poniedziałek, 2 lutego 2009

Jeść coś trzeba...

Jak już wspomniałem mieliśmy ta przyjemność, że trafiliśmy na obchody końca/początku roku księzycowego, które w Korei są dość dużym świętem. Dlatego na pierwszy posiłek po przyjeździe musieliśmy się wybrać poza kampus (restauracja i cafeteria na kampusie były nieczynne).

Restauracji/baru długo szukać nie trzeba było. Są prawie na każdym rogu. Gorzej było ze znalezieniem czegoś, co ma menu w dwóch językach, albo przynajmniej dużo obrazki, żeby można było pokazać co się chce. W końcu znaleźliśmy coś z menu po angielsku. To, że menu jest po angielsku, nie oznacza jeszcze, że ktoś w środku jest w stanie wypowiedzieć słowo po angielsku, o czym się przekonaliśmy chcąc zamówić coś niezbyt ostrego.

Kolejną rzeczą jak już nam zaserwowano to co chcieliśmy (w moim przypadku była to wieprzowina) było to, że podano nam wyłącznie pałeczki. No i musiałem przejść przyspieszony kurs. W życiu nie spodziewałbym się, że głód działa na człowieka tak motywująco. Pałeczkami jadłem do tej pory może 2-3 razy w życiu, a tu wyczyściłem cały talerz.

Ale tego z ostrym kelnerka nie zrozumiała. Nie dość, że było wściekle ostre i gdyby nie woda, którą na szczęście serwują w dowolnych ilościach i do wszystkich posiłków, to robiłbym konkurencje smokowi wawelskiemu, to jeszcze podali nam kilka przystawek w tym kimchi, które są z reguły ostrzejsze niż samo danie główne.

Naostrzeni i wyuczeni jak posługiwać się pałeczkami poszliśmy pozwiedzać oklicę, żeby za pare godzin zakończyć nasz pierwszy koreański ~30-godzinny dzień.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz