Pierwszy nasz piątek okazał się dość szczególnym piątkiem, bo odbywała się w Seulu tzw. Club Night, czyli wstęp do jednego klubu = wstęp do wszystkich klubów.
My ze względu na godzinę wyruszenia na podboje (1.00-2.00) w nocy i nasze "polowanie" na sen po przestawieniu się z jednej strefy czasowej na drugą odpuściliśmy sobie piątkowy wieczór. I w sumie może dobrze, bo z realacji Łukasza, który się zawziął wyglądało dość dramatycznie.
Jak on sam stwierdził: "W Korei nie znają słowa stolik. Po prostu jest ściana, trochę miejsca do siedzenia pod nią i parkiet, na który wejdzie tyle ludzi ile się upchnie". Pomijam już fakt, że niektóre kluby w ogóle nie prowadzą szatni i jak nasi współtowarzysze niedoli z akademika zostawili kurtki na oparciach to im je zakosiła ochrona i chcieli je wyrzucać, co raczej przy temperaturze w okolicach 0 stopni na zewnątrz byłoby niemiłą niespodzianką. Na szczęście kurtki udało się odzyskać, a sama impreza bynajmniej nie okazała się klapą, ale liczba Koreańczyków była podobno nie do wyobrażenia.
W sobotę już z naszym udziałem my, studenci z wymiany w KAIST udaliśmy się na ponowny podbój Seulu. Tym razem nieco wcześniej i raczej barowo niż klubowo (ze względu na doświadczenia przedniej nocy i dość drogie wejściówki w weekendy - ok. 20,000 Wonów, czyli 50 zł). Po odwiedzeniu dwóch róznych barów stwierdziliśmy, że nieco zgłodnieliśmy i postanowiliśmy odiwedzić "restaurację" czynną 24h. "Restaurację", ponieważ w sumie był to namiot z dużą ilością stolików w środku. Tam, nie patrząc, że było w okolicach 5 nad ranem, w tłoku zjedliśmy chyba najlepszego kurczaka jak na razie. Do akademika wróciliśmy taksówkami, które są tutaj śmiesznie tanie w porównaniu nawet do Nowego Sącza, nie mówiąc już o Warszawie, gdzie połowe z tego zapłacilibysmy za samo strzelenie drzwiami. Powrót, który zajął nam ponad 30 min kosztował 3,000 Wonów (ok. 7 zł) za osobę...
My ze względu na godzinę wyruszenia na podboje (1.00-2.00) w nocy i nasze "polowanie" na sen po przestawieniu się z jednej strefy czasowej na drugą odpuściliśmy sobie piątkowy wieczór. I w sumie może dobrze, bo z realacji Łukasza, który się zawziął wyglądało dość dramatycznie.
Jak on sam stwierdził: "W Korei nie znają słowa stolik. Po prostu jest ściana, trochę miejsca do siedzenia pod nią i parkiet, na który wejdzie tyle ludzi ile się upchnie". Pomijam już fakt, że niektóre kluby w ogóle nie prowadzą szatni i jak nasi współtowarzysze niedoli z akademika zostawili kurtki na oparciach to im je zakosiła ochrona i chcieli je wyrzucać, co raczej przy temperaturze w okolicach 0 stopni na zewnątrz byłoby niemiłą niespodzianką. Na szczęście kurtki udało się odzyskać, a sama impreza bynajmniej nie okazała się klapą, ale liczba Koreańczyków była podobno nie do wyobrażenia.
W sobotę już z naszym udziałem my, studenci z wymiany w KAIST udaliśmy się na ponowny podbój Seulu. Tym razem nieco wcześniej i raczej barowo niż klubowo (ze względu na doświadczenia przedniej nocy i dość drogie wejściówki w weekendy - ok. 20,000 Wonów, czyli 50 zł). Po odwiedzeniu dwóch róznych barów stwierdziliśmy, że nieco zgłodnieliśmy i postanowiliśmy odiwedzić "restaurację" czynną 24h. "Restaurację", ponieważ w sumie był to namiot z dużą ilością stolików w środku. Tam, nie patrząc, że było w okolicach 5 nad ranem, w tłoku zjedliśmy chyba najlepszego kurczaka jak na razie. Do akademika wróciliśmy taksówkami, które są tutaj śmiesznie tanie w porównaniu nawet do Nowego Sącza, nie mówiąc już o Warszawie, gdzie połowe z tego zapłacilibysmy za samo strzelenie drzwiami. Powrót, który zajął nam ponad 30 min kosztował 3,000 Wonów (ok. 7 zł) za osobę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz