Ostatnio trochę zaniedbałem bloga, ale cóż... nie było o czym pisać. Niestety, ku zdziwieniu mojemu i wielu osób, którym to już mówiłem, tu od czasu do czasu trzeba się uczyć. Naprawdę. System nasi skośni bracia mają dużo bardziej "na bieżąco", niż my w Europie. Tutaj nawet na studiach oddaje się pracę domową co tydzień. Oczywiście duża część osób przychodzi na wykład z już przeczytanym rozdziałem w książce, który ma być omawiany. Sam też zaczynam tak robić, ale z innego względu...
Poza językiem koreańskim i zajęciami z kultury i biznesu w koreańskim wydaniu wziąłem sobie jeszcze dwa inne przedmioty. Jeden z nich jest całkiem przyjemny - wycena firmy (a właściwie to bardziej finanse przedsiębiorstwa). Przyjemne w nim jest to, że jest prowadzony przez Amerykanina Stevea Jordana, co sprawia, że angielski na wykładzie jest naprawdę dobry. Gorzej jest z drugim przedmiotem o instrumentach pochodnych, ponieważ profesor jest Koreańczykiem i mówi po koreańsku-angielsku... Dlatego też zaczynam czytać materiał przed wykładem, bo czasami naprawdę trudno zrozumieć o co gościowi chodzi. A tak, jak się wie o czym będzie mówił, to nawet wykład zaczyna mieć sens... Ale, żeby nie brzmiało to tak dramatycznie, to dowiedzieliśmy się, że profesor jest naprawdę dobry z tego co wykłada i widać, że się staran w nas tą wiedzę wtłoczyć. Powiedzieli nam to Koreańczycy, którzy chodzą do niego na ten sam wykład po koreańsku... Koreańska wymowa angielskiego też po pewnym czasie staje się w miare znośna. Nawet gorzej - człowiek zaczyna się wkręcać w ich sposób mówienia, co, z drugiej storny, nie wróży dobrze na przyszłość ;)
Jeden ze studentów z wymiany, Michele, który jest już tutaj drugi semestr stwierdził, że też na początku było cieżko, ale teraz spokojnie jest w stanie się domyslić, że jak profesor mówić coś w stylu "probit" to chodzi o zysk, a "kombot" to coś na styl "compound" ;) No, to już wiecie dlaczego czasem czytam coś przed wykładem ;)
Poza językiem koreańskim i zajęciami z kultury i biznesu w koreańskim wydaniu wziąłem sobie jeszcze dwa inne przedmioty. Jeden z nich jest całkiem przyjemny - wycena firmy (a właściwie to bardziej finanse przedsiębiorstwa). Przyjemne w nim jest to, że jest prowadzony przez Amerykanina Stevea Jordana, co sprawia, że angielski na wykładzie jest naprawdę dobry. Gorzej jest z drugim przedmiotem o instrumentach pochodnych, ponieważ profesor jest Koreańczykiem i mówi po koreańsku-angielsku... Dlatego też zaczynam czytać materiał przed wykładem, bo czasami naprawdę trudno zrozumieć o co gościowi chodzi. A tak, jak się wie o czym będzie mówił, to nawet wykład zaczyna mieć sens... Ale, żeby nie brzmiało to tak dramatycznie, to dowiedzieliśmy się, że profesor jest naprawdę dobry z tego co wykłada i widać, że się staran w nas tą wiedzę wtłoczyć. Powiedzieli nam to Koreańczycy, którzy chodzą do niego na ten sam wykład po koreańsku... Koreańska wymowa angielskiego też po pewnym czasie staje się w miare znośna. Nawet gorzej - człowiek zaczyna się wkręcać w ich sposób mówienia, co, z drugiej storny, nie wróży dobrze na przyszłość ;)
Jeden ze studentów z wymiany, Michele, który jest już tutaj drugi semestr stwierdził, że też na początku było cieżko, ale teraz spokojnie jest w stanie się domyslić, że jak profesor mówić coś w stylu "probit" to chodzi o zysk, a "kombot" to coś na styl "compound" ;) No, to już wiecie dlaczego czasem czytam coś przed wykładem ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz