, ale long-tail boat’em, czyli taka drewnianą łódeczką, że śrubą napędową na dłuuuugim wysięgniku. Tym razem nas bardziej wymoczyła woda z za burty niż nas wytrzęsło. Płynęliśmy na Railey – niewielki półwysep zupełnie odgrodzony od reszty lądu wysokimi, ostrymi skałami. Nie ma innej drogi niż łódka, ale jak widać po lokalnych, jakoś nie bardzo im to przeszkadza. Płynąc poznaliśmy jeszcze parę Portugalczyków, którzy byli na Railey kilkanaście lat temu zaraz po ślubie i teraz przyjechali zobaczyć co się zmieniło.


Gdy już dotarliśmy, wysiedliśmy, umówiliśmy się z panem łódkarzem kiedy chcemy wracać, to poszliśmy polować na plażę. Nie wiedzieliśmy na którą, więc najpierw obeszliśmy wyspę dookoła. Przekonaliśmy się też, że nie wszystkie plaże są ładne i piaszczyste/kamieniste. Jedna z plaż po drugiej stronie cypla, to nawet plażą nie była, a raczej płynnie przechodzącym w wodę kawałkiem lądu, wyglądającym jak wielkie bagno i porośniętym krzakami. Współczujemy tym, co mieszkali w pensjonatach z widokiem na tą część Railey.


Doszliśmy jednak też do plaży, która była marzeniem turysty. Ładniejsza chyba nawet niż ta na Ko Phi Phi. A w dodatku miała swoje własne prywatne małpy, które namiętnie, za odpowiednią opłatą, dokarmiane bananami przez Amerykanki skakały po czym i po kim się da. Były prześmieszne. Piły soczek przez rureczkę (nie pytajcie mnie skąd miały), chodziły po ludziach jak po lianach… Zrobiliśmy kilaka zdjęć i poszliśmy dalej szukać laguny. Jak się okazało przegapiliśmy miejsce gdzie trzeba było skręcić. I nic dziwnego, bo byłą to ścieżka po skale, która byłaby nie do pokonania, gdyby nie lina wisząca z góry. Aśka z racji japonek sobie odpuściła, a ja durny poszedłem. I to z aparatem. Byłą to najgorsza wspinaczka w moim życiu. Nie dość, że musiałem się troszczyć, żeby nie zlecieć, żeby nie rozwalić po Dorze aparatu o jakiś wystający kawałek skały, to jeszcze okazało się, że nie dotrę do laguny, bo tam trzeba najpierw wejść, a potem zejść i z powrotem. O nie nie… Wystarczył mi widok z góry po wdrapaniu się na tą całą skałkę. I, i tak nie wiem, czy nie było to zdjęcie, za które przyszło mi najwięcej zapłacić…


Zszedłem jakoś, chociaż zajęło mi to chyba więcej niż wchodzenie i poszliśmy się opalać. Obowiązkowo zaliczyłem jeszcze spożywczaka, którego wcale najłatwiej znaleźć nie było, bo jak już zlazłem, to wyglądałem jak ofiara losu, a czułem się jeszcze gorzej. Więc pierwsze co było w planie, to woda.


Po wodzie kąpiel, opalanie, kąpiel, opalanie… i z powrotem na łódeczkę do Ao Nang. Po tak wyczerpującym dniu chcieliśmy coś zjeść. Portugalczycy, o których wspomniałem poinstruowali nas, że dobre jedzonko znajdziemy na straganach na ulicy i to, uwaga, za 3,50 zł za danie! No to poszaleliśmy. Najedliśmy się jak nigdy i było rewelka. Wzięliśmy oczywiście Pad Thai. Od tej pory w Tajlandii już nie zawitaliśmy do restauracji, ani nawet niczego co miało dach ;) A na deser uraczyliśmy się shakami za 2 zł. No w sumie dla mnie za 4zł, bo mi się pierwszy z łapki wyślizgnął i zjadł go chodnik...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz