poniedziałek, 2 lutego 2009

Dzień drugi


Jak już pewnie się co niektórzy zorientowali, mam trochę zaległości w pisaniu na bieżąco. Wszystko przez to, że nie mieliśmy dostępu do Internetu przez kilka pierwszych dni. Ale nadrabiam, nadrabiam.

Dzień drugi zaczęliśmy od śniadania - ośmiornica, kimchi (bo, jakżeby inaczej), coś w stylu fasolki z suszonymi rybami, odrobina tofu oraz słodkie ziemniaki z miodem na deser plus oczywiście miseczka ryżu. Standardowe koreańskie śniadanie/lunch. Normalnego chleba jeszcze nie widziałem. W sklepie był tylko tostowy, albo małe słodkie bułeczki z nadzieniem lub bez. Mleka to oni też tutaj nie za bardzo. Ewentualnie jakiś jogurt. No ale jak już zjedliśmy co zjeść mieliśmy, stwierdzilismy że czas podbijać Seul.

Za poradą Marty postanowilismy odwiedzić m.in. Tourist Information Office, gdzie mieliśmy nadzieje dostać jakies mapy Seulu w języku innym niż koreański. Dotarliśmy do najbliższej stacji metra (Hoegi Station), która znajduje się na linii prowadzącej do ratusza. Kupiliśmy bilety i z pomocą przypadkowo napotaknych tubylców mówiących cokolwiek po angielsku wsiedlismy we własiciwą kolejkę metra. Metro w Seulu jest dość potężne, ale jest anprawdę świetnie oznaczone. Każde wejście ma napisy po koreańsku i w języku angielskim, a część stacji nawet po chińsku. Przesiadki między liniami też są proste, ponieważ każda z nich ma inny kolor, a od każdego wejścia/wyjścia na ścianach ciagną sie strzałki mówiące w którą stronę trzeba isć, żeby trafić tam, gdzie się chce. Dodatkowo, żeby nie pomylić kierunku przy wejściu na dany peron wypisywane są nazwy kolejnych kilku stacji, więc mając mapę można spokojnie stwierdzić czy ten pociag jedzie w ta stronę, w którą ja chcę, czy nie.

Dotarliśmy więc metrem do ratusza (City Hall Station) gdzie akurat przywitał nas dość miły koreański akcent: zmiana warty pod jednym z pałaców w Seulu. Po obejrzeniu jej przemaszerowaliśmy kawałek do jednego, a potem do drugiego punktu informacji turystycznej. Niestety znajomość języka nawet w punktach obsługi nastawionych na obcokrajowców nie była porażająca. Na szczęście czytać umiemy i wzieliśmy sobie te mapy/przwodniki i ulotki, które wydawały nam sie interesujące. Od jednego punktu do drugiego przemaszerowaliśmy brzegiem sztucznego strumienia stworzonego w miejscu gdzie kiedys biegła droga szybkiego ruchu.



Z wszystkimi materiałałami poszliśmy upolowac jakąś kawę, a potem wybraliśmy się do "imprezowej" częściu Seulu spróbować koreańskiego piwa, które okazało się całkiem przywoite, w porównaniu do tego co o nim słyszałem. Co więcej, małe piwo (640ml!) kosztowało nas w europejskiej restauracji, która była zapewne droższa od lokalnych, zaledwie 3,000 Wonów, czyli przy obecnym kursie jakieś 7-8 zł. Mówie zaledwie, bo jak na warszawskie warunki to to jest promocja, a dodatkowo jakiś Heineken czy inne tego typu zachodnie piwo było dwukrotnie droższe. Posiedzieliśmy chwilę, pogadaliśmy i wróciliśmy wieczorem do akademika. Tak zakończył się dzień drugi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz